Z DOŚWIADCZEŃ OFICERA KONTRWYWIADU

Polecany

Jakub Majmurek – krytyk filmowy i publicysta „Krytyki Politycznej”, jest zapewne całkiem sensownym facetem, skoro w Internecie można znaleźć sporo opinii żurnalistów prawicowych mediów, odsądzających go od czci i wiary. Podobnie sprawa musi wyglądać z księdzem Wojciechem Lemańskim, którego wielokrotnie i bezskutecznie usiłował naprawić arcybiskup Henryk Hoser, ostatecznie w sierpniu 2014 r. suspendując go, co jednak też nie pomogło, bo w kolejnych latach świątobliwie karany duchowny uczestniczył w demonstracjach Komitetu Obrony Demokracji. Jakby tego było mało, obaj ci ludzie – odmiennych wprawdzie stanów, lecz o dość podobnych zapatrywaniach, nie znaleźli jednego choćby pochlebnego słowa na temat efektów inicjatywy ojca Tadeusza Rydzyka w postaci nabożnej akcji „Różaniec do granic”. Intuicja to tylko, czy może coś szczególnego wiedzą na ten temat ?

Nie sądzę, by działaniom Majmurka i Lemańskiego więcej uwagi poświęcał szef antychrześcijańskiego podziemia – Antychryst. Przed laty pracowałem w organach kontrwywiadu, mam zatem pewną wiedzę i doświadczenie w przedmiocie metodologii działań wobec osób wzbudzających zainteresowanie służb specjalnych. Dlatego twierdzę z pełnym przekonaniem, że ów Antychryst jest niezwykle wyrachowany i nie zawracał sobie rogatego łba Majmurkiem czy Lemańskim. Kontrolę nad takimi jak oni pozostawiał swym podwładnym kadukom oraz innym czortom, sam natomiast zajmował się jednostkami o większych możliwościach.

sejm_rozklad_mandatow222

W peerelowskiej SB wszelkie działania wobec jakiegoś człowieka poprzedzało sprawdzenie go w archiwach za pomocą specjalnej kartki, by nie zakłócić poczynań innego funkcjonariusza, który wcześniej tym człowiekiem mógł się zainteresować. Niestety, najwyższa hierarchia kierujących działaniami Niebios nie wypracowała metody umożliwiającej sprawdzenie czy jakimś Kowalskim na przykład, zajmuje się ktoś spośród funkcjonariuszy służb specjalnych Piekieł. Za dużo naiwnego zaufania do wiernych !

Za wzbudzający wiele wątpliwości przykład weźmy choćby casus szefa polskich redemptorystów – ojca Tadeusza Rydzyka. Sądzę, że został powołany na to wysokie stanowisko bez wstępnego sprawdzenia przez służby specjalne Niebios. Poniechano też zapewne operacyjnej kontroli dalszych jego działań, już po powołaniu na zakonnego dostojnika. Z racji swych kontrwywiadowczych doświadczeń mam zatem spore wątpliwości, czy wciąż lojalnie służy on Stwórcy, czy może przewerbował go jednak Antychryst. 

Będąc szefem polskich redemptorystów, w końcu 2014 roku wchodzi ojciec Rydzyk na polski telekomunikacyjny rynek za pomocą nowej sieci komórkowej „wRodzinie”, co znakomicie ułatwia podsłuch telefoniczny osób z sieci tej korzystających. Na czyją jednak korzyść i na czyje zlecenie ? Doprawdy nie wiadomo ! O wpływach ojca Rydzyka niech świadczy choćby to, że lider PiS Jarosław Kaczyński natychmiast zadeklarował chęć kupna telefonu w tej sieci, a proboszcz parafii św. Jacka w Słupsku też niezwłocznie rozgłosił, że będzie zachęcał swych parafian, by korzystali wyłącznie z sieci komórkowej „wRodzinie”. Nie on jeden !

W maju 2015 roku , w II turze prezydenckich wyborów zwycięża Andrzej Duda – kandydat partii Prawo i Sprawiedliwość, demokratycznie zarządzanej jednoosobowo przez Jarosława Kaczyńskiego. Zdobywa on 34,76 % głosów. Kilka miesięcy później – 25 października tegoż roku odbywają się wybory parlamentarne, w których partia PiS z sojusznikami zyskuje blisko 40 procentową większość i umacnia w Polsce swą totalitarną pozycję.

Wkrótce po wyborach niezwykłemu zacieśnieniu ulegają stosunki rządzącej partii oraz będącego jej instrumentem rządu z ojcem Rydzykiem i zwyczajem stają się częste wizyty dostojników najwyższych szczebli świeckiej władzy w Toruniu. Także w funkcjonujących mechanizmach władzy kościelnej ojciec Rydzyk zyskuje osobliwe wpływy i rozeznanie.

images

Upływa nieco czasu i pojawia się kolejna inicjatywa wybitnego redemptorysty – „Różaniec do Granic”, która tak ośmieszyła polskich katolików, że w oczach wielu utracili swą ważną do niedawna pozycję w świecie Chrześcijan. Tak zwani „komuniści”, przez blisko 45 lat władania Polską, nie ośmieszyli jej tak, jak napuszczeni przez Rydzyka jego podwładni, jednorazowym dokonaniem chcący bronić nasz kraj przed zalewem islamskich innowierców. Napuścił ich z własnej inicjatywy, czy może jednak z cudzej inspiracji ?

Tak się dość nieoczekiwanie złożyło, że ten nieśmiały w młodości i w pierwszych latach swego pobytu w duchownym stanie człowiek, wkrótce zmienił się nie do poznania. Kto to sprawił ?!

W jednej z publikowanych w Internecie jego biografii, znajduję ten oto znamienny fragment: Jest rok 1986. Ksiądz Rydzyk znika na pół roku w Austrii. Tak przynajmniej twierdzą autorzy książki „Imperator. Wszystkie tajemnice o. Tadeusza Rydzyka”. Wówczas ojciec Rydzyk wracał ze swojej pierwszej audiencji u Jana Pawła II. Tuż przed granicą z Czechosłowacją (na przystanku w Austrii), miał wysiąść z autokaru i zniknąć na całe sześć miesięcy. Rydzyk odnalazł się w Monachium. Co Rydzyk robił tam tyle czasu? To zagadka nierozwiązana do dziś.

Wyraziłem wyżej domniemanie, że poczynaniami Jakuba Majmurka czy ks. Lemańskiego nie zajmuje się bezpośrednio szef antychrześcijańskiego podziemia – Antychryst. Jeden i drugi są zbyt mało znaczącymi postaciami, by wzbudzić większe zainteresowanie szefa Piekieł. Od ludzi tego formatu ma legiony swych podwładnych.

ojciec Rydzyk … ? O, to co innego ! Byle kto się nim nie zajmuje. W polskiej doczesności jest najważniejszym partnerem ludzi z najwyższych kręgów aktualnie rządzących krajem. A w sferach wyższych ? Nie wyznaję wprawdzie żadnej religii, sądzę jednak, że  skoro miliony ludzi to Katolicy, także zapewne dla Niebios jest ważnym partnerem. Czy jest jednak pod kontrolą służb specjalnych Piekieł ? Nie będę ryzykował głoszenia pochopnych zapatrywań, lecz kto wie ? Nawet za takie czyny służby specjalne Niebios karzą podobno dusze ludzkie dopiero po śmierci człowieka.

CZY ABY NA PEWNO BÓG ZAWSZE WIE CO CZYNI ?

Polecany

Mieszkam w Warszawie, lecz nie byłem na żadnej smoleńskiej miesięcznicy, nie obejrzałem też medialnej transmisji z żadnej z nich. A było ich 90 ! Nie, nie dlatego, że głównym ich bohaterem jest Jarosław Kaczyński, a więc polityk, którego nie cierpię i na którego nie mogę patrzeć. Pomimo tej awersji odnosiłem się do niego ze zwykłym ludzkim współczuciem, jakie jesteśmy winni każdemu człowiekowi, którego spotyka nieszczęście, lecz Kaczyński od samego początku nadawał „smoleńskim miesięcznicom” charakter marnych przedstawień z sobą w roli głównej. Aż nie było wiadomo, czy o czczenie pamięci ofiar katastrofy idzie, czy o polityczne interesy głównego bohatera tych spektakli.

I będzie prawda […] Prawda, której dzisiaj jeszcze nie znamy, ja jej nie znam. Ale prawda! Albo stwierdzenie – dzisiaj w tych okolicznościach, które mamy – tej prawdy do końca ustalić się nie da - powiedział Kaczyński podczas ostatniej miesięcznicy. I zgromadzony lud, który wcześniej aż 89 razy był przekonywany, że 10 kwietnia 2010 roku nad Smoleńskiem dokonano zamachu, na polecenie Putina oczywiście, został zdezorientowany: był wreszcie ten zamach, czy go nie było ?!

Jaro-Kaczyński[1]

Kaczyński ma osobliwy stosunek do ludzi stanowiących jego wierną publikę. Są oni tylko narzędziami, którymi posługuje się dla zaspokojenia swych potrzeb. Nie mam skłonności do daleko idących uogólnień, toteż nie mógłbym na tej podstawie formułować opinii o Polakach, lecz uzasadniony jest pogląd, że wśród tej nacji nie brak ludzi miernych i podłych, których z łatwością można instrumentalizować i jako narzędzi dla swych potrzeb używać. Są to ludzie mierni i podli, bo wiedząc nawet, że tak są traktowani, godzą się na to w imię swych zapatrywań, z gotowości służenia swemu panu i dla płynących z tego korzyści.

W okresie PRL wielu Polaków, nie bez swej zgody nierzadko, doznawało podobnego zastosowania. A gdy wreszcie powstała „Solidarność” i możliwość godnego życia, znów pojawiły się okoliczności zachęcające do podłej uległości w nadziei uzyskania w zamian choćby miernych, lecz wymiernych korzyści. I już nie pod wpływem lęku przed groźbami reżimu, lecz z chęci uzyskania owych profitów, akceptowano kolejne metody zamordyzmu, który w innej wprawdzie postaci i już nie z tytułu tak zwanej przez polskiego durnia „komuny”, wciąż jednak zamordyzmem był i jest.

Może nie z dumą, lecz jednak z satysfakcją traktowaliśmy w czasach PRL ośmiogodzinny dzień pracy, który zgodnie z obowiązującą wówczas teorią był jednym z większych osiągnięć klasy robotniczej. Dzisiaj jeden z mych młodych znajomych, który pracuje w prywatnej firmie, nierzadko musi pozostawać w robocie sporo ponad ów czas, będący legendarnym osiągnięciem walczącego niegdyś o swe prawa proletariatu. Bez żadnych dodatkowych prowizji. I co ? I nic ! Nawet żartobliwie nie nawiąże w rozmowie ze swym szefem do dawnych zdobyczy klasy robotniczej, bo mógłby zostać uznany za „komucha”, co we współczesnej polskiej kulturze jest epitetem gorszym, niż miano kurwy często ochoczo przydzielane nawet Bogu ducha winnym niewiastom.

11954803_875149269227778_3627159796426657013_n-bicubic

Nie popełniłem w przeszłości żadnej zbrodni, ani nawet wykroczenia, które uzasadniałyby radykalne ograniczenie mych praw emerytalnych mimo zaawansowanego wieku i poważnego kalectwa zesłanego na mnie przez Siłę Wyższą, działającą zapewne w porozumieniu z nabożnymi władzami III RP w dzisiejszej jej odmianie. Pies ich je… – nie, nie dokończę ze względu na powszechne dzisiaj umiłowanie Siły Wyższej. Lecz dowiaduję się oto,że dawno emerytowana, licząca sobie dzisiaj sporo ponad 70 lat pielęgniarka, która pracowała na tzw. wojskowym etacie w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSW i A w Warszawie, też ma obciętą emeryturę do głodowego wręcz wymiaru. Dlaczego polski, antykomunistyczny kretynie ? A co ona miała wspólnego z tzw. „komunizmem” ? Tyle samo co ty z pomyślunkiem ! Lecz mimo to powołano cię na „decydenckie” stanowisko w jednym z ważniejszych resortów. Przyjdzie czas, gdy wyrzucą cię na zbity pysk z tej roboty, lecz krzywd, które mimo twej natrętnie demonstrowanej wiary w pełnego łaskawości Najwyższego, zostały wyrządzone niczego i nikomu nic niewinnym ludziom, nie da się już naprawić. A ty będziesz oczekiwał dla siebie bożej łaski i zbawienia.

 

WYROK W SPRAWIE EMERYTUR ORZEKANYCH NA PODSTAWIE USTAWY DEZUBEKIZACYJNEJ

Polecany

                    MOTTOHitler, ochrzczony i wychowany po katolicku, pozostał wierny tej                                          religii. Byłem i zawsze będę katolikiem -powiedział w 1943 r. w                                              rozmowie z generałem Gerhardem Engelem.                                                        

Jest godzina ósma rano i otrzymałem właśnie telefoniczny komunikat, że moja emerytura, do września wynosząca 2080 zł., 21 gr., została zmniejszona o blisko połowę i przekazana mi do dyspozycji jej kwota wynosi 990 zł.

Za tak drastyczne zmniejszenie tego świadczenia, mimo że liczę sobie 80 lat i mam najwyższy stopień niepełnosprawności, który sprawia, że poruszam się z pomocą dwóch kul, winię obecny rząd i kierującego nim szeregowego posła, pierwszego sekretarza KC PiS – żałosnej politycznej partyjki, używanej do rządzenia Polską.

Poseł ów jest doktorem nauk prawnych, głoszących m.in. bezwzględny zakaz odpowiedzialności zbiorowej, lecz zapewne tego dnia, gdy na uczelni, w której studiował, był właśnie wykład na ten temat, miał ciekawsze zajęcia i udał się na wagary. Wytykam mu tę lukę w wykształceniu, bo przecież mógł poprosić któregoś z kolegów o notatki z wykładu i lukę  uzupełnić, co zapewne uchroniłoby go przed kompletną kompromitacją, gdy  po latach objął faktyczne rządy Polską.

                                images86WNN4CR

                                         Wtedy była moda na Żydów

Podobnie jak ów poseł postępował w przeszłości Adolf Hitler, lecz temu równie kurduplowatemu osobnikowi, też mającemu się za wodza narodu, trudno się dziwić, był bowiem tylko malarzem pokojowym i o zasadach obowiązującego w państwie prawa nie miał zielonego pojęcia.

Innym, bezpośrednio odpowiedzialnym za drańską „ustawę dezubekizacyjną” i jej skutki, jest minister spraw wewnętrznych i administracji, lecz jemu też mniej się dziwię, jest bowiem tylko magistrem historii i o prawie nie ma większego pojęcia, poprzestaje więc na posłusznym wykonywaniu poleceń swego faktycznego przełożonego – wymienionego wyżej posła.

Winą za drańską ustawę, która wielu starym ludziom skróci życie, obciążam więc rząd, lecz wiedząc doskonale, że w XXI wieku nieznajomość zakazu zbiorowej odpowiedzialności  kompromituje nawet średnio inteligentnego  szympansa, całego rządu do odpowiedzialności  pociągał nie będę. Poprzestanę na wymienionych wyżej dwóch osobnikach, bezpośrednio odpowiedzialnych za uwikłanie władz Polski współczesnej w naśladownictwo koncepcji dawno zmarłego wzorca, którym był wódz III Rzeszy.

                               imagesC0HSU8RW

                                       Wódz Polski zastąpił Żydów komunistami,

                                               lecz motywacja też była nabożna.                                                    

Po przeprowadzeniu śledztwa i postępowania dowodowego ogłaszam zatem wyrok w sprawie owych dwóch osobników: życzę im połamania rąk i nóg oraz nagłej śmierci.

blaszczak-dal-sikorskiemu-wies_25366995-1

Niestety, mój wyrok na  życzeniach się kończy. Mogę mieć tylko nadzieję, że wykonania orzeczonej kary podejmie się w przyszłości dobry los !

 

Szanowni Państwo !

Polecany

Ciężko pracuję nad nowym blogiem, w którym chcę zająć się fenomenem polskiej demokracji, jednoosobowo zarządzanej przez jej nabożnego przywódcę. Póki nie skończę, proponuje poczytać inny wpis na ten temat, który przed chwilą nadesłał mi znajomy:http://okres-prl.blog.onet.pl/2017/10/03/oprawcy-z-pis

Pozdrawiam serdecznie.

BEZ WYJĄTKÓW W CZCZENIU OFIAR WALK O POLSKĘ

Polecany

Tak się niefortunnie złożyło, że mamy dzisiaj 1 marca, który jest świętem państwowym pod wzruszającą nazwą Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Niefortunność polega na tym, że święto państwowe, będące dniem wolnym od pracy, przypadło tego roku w niedzielę, która także dniem od pracy wolnym jest. W ten sposób ludzie pracujący stracili jeden dzień laby, choć panem i władcą jest dzisiaj prywatny właściciel, najchętniej zatrudniający na tzw. umowach śmieciowych, toteż gdyby ktoś z pobudek patriotycznych czy też innych upierał się przy prawie do wolnego dnia przypadającego na przykład w poniedziałek czy czwartek, jego pan i władca mógłby mu tę wolność rozciągnąć na dziesiątki i setki kolejnych dni, póki następnego miejsca pracy sobie by nie wyszukał. 

Ja Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych jako święta nie traktuję z dwóch co najmniej powodów:

-  poprzez przynależność do zbrojnych band walczących z legalną w latach 40. i później w ub. stuleciu władzą, byli tylko bandytami i mordercami, którzy na swym sumieniu mieli życie setek często niewinnych czemukolwiek ludzi;

- swą przestępczą działalność prowadzili od dnia wyzwolenia Polski spod hitlerowskiej okupacji, w najtrudniejszych jej latach, gdy sprawą najważniejszą było organizowanie życia w kraju i jego odbudowa po potwornej traumie hitlerowskiej okupacji oraz wojennej zawieruchy.

Doskonale rozumiem brak akceptacji dla ustroju państwa oraz jego sojuszy, sam bowiem dzisiaj doznaję konsekwencji takiej postawy, uchodziłbym jednak nie bez oczywistej racji za bandytę, gdybym skrytobójczo likwidował ludzi uznanych przez siebie za sprawców dzisiejszego stanu rzeczy.

W 1945 roku tylko prosty chłop ze wsi, najczęściej analfabeta, niemający dostępu do będącego wtedy wykwitem nowoczesności radia, mógł nie mieć żadnej orientacji w dokonujących się w kraju przemianach. Dowódcy zbrojnych oddziałów podziemia doskonale wiedzieli co się w życiu ówczesnej Europy wydarzyło i że jej polityczny kształt oraz usytuowanie Polski, mają gwarancje wielkich mocarstw, których nie są w stanie wzruszyć kilkudziesięcioosobowe oddziały zbrojnych band tradycyjnych polskich patriotów spod znaku „Boga i Ojczyzny”. Szło nowe, a więc inne, oni tymczasem uznali, że ma być po staremu. W ich postawie było coś równie irracjonalnego i zbrodniczego, jak w zamysłach autorów Powstania Warszawskiego, którzy poszli na bagnety z niemieckimi czołgami i artylerią.  Nie realistycznie pojmowany skutek zbrojnych poczynań był ważny, lecz przyświecające im intencje z narodowej mitologii rodem.

Okres stalinizmu w Polsce zaczyna się w listopadzie 1949 r. po III Plenum KC PZPR i trwa teoretycznie do październikowego przełomu w 1956 r. dokonanego wraz z powrotem do władzy w partii Władysława Gomułki, choć represje traciły na ostrości wkrótce po śmierci Stalina 5 marca 1953 r. Do tego czasu ogłoszono w Polsce trzy amnestie: 22 lipca 1945 r., 5 lutego 1947 r. i 20 listopada 1952 r., które dawały szanse bezbolesnego wyjścia z podziemia jego wojownikom. Wielu z tej szansy skorzystało, nie zaznawszy ze strony organów państwa represji, nie brakło wszakże chętnych by walczyć do upadłego.   

Praktycznie z najbardziej dotkliwymi  działaniami zbrojnego podziemia władze ówczesnej Polski miały do czynienia do 1948 r., choć także przez kilka następnych lat dawała o sobie znać agonia zbrojnych przejawów patriotyzmu. Spotkałem kiedyś informację, że jeszcze w początkach lat 60. ub. stulecia funkcjonował jakiś Don Kichot tej orientacji.

Raz jeszcze wracam do powszechnej percepcji polskiej rzeczywistości w czasach PRL. Nie tylko ja – funkcjonariusz ówczesnej Służby Bezpieczeństwa (od 1962 r.), lecz także setki mych znajomych spoza tej służby, mniej lub bardziej krytycznie odnoszących się do ówczesnej rzeczywistości,  mieliśmy tamtą Polską za swą ojczyznę i daleko nawet posunięty krytycyzm nie zmieniał takiego jej traktowania. Zdarzały się oczywiście i z czasem narastały protesty wobec sytuacji materialnej społeczeństwa, a zwłaszcza niedoborów w zaopatrzeniu rynku oraz restrykcyjnej polityki wewnętrznej, będącej nienajmądrzejszą reakcją na przejawy niezadowolenia, lecz właśnie moja praca w organie kontrwywiadu państwa dawała mi możność dostrzeżenia, że za wieloma przejawami buntu stała nierzadko działalność rozmaitych tajnych służb obozu przeciwnego w ówczesnym bilateralnym układzie świata.

Tak, to prawda, że w PRL był uprawiany proceder polityki historycznej, polegającej na interpretacji przeszłości w sposób odpowiadający poglądom oraz interesom panującej władzy. Głównym jego instrumentem była propaganda, która miała jednak bardzo skuteczną konkurencję w postaci działań takich instytucji, jak dość powszechnie, mimo zakłóceń, słuchane Radio Wolna Europa, czy także dość szeroko  rozpowszechniane, głównie w kręgach polskiej inteligencji, wydawnictwa paryskiego Instytutu Literackiego (np. paryska KULTURA).  Lecz wszelkie ówczesne rekordy w tym zakresie bije na łeb totalna propaganda uprawiana dzisiaj przez Instytut Pamięci Narodowej, nie gardzący żadnym sposobem fałszowania obrazu peerelowskiej przeszłości. Podłość tej instytucji polega na tym, że jej strukturę tworzy nie tylko pion badawczy i propagandowy, lecz także dysponujący możliwościami bezpośredniego zastraszania tzw. pion śledczy. Nie raz spotykałem się z poglądem ludzi będących uczestnikami oraz świadkami rozmaitych zdarzeń sprzed ponad półwiecza i wcześniejszych, którzy dla świętego spokoju swej starości nie podejmują prób prostowania rozpowszechnianej blagi. W ten oto sposób ułatwia się i wręcz umożliwia przywracanie godności bojownikom o wielką sprawę, a w istocie bandytom ze zbrojnego powojennego podziemia.

Jednym z nich jest  Zygmunt Edward Szendzielarz (ps.  Łupaszka) – major kawalerii Wojska Polskiego II RP, później żołnierz AK i jej pochodnej, którą była „Wolność i Niezawisłość” (WiN). Mam w swej bibliotece niewielką, wydaną w 1997 r. książkę p.t. „Żołnierze Armii Ludowej polegli i zamordowani przez podziemie zbrojne po wyzwoleniu kraju”. Nie ma tu żadnej literackośći formy, podane są tylko suche fakty. Oto ledwie dwa z nich:

- „KIRYLUK  Józef ur. 25.12.1905 r., b. żołnierz AL., rolnik ze wsi Łukowiska pow. Radzyń Podlaski. Zamordowany przez bojówkę WiN „Łupaszki” 9.12.1947 r.”

- „PATRYCY Jan ur.1.03.1896 r., b. żołnierz GL-AL., maszynista PKP z Warszawy. Zamordowany przez bojówkę WiN  „Łupaszki” w Białogardzie 18.03. 1946 r.”

Nie przytaczam przypadków morderstw dokonywanych przez bandę Łupaszki na funkcjonariuszach ówczesnych organów bezpieczeństwa publicznego, by nie uznał ktoś idiotycznie, że były to ofiary uprawnionej walki przeciwnych sobie formacji. Czy można jednak w ten sposób usprawiedliwić przypadek opisany na innej stronie:

- „CHILIMONIUK Jan ur. 11.05.1920 r., b. żołnierz AL, referent PUBP (Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego – przyp. W.P.) we Włodawie. Ranny podczas obrony napadniętego posterunku MO w Sosnowicy. Ujęty i rozbrojony przez bojówkę poakowską „Jastrzębia”. Rannego bojówkarze wrzucili do palącego się budynku posterunku i spalili żywcem w nocy z 1 na 2.06.1945 r.”

Takich i nieporównanie okrutniejszych opisów mordów dokonywanych na milicjantach, funkcjonariuszach UB oraz działaczach partyjnych, a także ich rodzinach, można na stronach tej książki znaleźć wiele. Przejdźmy zatem do uogólnień. Na ziemiach wyzwolonych w okresie od sierpnia 1944 r. do końca 1954 r. zginęło 1076 b. żołnierzy Armii Ludowej, w tym 19 kobiet. W liczbie tej, którą w większości stanowili funkcjonariusze formacji zmilitaryzowanych i paramilitarnych, mieści się także 217 rolników (w tym 30 wójtów i 7 sołtysów). Największe nasilenie morderstw tej kategorii ludzi przypada na lata 1945 (526 przypadków) oraz 1946 (337). W 1947 było już „tylko” 91 takich zdarzeń i w miarę upływu czasu ich liczba wciąż maleje.

Swą uwagę skoncentrowałem na mordach dokonywanych na b. żołnierzach A.L. i G.L. Podane liczebności nie obejmują ich rodzin, często bezwzględnie wraz z nimi mordowanych, oraz innych ludzi mniej lub bardziej zasadnie kojarzonych z nową władzą. Nierzadko bywali to bezrolni przed wojną mieszkańcy wsi, którzy w wyniku reformy rolnej otrzymali przydział gruntów uprawnych. Wielu z nich było karanych śmiercią za ich przejęcie.

I ostatni aspekt tych rozrachunków z przeszłością. Instytut Pamięci Narodowej serwuje informacje o setkach przypadków morderstw dokonywanych z wykorzystaniem działającej w początkach PRL machiny państwowej. Dla większości z nich niepodobna znaleźć usprawiedliwienia i nic innego nie wypada jak tylko z pokorą chylić czoła nad ofiarami tych potwornych działań. Lecz nie uzasadniają one w żadnej mierze milczenia tej instytucji wobec podobnych losów ludzi, którzy w PRL odnajdowali szansę na godne życie, niedostępną  im w warunkach polski obszarniczo-kapitalistycznej. Póki IPN nie zmieni swych preferencji, nie pozostanie nic innego, jak mieć go za jeden z podlejszych mechanizmów służących propagandzie. Nie da się w żadnej bowiem mierze pojąć i zaakceptować dysproporcji między jego przydatnością dla państwa oraz obowiązkiem obrony i szacunku dla wartości ludzkiego  życia bez względu na wyznawane poglądy.   

JAK WĘGIERSKIEGO BRATANKA ZA USZY TARGAŁA POLSKA SIOSTRZANKA

Polecany

Gdy w czerwcu 1989 roku rewolucyjnie podekscytowana i chętna, by dla swych korzyści rządzić nowa klasa wdrapywała się na barykady, także klasowo zmieniało się oblicze polskich mediów. Mieszkałem wtedy w Olsztynie i miałem sposobność obserwować jak rewaloryzował się skład redakcji najważniejszego w województwie dziennika, którym była „Gazeta Olsztyńska”. Powszechnie panował wtedy pogląd, że prasa kłamie, odchodzili z niej zatem wykształceni dziennikarze, a ich miejsca zajmowali jacyś nieznani ludzie, często po odbyciu ledwie kilkumiesięcznych żurnalistycznych kursów. Być może sądzono, że jako nie obyci ze sztuką łgarstwa, będą pisać prawdę i tylko prawdę. I tak z upływem czasu polskie media upodobniały się do zachodnich, przestawały kłamać tradycyjnie i czyniły to coraz nowocześniej, co polegało na niemówieniu prawdy i tylko prawdy.

Przed kilkoma dniami króciutką wizytę złożył w Polsce premier  Węgier Viktor Orban. Zaproszony został przez Krajową Izbę Gospodarczą, która z okazji 25 rocznicy swego powstania, przyznała węgierskiemu bratankowi Polaków nagrodę Złotego Parasola. Nie wiem czy to polska władza skłoniła do tego krajową organizację samorządu gospodarczego, by nie hańbić się zapraszaniem zruszczałego nagle węgierskiego premiera, czy tylko skorzystała z okazji dla dania mu nauczki. Faktem jest, że władza ta w osobach aktualnej pani premier i byłego szefa rzadu wygłupiła się setnie. Zacznę od pani Premier.

imagesVNUCWYLE

 Czyżby Polsce wciąż była potrzebna silna ręka ?

Gdy powołano ją na tę zaszczytną, lecz odpowiedzialną i trudną funkcję, liczyłem na pewną odmianę w nienajmądrzejszych poczynaniach rządu pod męską ręką, który pakował się w ukraińską awanturę wbrew najżywotniejszym polskim interesom. Bo ukraińska władza przyjęła w stosunkach z Rosją nie tylko głupawy kurs, lecz mający w istocie znamiona antynarodowej orientacji. Polityka to umiejętność formułowania celów realnych i możliwych do osiągnięcia, a nie romantyczna skłonność mierzenia siły na zamiary. Uznajmy jednak, że to, co czyni ukraiński rząd, to jego sprawa i doprawdy nie ma żadnych powodów, byśmy pakowali się w jego zamysły i poczynania. Żal mi Ukraińców, bo płacą potworną cenę za zbrodniczą głupotę swej władzy. W tej sytuacji solidarność z nimi możemy wyrażać w postaci humanitarnej pomocy świadczonej niewinnie cierpiącym, bez pakowania się jednak w mętne meandry poczynań tamtejszego rządu.

Przyznam, że od lat mam przeświadczenie o większej skłonności i umiejętności kobiet do realnego osądu życiowych  sytuacji, wiele bowiem znanych mi pań przekonująco dawało temu wyraz. Takie więc miałem nadzieje, gdy funkcję premiera obejmowała kobieta w osobie Ewy Kopacz. Niestety, doznajemy w zawodu na całej linii. Znalazło to osobliwy swój wyraz przy okazji wizyty premiera Orbana. Nie jestem zwolennikiem ideowej orientacji, którą on reprezentuje, doceniam jednak jego realizm i powściągliwość w uprawianiu polityki zagranicznej. Pani premier Kopacz kompletnie natomiast pomyliła się rola premiera i kobiety. To w stosunkach męsko-damskich można okazywać chłód, targać chłopa za uszy i grozić mu, a nawet skazać go na bezcielesne biedowanie. Polityki i dyplomacji zwykle nie uprawia się jednak z wykorzystaniem łóżka i  technik na tym meblu uprawianych, toteż męsko-damskich chwytów na tę delikatną dziedzinę przenosić nie wypada.

Równie damsko zachował się mało znany z męskich poczynań były polski premier Jarosław Kaczyński. Swemu rzecznikowi Mariuszowi Błaszczakowi polecił ogłosić, że z premierem Orbanem się nie spotka, bo jego postawa burzy jakoby europejską solidarność. Głupio wyszło, bo okazało się, że strona węgierska spotkania z Kaczyńskim nie planowała, co znalazło dobitny wyraz w odpowiedzi Kancelarii Premiera Węgier: „Ani Kancelaria Premiera, ani pan Premier Viktor Orban nie planował i nie zainicjował spotkania z Prezesem Partii, Panem Jarosławem Kaczyńskim na dzień wczorajszy [ tj. 19 lutego – przyp. W.P.] w Warszawie (…)”.

Kandydat na preydenta Ukrainy

Już zdarzyło się ze dwa co najmniej razy, że Polaków nie angażowano do ważnych rozmów z na temat konfliktu Ukrainy z Rosją. Najbardziej dobitnym przypadkiem  były ostatnie spotkania premier Niemiec i prezydenta Francji z prezydentem Putinem. Należało oczekiwać, że Polska, jako były aktywny partner Rosji (występującej wtedy pod nazwą ZSRR) i wciąż jej sąsiad, do rozmów tych zostanie zaproszona. Niestety ! Poniechali tego przedstawiciele strony zachodniej, a stało się tak, bo w demonstracyjny sposób ignorujemy nasz własny interes. Ta okoliczność jest też powodem ochłodzenia naszych stosunków z Wegrami, którym pod rządami Orbana  ani w głowie własnym kosztem cudze realizować zamysły. Tymczasem nasza altruistyczna skłonność do poświęceń sprawia, że jesteśmy ignorowani przez zachodnich partnerów, dla których najważniejszą wytyczną działania jest poczucie realizmu.

 Wrócę jeszcze do mediów. Czytając i słuchając informacji o wizycie Orbana można było odnieść wrażenie, że został wezwany do Polski na dywanik, na którym wytargany został za uszy za uległość wobec Putina. Takie przedstawienie sytuacji miało zapewne przysporzyć nam dumy z roli, jaką pełnimy w Europie i na świcie. Lecz Orbana nie wezwano, a zaproszono. Nie na targanie uszu, a po odbiór nagrody. Miał się przestraszyć, a wyjeżdżał z Polski w pogodnym nastroju, wręcz rozbawiony. Reszta była prawdą i tylko prawdą.           

APOSTOŁ NOWEGO WYZNANIA NA POLSKĘ

Polecany

Prof. dr. hab. nauk wojennych – Romuald Szeremietiew  wlał w polskie serca spore wiadro eliksiru dumy z wiedzy i mądrości Polaków, w wywiadzie dla Onetu stwierdzając ni mniej, ni więcej: ZARZUT, ŻE POLACY SĄ RUSOFOBAMI, JEST NATURY PROPAGANDOWEJ. W TEJ CHWILI UŻYWA GO STRONA ROSYJSKA. Zapisuję te dwie myśli wielkimi literami, by nikt nie tłumaczył w razie czego, że od drobnego druku coś mu się przeinaczyło. Raz jeszcze powtarzam myśl polskiego naukowca: NIE JESTEŚMY RUSOFOBIAMI ! I znów okazuje się, że Ruskie wszystkiemu są winne, bo spotwarzają nas zarzutem podłej wrogości wobec siebie, a tymczasem my ich po chrześcijańsku kochamy. 

Poboznie i narodowo

Jest tak romantycznie, zaściankowo i narodowo,

- O Jezusie Najsłodszy, Matko Przenajświętsza ! – wieloznacznie zakrzyknęła pewna moja znajoma, gdym zacytował jej myśl profesora i nie wiem, czy nabożny ów okrzyk był wyrazem satysfakcji i radości czy też rozczarowania. Nie próbowałem poddawać jej poglądów testowi na stosunek do innych nacji, bo uczyniwszy to niegdyś w sprawie antysemityzmu, usłyszałem dość filozoficzne wyznanie, że antysemitką nie jest, ale Żydów nie lubi. Nieopatrznie starałem się wtedy dojść istoty tej sprzeczności, toteż wszczynaną dysputę przerwała krótką prośbą bym nie zawracał jej dupy. Wolałem uniknąć powtórki tego życzenia.

Nie, nie trywializuję problemu, choć przeciętny Polak do niuansowania go też skłonny specjalnie nie jest. Dla niego Żyd jest Żydem, Rusek Ruskiem i szkoda gadać. Oznacza to istnienie podatnego gruntu na upowszechnianie dowolnej teorii, co chętnie wykorzystują rozmaici uczeni i badacze, odnosząc nierzadko znaczne sukcesy w lansowaniu na nowo odkrywanych starych prawd. W PRL nikomu normalnemu do głowy by nie przyszło głosić publicznie rusofobii, która później – w III RP, stała się doktryną państwową, toteż prof. Szeremietiew, jak na naukowca przystało, jest nonkonformistą i nie waha się nawiązać do wzorców obowiązujących sprzed ćwierćwieczem.

Ten dwukrotny niegdyś wiceminister obrony, pełni od jakiegoś czasu w Onecie rolę jednego z głównych komentatorów rosyjsko-ukraińskiego konfliktu oraz wszelakich jego konsekwencji dla Polski i okolic. Ponieważ inteligentnie był spostrzegł z jaką łatwością można swym rodakom najpaskudniejszy nawet wcisnąć kit, pogłaskawszy ich uprzednio narodowo,  opisał  więc podły akt gwałtu dokonywanego na ukraińskiej dziewicy przez ruskiego sołdata i potępił go za to. Teraz odkrywa, że gwałt gwałtem, lecz tym sposobem można dziewicę doprowadzić do miłego jej sercu orgazmu, a nadto inne narody z zachodnimi potęgami włącznie, ulitują się nad niecnie zdupczoną ofiarą i zrzucą się na to by zapomniała o brutalnym rozdziewiczeniu. Głośno mówić o tym nie wypada, lecz dziewczę może na tym nawet zarobić, a nadto znajdzie się w towarzystwie godnych partnerów, którym będzie mogła dawać już bez obawy o bolsene dolegliwości towarzyszące perforacji błony dziewiczej.

Amerykany

a może być jak w Ameryce, federalnie i kongresowo.

Dyskutować z prof. Szeremietiewem nie zamierzam, w tym bowiem temacie byłaby to starta czasu, przytoczę tylko myśl znanego i w szerokich kręgach polskiej prawicy akceptowanego red. Jana Pospieszalskiego, który w15 numerze tygodnika „Do Rzeczy” oświadczył: Jestem rusofobem i dobrze mi z tym. Rusofobię, jak większość Polaków, rozumiem jako trwały stan nieufności nakazujący trzymać się na baczności wobec wszelkich akcji podejmowanych przez Rosję wobec Polski. Ten stan ma charakter dziedziczny i nieuleczalny. Moja nieufność i niechęć do Rosji jest niezależna od jej aktualnej organizacji politycznej. Rzadko czytuję ten tygodnik, wbrew tytułowi bowiem, wiele bywa w nim publikacji od rzeczy, nie słyszałem jednak, by przedstawiciele powołanej przez Pospieszalskiego „większości Polaków” zaprotestowali przeciwko przypisywaniu im rusofobii. A wyobrażam sobie ten krzyk i gwałt gdyby ktoś posądził ich o miłosne ciągoty do Rosjan, zwłaszcza tych spod znaków Putina albo „komuny”.

Ukraina

Walczymy o godną pozycje dla Ukrainy.

Z pewnym rozczarowaniem obserwowałem funkcjonowanie w Polsce mechanizmów napędzających ruch „Solidarności” w początku lat 80. ub. stulecia. Ukształtowanym będąc pod silnym wpływem doktryny marksistowskiej, znajdowałem w nim znaczące zaprzeczenie jednej z podstawowych jej tez, głoszącej przodującą rolę klasy robotniczej. Bo w żaden sposób nie dawało się połączyć tego prymatu z podjęciem przez nią trudu uplecenia stryczka na swą szyję. Dzieło to rozpoczęto w płomiennych blaskach wiosny polskiego ludu, nadeszłej w pełni lata 1980 r. Po stanie wojennym, po okrągłym stole i kilka lat trwających targach, skupach i odkupach, polscy proletariusze dowodzeni przez sprytnie im podsuniętego i entuzjastycznie przez nich zaakceptowanego wodza, sznurem tym ochoczo oblekli sobie karki. Sądzili naiwnie, że wyniesie ich nad poziomy.  I wtedy pojawił się ktoś bardzo uczony, też profesor, kto sprytnie  wykopał im spod nóg stołek, na którym stali gotowi odbycia lotu jeszcze wyżej. Na opróżnione miejsce przodowania narodowi wdrapała się nowa klasa.

Nie raz przez stulecia naszej historii, przywdziewaliśmy ułańskie uniformy i na konikach, z szabelkami w dłoniach, rzucaliśmy się na pancerne zastępy wroga, by pokonani, zapatrzeni w wypływające z rozprutych brzuchów trzewia, kontemplować je z wyrazem fizycznego cierpienia na twarzach, lecz z dumnym poczuciem moralnego triumfu w sercach zarazem. Mające ogromny wpływ na sądy i poglądy szerokich rzesz Polaków takie, toutes proportions gardées autorytety, jak prof. Szeremietiew, wciskały maluczkim szczytne idee nie bacząc, że z punktu widzenia politycznej ich wartości były to piękne brednie, toteż jako antidotum przez stulecia głoszono kult klęski, ona bowiem najpiękniej zdobić miała skronie cierniowymi koronami chrystusowej męki.

Kopacz i Hollanade przed demonstracją w Paryżu 11 01 2015

Polska już podniosła się z kolan i więcej innym daje.

Mamy też do czynienia z innym jeszcze fenomenem, aksjologicznej natury. Rządzący w państwie muszą realizować interes określonej, panującej w nim grupy społecznej (klasy), a polityka zagraniczna oraz silnie z nią sprzężona obronna, są tylko konsekwencją tej konieczności. Codziennie przez okno pcha mi się w oczy widok gigantycznych wieżowców, bez ładu i składu zaśmiecających panoramę Warszawy. Ta architektoniczna gigantomania ma mnie oraz innych przekonać, że jest czego bronić, a więc winniśmy jednoczyć się z innymi przeciwko agresywnej Rosji. Tyle tylko, że chyba żaden z tych gigantów nie jest polski, bo ich budowę obcy sfinansował kapitał i jego są własnością, lecz obowiązek zbrojnej pieczy nad nimi jest przejawem kapitalistycznego internacjonalizmu, nakazującego solidarnie bronić zdobyczy panujacej klasy, bez względu na geograficzne położenie i właściciela. Czysty marksizm !  Zatem drażnienie Rosji i podejmowanie nierzadko prowokacyjnych wobec niej działań, należałoby uznać za przejaw słuszności tej „marksistowskiej” tezy i bronić jej jak niepodległości.

Bo w polityce zagranicznej, zwłaszcza w przypadku konfliktu, opowiedzenie się po jednej z jego stron, oznacza uznanie nakazu postępowania według obowiązujących tam norm i konieczność ponoszenia kosztów pełnienia określonych obowiązków. Nie pytano Polaków o zdanie, gdy pakowano się w kosztowny dla kraju konflikt, a mimo to w nikłym stopniu na rządzących spadną jego konsekwencje. Te najdotkliwsze, jak zwykle bywało, poniesie reszta, bo posłusznie spełnia dyrektywy demokratycznie wybranych dysponentów swego losu.

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OD ROZRUCHU DO WYBUCHU

Polecany

Większość mego dzieciństwa, młodość i szmat dojrzałego żywota przypadły na czas Polski Ludowej, od ogłoszenia Konstytucji z 1952 r. zwanej Polską Rzeczpospolitą Ludową. Byłem lojalnym obywatelem tego państwa, usatysfakcjonowanym wartościami współtworzącymi jego fundament. Jedną z nich, chyba najważniejszą, było uznanie przodującej roli klasy robotniczej, która w sojuszu z pracującym chłopstwem miała być wiodącą siłą narodu.

Większość mego dojrzałego życia spędziłem pracując w peerelowskim resorcie spraw wewnętrznych, a ściślej w Służbie Bezpieczeństwa. Piszę o tym z całą świadomością tego , co służbie tej jest przypisywane. Ponieważ jednak w cywilizowanych krajach obowiązują zakazy działania prawa wstecz,  odpowiedzialności zbiorowej, oraz karania za czyn, który nie był przestępstwem według prawa obowiązującego w czasie jego popełnienia, niechaj jakiś IPN bądź inna rozliczeniowa instancja wykażą mi, że dopuściłem się w tamtym czasie  jakiegokolwiek czynu karalnego, choćby  według dzisiejszych przepisów,  co pozbawiałoby mnie moralnego prawa oceny rzeczywistości tzw. III RP.  Inne normy uzasadniające taki zakaz nie interesują mnie, są bowiem tylko wyrazem pobożnych życzeń zdobywców bastionu peerelowskiej władzy, zwłaszcza że zdobycz coraz bardziej traci walor trwałości. A  protesty  górników, rolników oraz innych branż zdają się w całej rozciągłości takie obawy uzasadniać.

                                      Trudne dobrego początki…

Uznanie dla wspomnianej na wstępie przodującej roli klasy robotniczej w PRL traciłem, obserwując z dogodnego w latach 80. ub. stulecia punktu obserwacyjnego, jak znakomicie, w porównaniu z innymi branżami sytuowani górnicy czy stoczniowcy, dają się wodzić za swe proletariackie nosy polskim inteligentom, wyznającym zgoła odmienne wartości i odmienne mającym potrzeby. Ani wolność myśli i czynów, ani demokratyczność procedur wyboru państwowej władzy nie tworzyły szczytów potrzeb przeciętnego wówczas człowieka i na dobrą sprawę nie każdy taki człowiek wiedział na czym to ma polegać. A jeśli nawet nakaz walki o to, jako przejaw obywatelskiej dojrzałości, mu wmówiono, nie był w stanie przewidzieć, że władzę sprawować będzie Platforma Obywatelska albo zrodzone z tego samego poczęcia Prawo i Sprawiedliwość, które wielką i zacną materię tych zdobyczy przykroją do własnej marnej miary.

Dzisiaj sytuacja powtarza się w podobnej do tej z lat 80. ubiegłego stulecia konfiguracji. Szef solidarnościowego zawodowego związku górników buntuje  podopiecznych i namawia do głupawych poczynań. Oni natomiast, w swej naiwności sądząc, że jak niegdyś, sporo mniej intelektualnie od niego wart Lech Wałęsa nie spał po nocach, poszukując sposobów na ulżenie doli gnojonego przez „komunę” robola, tak i teraz Andrzej Duda o niczym innym nie myśli, tylko o tym, jak gnębionemu przez PO górnikowi pomóc. Niedostrzegana przez protestujących istota rzeczy polega na tym, że podporządkowany Kaczyńskiemu i PiS-owi Duda, realizuje nie ich, lecz obu tych podmiotów interes, żywiąc oczywiście nadzieję na spore, płynące z tego korzyści. Wałęsa na podobnym procederze zyskał możność  przeprowadzki z czynszowej chałupy do własnej, sporej posiadłości, czerpania niemałych dochodów z pełnionych funkcji oraz   głoszenia dobrze płatnych odczytów czy też wykładów. Sądzę, że nie mniej spodziewa się dzisiejszy solidarnościowy wódz górników.

I górnicy,  i rolnicy (w środę mają iść na Warszawę), kolejarze, tramwajarze znów  sposobią się do buntu i niemal kolejnego powstania przeciwko gnębiącej ich zdaniem roboczy lud władzy. Oczywiście bez refleksji nad tym, że jest ona nieodrodnym płodem ich poprzedników, którzy aktu poczęcia dokonywali w ciemnościach, po wygaszeniu strajkami energetyków latarni, rozświetlających rzeczywistość PRL.

Wyliczono, że w samej Jatrzębskiej Spółce Węglowej funkcjonuje 45 związków zawodowych, dysponujących 80 etatami, które spółkę kosztują ok. 11 mln. zł. rocznie. W znajdującej się w fatalnej sytuacji finansowej Kompanii Węglowej działa 160 związkowych organizacji, a we wchodzącym w jej skład Katowickim Holdingu Węglowym – 40. Jak jest winnych branżach ?  Może nie identycznie, lecz zapewne podobnie.

Wałęsa i turystki na basenie w Arłamowie 2014

                           …jakże jednak koniec radosny

Czytam w Portalu Money.pl, że w Polsce działa ponad 6,3 tys. związków zawodowych do których należy około 2,5 miliona członków. I ręce opadają, gdy poszukać odpowiedzi na pytanie, czy jest to objaw demokracji oraz obywatelskich wolności, czy wyraz bezhołowia i bajzlu, w jakich znalazło się państwo i społeczeństwo mamione opowieściami o dojrzałości do tych luksusów ledwie po 25 latach od ich zaaplikowania.

Tymczasem ani przeciętny Francuz, ani przywódcy jego państwa nie twierdzą zapewne, że w ich kraju osiągnięto w pełnym wymiarze oczekiwany ideał w tych niezmierzonych dziedzinach. A rewolucja, mająca je udostępnić Francuzom, wybuchła w 1793 roku.  

BYWA, ŻE NA BEZRYBIU NAWET RAK NIE JEST RYBĄ

Polecany

Od ludzi sprawujących kierownicze funkcje w państwie oczekiwać należy, że poniechają swych ideologicznych przekonań i kierować się będą głównie podstawowymi interesami państwa i narodu. Pełniący takie role w Polsce, winni są Polakom, którzy role te im powierzyli, poniechania szabelkowych wyobrażeń o polskim patriotyzmie, zwłaszcza w polityce zagranicznej.  Oznacza to, między innymi, pielęgnowanie dobrych stosunków z dwoma  największymi sąsiadami – to jest z Niemcami i Rosją. Prawdą jest, że oba te państwa prowadzą dość odmienną politykę, można jednak odnieść wrażenie, że prędzej Niemcy oddzielone od Rosji Polską, dojdą z nią do porozumienia, aniżeli zachodni bezpośredni jej sąsiad, czyli Polska właśnie. Przeszkodę stanowią, między innymi, poglądy pana Prezydenta i okazujących mu pełną uległość niektórych członków rządu.

Pan Prezydent jest z wykształcenia historykiem, toteż lepiej, niż przeciętny zjadacz polskiego chleba, powinien rozumieć niuanse historycznych uwarunkowań pozycji Polski w Europie. Racjonalne ich pojmowanie zobowiązuje do poniechania idiotycznych, często, niestety, eksponowanych wyobrażeń, wśród których jednym z głównych jest przekonanie o wyjątkowości Polski w reprezentowaniu interesów Zachodu wobec Rosji właśnie. Gdy się jest polskim historykiem z prawdziwego zdarzenia, winnym się jest swym rodakom ostrzeganie przed wyobrażaniem sobie, że Polska jest mesjaszem narodów, bo upór w pełnieniu tej roli prowadzi do pełnienia funkcji pawia i papugi paplającej to, co innym jest potrzebne. Szczególnie zobowiązany do ostrzeżeń w tym przedmiocie jest prezydent Polski. Tymczasem pełniący tę zaszczytną funkcję Bronisław Komorowski narzuca swe prywatne poglądy i wyobrażenia, na przykład, w przedmiocie daty zwycięstwa antyhitlerowskiej koalicji nad Niemcami w II Wojnie Światowej.

Rak

Polskę wyzwoliła wówczas Armia Radziecka i walcząca u jej boku Armia Polska, sformowana w toku walk na bazie powstałej w ZSRR I-ej Dywizji im. Tadeusz Kościuszki. Jest to fakt, którego żadna siła nie jest w stanie usunąć z naszej przeszłości. Nie wiem czy Stalin miał rację twierdząc, że Dzień Zwycięstwa obchodzić należy 9 maja, a nie, jak czyni to Zachód, dzień wcześniej. Faktem jest, że od 1945 roku świętowaliśmy tę rocznicę 9 maja właśnie i tak powinno pozostać. Bo w walkach o wyzwolenie Polski nie poległ ani jeden żołnierz armii państw zachodnich, życie w nich oddało natomiast wieleset tysięcy żołnierzy radzieckich. I choćby pamięć o nich nakazuje świętować zwycięstwo tego dnia, w którym świętowane jest ono w Rosji.

Trwa żenująca batalia o Pomnik Braterstwa Broni, który stał na warszawskiej Pradze u zbiegu dawnej Alei Świerczewskiego (przechrzczonej na Aleję Solidarności) i wciąż zachowującej przedwojenną nazwę ulicy Targowej. Coraz częściej mówi się o trwałym jego usunięciu, co postuluje tzw. Instytut Pamięci Narodowej, wbrew opinii większości mieszkańców Warszawy. Jest to kolejny przejaw podłej polityki władz państwa i jego stolicy, której celem jest wybicie się na pełniącego rolę głównego przydupasa Zachodu wśród państw, należących niegdyś do tzw. Bloku Wschodniego.

ryba

Maturę zdałem w czerwcu 1955 roku i jesienią dostałem się na studia w Uniwersytecie Warszawskim. Był to ostatni rok ery stalinizmu, który zapanował w Polsce późną jesienią 1949 roku. W październiku 1956 roku Władysław Gomułka zainicjował ruch na rzecz odzyskania suwerenności, w którym ochoczo uczestniczyli studenci. Tak, chcieliśmy wtedy suwerenności w stosunkach ze Związkiem Radzieckim, lecz nie przyłączenia się do nieprzyjaznego mu obozu. Byliśmy ludźmi młodymi, wykazującymi wszakże poczucie realizmu i godności zarazem.  Dlatego nie mogę pojąć i pogodzić się z prezentowanym dzisiaj włazidupstwem wobec Zachodu. W jego kultywowaniu Polska, reprezentowana przez prez. Komorowskiego, nie waha się przed najpodlejszymi przejawami uległości, których nawet żadne z państw tej politycznej orientacji od nas nie oczekuje.

Jeśli pan Prezydent będzie kontynuował tego rodzaju działania, nie wyobrażam sobie oddania na niego głosu w majowych wyborach. A już myślałem, że na panującym bezrybiu, on przynajmniej będzie wartym głosu rakiem.

 

 

MYŚL POETY KU PRZESTRODZE REWOLUCJONISTOM

Polecany

Nie pierwszy raz w naszej historii prości ludzie zorientowali się, że są tylko instrumentem ułatwiającym nielicznym grupom sterujących nimi większych i mniejszych przywódców, osiąganie rewolucyjnych zmian. Przed ćwierćwieczem dokonały się one głównie w zakresie demokratycznych procedur wyłaniania władzy, a także wszelkiej niemal wolności, z prawem do popełniania dramatycznych aktów rozpaczy włącznie. Do trzeciej kategorii obietnic składanych przez tych, którzy tą rewolucją kierowali, należała wszelka materialna pomyślność. Po  dokonaniu przewrotu okazało się jednak, że przedmiot tej zapowiedzi jest towarem tak deficytowym, że dawało się go dzielić wśród niewielu, oczywiście z przywódcami na czele.

W pewnym stopniu wyjątkiem w tym zakresie była PRL, w głównym zbiorze obietnic zapowiadająca równość, w tym także materialną. Jednak państwo to powstało w zgoła odmiennych warunkach kraju niemal doszczętnie zrujnowanego wojną, toteż ledwie raczkujący, ubogi, choć starający się dbać o chędogość, socjalistyczny system gospodarczy, nie mógł przetrwać głębokich nieporozumień i wręcz wojny (zwanej zimną) między państwami należącymi do dwóch wrogich sobie obozów. Armat i czołgów wprawdzie nie wytoczono (choć niekiedy bywało do tego dość blisko), za to wszelka, nieprzychylna PRL-owi propaganda w najróżniejszych jej postaciach oraz cywilne i wojskowe wywiady miały wielkie pole do popisów. Uzyskanie sporych plonów na obszarach przeznaczonych pod te osobliwe uprawy, zapewniali też niektórzy działacze spod znaku „Solidarności”, niekoniecznie zdający sobie sprawę z wagi i charakteru tych dokonań.

thEI3OBC95                   Budowla zagraniczna, lecz krajobraz zgoła polski

Tak więc dzięki rewolcie wzbudzonej wśród wielomilionowej rzeszy członków „Solidarności” i kontynuowanej  przez stosunkowo nieliczne po stanie wojennym jej oddziały, gdy związek stał się ledwie resztką swej wielkiej niegdyś liczebności, powstała  piramida z kilkunastoma (może kilkudziesięcioma, choć niewiele to zmienia) Kulczykami u wierzchołka, stopniowo, w środkowej warstwie dość znacznie zwiększająca liczebność tworzących ją cegiełek. Niezwykle szeroką podstawę tej budowli stanowią natomiast bezrobotni, biedujący na  śmieciowych umowach o pracę i płacę nowocześni prekariusze oraz tradycyjny proletariat. Do złagodzenia dość marnego widoku tego fragmentu kopca korzystnie się przyczyniła ponad dwu i pół milionowa emigracja najbardziej pożytecznych grup wiekowych i zawodowych Polaków.

I oto znów nadchodzi czas, gdy tworząca najniższą warstwę tej ludzkiej hałdy biedota, zaczyna się niebezpiecznie poruszać. Różnego autoramentu sprawcy i wodzowie tych ruchów, w rodzaju szefującego nawykłym do wszelkich wstrząsów górnikom – Piotra Dudy, czy chcącego naśladować go, choć zapewne mniej  tektonicznie zahartowanego Sławomira Izdebskiego – szefa OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych, już zaczęli ruszać w posadach bryłę świata. Będą więc wskazywać na tych, którzy w ostatnich dekadach znacznie się wzbogacili w nadziei, że wzburzeni tym ludzie opróżnią zajęte przez niecnych dorobkiewiczów funkcje i w demokratycznym odruchu im powierzą ich pełnienie. I historia zacznie się – jak mawiali starożytni Rzymianie - ab ovo – czyli od samego jaja.

don_quixote

Jestem pesymistą w przedmiocie skuteczności gwałtownych, nieprzemyślanych do fundamentów ruchów w wykonaniu domorosłych rewolucjonistów. Są to często  żałosne rewolty. A może takie myślenie jest tylko skutkiem starczego zgorzknienia i braku prężności we wszelkich kojarzonych z męskością obszarach ? Kto wie ? Mimo to entuzjastom wszelkich strajków, buntów, blokowań szos, rządowych budynków i czego tam jeszcze, co blokować się da oraz rewolucyjnych skoków, dedykuję trafną niezwykle myśl Juliana Tuwima, która jest mottem mego blogu: KIEDY PRZESKOCZYSZ, TO I WTEDY NIE MÓW HOP. ZOBACZ NAJPIERW W CO WSKOCZYŁEŚ.

 

 

CZYM JESTEŚMY W WYBRANEJ DLA SIEBIE ROLI ?

Polecany

W pospolitej interpretacji polityka utożsamiana jest z szeroko rozumianym uprawianiem nierządu, pospolicie zwanym kurestwem. Politycy nie powinni jednak dawać podstaw do takich analogii.  

Ukraina po rozpadzie Związku Radzieckiego i wybiciu się na niepodległość, podobnie jak przed 26 laty Polska, miała trzy drogi kształtowania swej przyszłości. Pierwszą, najłatwiejszą, lecz niekoniecznie najkorzystniejszą było zachowanie uległości wobec Rosji, drugą – najmarniejszą – podporządkowanie się Zachodowi, trzecią – najtrudniejszą – budowanie swej pozycji suwerennie, niezależnie od wyobrażeń zagranicznych protektorów, z zachowaniem dobrych stosunków ze wszystkimi. Nie wiem w jakim stopniu zaważył tu przykład Polski, lecz Ukraina wybrała tę drugą drogę, którą uważam za najmarniejszą dla państwa, najkorzystniejszą natomiast dla klasy, która przejęła panowanie w nim – klasy kapitalistów, swego interesu upatrujących w gospodarczym zintegrowaniu się z europejską gospodarką, niemal wyłącznie pozostającą w rękach prywatnych.

Klasa kapitalistów ukraińskich, przejąwszy rządy w państwie szybko zdała sobie sprawę z tego, że więź z Zachodem, która ma jej przynieść wielkie korzyści, nie ogranicza się tylko do sfery gospodarki, lecz w tym samym stopniu oznacza konieczność działań w sferze polityki. Zachodnim mocarstwem są Stany Zjednoczone, w dalszym ciągu upatrujące największego konkurenta politycznego w Rosji i to one dyktują listę politycznych świadczeń, których spełnienie jest warunkiem zyskania łaskawości nowego protektora. Zbrojny konflikt ukraiński w znacznym stopniu podkopał ekonomiczną pozycję Rosji, toteż jego podsycanie w całej rozciągłości realizuje polityczny interes Stanów Zjednoczonych, zarówno poprzez dostarczanie Zachodowi pretekstu do sankcji gospodarczych wobec niej, jak również do wszelkich innych działań mających ją osłabiać gospodarczo.

Wspominałem już wcześniej, że w całym tym konfliktowym splocie interesów i działań dość podłą rolę spełnia Polska. Po odejściu Donalda Tuska, gdy premierem została Ewa Kopacz, nastąpiło znaczne przewartościowanie kompetencji w sferze rządzenia krajem. Odnoszę wrażenie, że pani Premier – jak na kobietę przystało – powierzono prowadzenie domu, a więc zarządzania sprawami wewnętrznymi kraju (dowodzący górnikami Piotr Duda wciąż dostarcza tu absorbujących argumentów) , natomiast wszelkie sprawy zewnętrzne, w tym politykę zagraniczną i, poprzez konflikt ukraiński, ściśle związany z nią resort obrony, przejął w zarząd prezydent Komorowski.  

Prezydent Komorowski, jak na polskiego tradycyjnego patriotę z hrabiowskim tytułem przystało, ma poglądy w znacznym stopniu, po dawnemu rusofobiczne.  Trzeba mu jednak przyznać, że miewa też poczucie realizmu. Toteż póki co nie opowiada się za zbrojnym zaangażowaniem Polski w konflikt, czemu dał ostatnio wyraz minister Siemoniak, oświadczając, że Polska nie wyśle swych żołnierzy na Ukrainę. Przeciął tym spekulacje chcącego uchodzić za polityka Zbigniewa Bujaka, a także kandydata do tej roli na urzędzie prezydenta – Andrzeja Dudy.

Jednak militarne ciągotki są wyraźne. Bez głębszej refleksji, jak na wojskowego przystało, dał im niedawno wyraz gen. Koziej, przekonując w „Kontrwywiadzie RMF FM”, że je­ste­śmy go­to­wi sprze­da­wać Ukra­inie uzbro­je­nie i sprzęt woj­skowy jakich potrzebuje. Plótł nawet, że spra­wa nie­pod­le­głej i sil­nej Ukra­iny jest dla Pol­ski in­te­re­sem strategicznym. Ten wojskowy, a więc dość ograniczony punkt widzenia wsparł, niestety, minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna  oświadczając w ubiegłym tygodniu, że  Polska jest otwarta na to, by sprzedawać broń Ukrainie, zastrzegając przynajmniej, że będzie to zależało od jej możliwości finansowych. „Jesteśmy otwarci. To jest biznes” – mówił w TOK FM szef polskiej dyplomacji, nie bacząc na to, że zgoła niedyplomatycznie pozwala porównać reprezentowany przez siebie na międzynarodowej arenie kraj, do roli pań uprawiających dość podłą profesję i gotowych za materialną korzyść na bardzo wiele.

Choć porównanie z nimi traci sens, gdy wspomnieć pobyt Ewy Kopacz na Ukrainie, obiecującej 100 milionów euro kredytu dla tego państwa. Czyżbyśmy zatem chcieli się znaleźć w osobliwej roli dostarczającej komuś rozkoszy damy, opłacającej zarazem tę cudzą przyjemność ze swych funduszy ? Absurd ! 

Jeśli nawet polscy politycy gotowi są wyrzec się podstaw do pozytywnych ocen uprawianej przez nich profesji, są zobowiązani przynajmniej do kształtowania polityki korzystnej dla interesów państwa i narodu. Tymczasem niektórzy z nich, niestety – sprawujący najwyższe w państwie funkcje – znajdują w tym pretekst do urzeczywistniania swych indywidualnych poglądów. Może by zatem, w jakiejś formie referendum zapytali o to, co Polacy sądzą o ich przekonaniach. Bo nie raz w naszych dziejach większość płaciła wielką cenę za głupawe wyobrażenia rządzącej mniejszości.

 

                               Zgrabne to, ponętne, ale dużo kosztuje. 

 

 

RZECZ O CIĄGŁOŚCI POLSKIEJ MYŚLI POLITYCZNEJ

Polecany

W 2013 roku, funkcjonujący jak na polskiego filmowego reżysera przystało  w Wielkiej Brytanii, Paweł Pawlikowski, w koprodukcji z Duńczykami, nakręcił czarno-biały dramat psychologiczny p.t. IDA, do którego, wraz z Rebeką Lenkiewicz, napisał był scenariusz. Film  musi być wybitny, skoro światowa jego premiera w dniu 30 sierpnia 2013 r. miała miejsce nie byle gdzie, bo podczas 40. Telluride Film Festival w amerykańskim stanie Kolorado. Dopiero 11 września tegoż roku film zaprezentowano reprezentacji polskiej publiczności podczas 38 Festiwalu Filmowego w Gdyni, na którym uhonorowany został główną nagrodą Złotych Lwów, a reszta publiki mogła go oglądać od  25 października też 2013 roku poczynając.

Jak się dowiaduję z Internetu, obraz jest [ponadto] „(…) laureatem trzech Polskich Nagród filmowych – Orłów, w tym dla najlepszego filmu, Złotej Żaby na Festiwalu Camerimage, nagrody Lux Prize − przyznawanej przez Parlament Europejski, oraz pięciu europejskich Nagród Filmowych, w tym dla najlepszego filmu europejskiego. Film otrzymał również dwie nominacje do nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej, oraz nominacje za najlepszy film zagraniczny do takich nagród jak Złoty Glob, nagroda Goya, nagroda Satelita, Independent Spirit Awans, Dawid do Donatello,Guldbagge.”

UFF !!!

Z racji swego kalectwa filmu nie widziałem, przy najbliższej sposobności odrobię jednak tę fatalną zaległość, a póki co posłużę się  jego recenzjami. Bohaterką jest młoda dziewczyna o imieniu Anna, która przed wstąpieniem do katolickiego klasztoru i złożeniem niezbędnych dla realizacji tego zamysłu ślubów wieczystych, zostaje przez podejrzliwą zakonną przełożoną nakłoniona do nawiązania kontaktu ze swą ciotką. Okazuje się nią być wykształcona przed wojną prawniczka, funkcjonariuszka stalinowskich organów ścigania, wzorowana na sławetnej postaci zimnej i wyrachowanej działaczki komunistycznej – Fajgi Mendla, która pod zmienionym imieniem i nazwiskiem Heleny Wolińskiej, była prokuratorem oskarżającym w stalinowskich procesach politycznych. Przy okazji ukazano w specjalnie dla tego celu skonstruowanym zwierciadle rzeczywistość PRL lat 50. ub. wieku, w której bryluje owa ciocia – kurwa i alkoholiczka – poszukująca utraconej w wojennej zawierusze osobowości niepozbawionej oczywiście tych cech.

IDA

                                                 Ida w stroju chrześcijańskim

Anna okazuje się więc być żydowskiego pochodzenia tytułową Idą – córką Róży i Haima Lebensteinów i gdzie jej do katolickiego zakonu ?!. Zszokowana wieścią o swym rodowodzie postanawia, mimo to, oddać się w służbę Bogu, lecz gotową do odjazdu krewną odnajduje na autobusowym dworcu sławetna ciotka i oferuje jej pomoc po wybraniu dla siebie żydowskiej tożsamości. Jak to wszystko się skończyło nie wiem, dowiem się, gdy pójdę do kina albo pokombinuję w Internecie.

Na podstawie dostępnych informacji i recenzji sądzę, że film Pawlikowskiego poczuciem więzi z całą wspólnotą Unii Europejskiej i siłami postępu na świecie spełnia wszelkie kryteria socrealizmu. Cechy te zawarto w Tezach VII Plenum KC PZPR odbytego w 1972 r.  Zawierają one w sobie wszystkie postępowe wartości polskiego patriotyzmu: miłość do kraju ojczystego, gotowość do najwyższych poświęceń dla Ojczyzny, przywiązanie do kultury narodu, dumę z  bohaterskiej przeszłości oraz jego wkładu w  rozwój ogólnoludzkiej cywilizacji. Jest to jednakże patriotyzm nowy i pełniejszy, wyrastający na demokratycznym podłożu ustrojowym i zawierający nowe wartości europejskie. O upowszechnienie tak rozumianego patriotyzmu walczyła „Solidarność”,  za swe podstawowe zada­nie uznająca kształtowanie patriotycznej świadomości narodowej i przyswajanie przez społeczeństwo wiedzy o ideach ukazanych w naukach św. Jana Pawła II, pogłębianie Jego ideowych motywacji i upowszech­nianie chrześcijańskich norm postępowania.

 

Tańczące zakonnice3

 W czerwcu 2014 r. na rzeszowskim rynku, w ramach odbywającego się tam Festiwalu Wiary, 20 zakonnych sióstr wykonało taniec uwielbienia. Jest to pierwszy krok w kierunku rozszerzenia swobód i wolności zakonnic, by mogły stać się osobami społecznie pożytecznymi. Wobec zagrożenia drastycznym spadkiem populacji Polaków oraz niepokojącym nasilaniem się zjawiska rozpusty, której nie towarzyszy troska o przyrost naturalny, czego osobliwym wyrazem jest propagowanie „pastylki po”,  naukowcy przystąpili do intensywnych badań mających na celu zapewnienie siostrom możliwości przeciwdziałania tym szkodliwym tendencjom z wykorzystaniem metody niepokalanego poczęcia. W bardziej postępowych kręgach episkopatu, inspirowanych poglądami papieża Franciszka, rozpatrywana jest propozycja rozpisania wśród mniszek plebiscytu, który miałby na celu poznanie ich zapatrywań na tę bezcielesną, wręcz laboratoryjną metodę przejścia w stan błogosławiony  .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KTO CZYM RZĄDZI I ZA ILE

Polecany

W czasach PRL niemiecka firma Axel Springer uchodziła za wydawcę najbardziej szmatławej prasy w Europie. Z takim właśnie statusem, później do spółki ze szwajcarskim udziałowcem, firma ta podbiła rynek prasowy w tzw. wolnej Polsce. W PRL za szmatławy dziennik uchodziła popołudniówka EXPRESS WIECZORNY. Gdy na polskim rynku pojawił się springerowski FAKT, peerelowską popołudniówkę śmiało można było uznać za dziennik adresowany do intelektualistów.

FAKT kupiłem ledwie kilka razy w życiu, a zrobiłem to także dzisiaj, gdy znajomy kioskarz mając jego egzemplarz przed sobą, komentował podane tam zarobki prezesów działających w Polsce banków. Ponieważ wymieniał kwoty niebotyczne, zdecydowałem się odstąpić od zasady i kupiłem szmatławca.

Po raz kolejny przekonałem się, ze dziennik jest nieprawdopodobnie podły, lecz nie o tym chcę pisać. Taki status gazety polega między innymi na tym, że przekazuje ona wieści nieprawdziwe, lecz nie sądzę, by redakcja FAKTU odważyła się dezinformować publikę w sprawie dochodów ludzi niezwykle bogatych. Dla ich kieszeni wydatek na adwokata w sprawie o pomówienie jest mniej dotkliwy, niż nabycie tramwajowego biletu w Warszawie przez emeryta. Toteż informacje o zarobkach prezesów banków w Polsce są zapewne prawdziwe. A oto niektóre z nich:

Prezes Banku PKO SA Luigi Lovaglio – (obywatel słonecznej Italii) – 692 000   (słownie: sześćset dziewięćdziesiąt dwa tysiące) zł. M I E S I Ę C Z N I E !!!

- Prezes -  Citi Handlowy – Sławomir Sikora – 407 000 zł. miesięcznie.

- Prezes mBank – Cezary  Stypułkowski – 305 000 zł. miesięcznie.

- Prezes ING Bank Śląski – Małgorzata Kołakowska – 270 000 zł. miesięcznie.

- Prezes BPH - Richard Gaskin (ob. Wielkiej Brytanii) – 237 000 zł. miesięcznie.

- Prezes BEŻ Józef Wancer – 182 000 miesięcznie.

- Federic Amoudru – ( Francuz z pochodzenia) – 143 000 zł. miesięcznie.

- Proletariusz i żebrak wśród prezesów – kierujący  Bankiem Ochrony Środowiska – Mariusz Klimczak – 90 000 zł. miesięcznie.

Oto jeden z setek czy też tysięcy efektów rewolty wszczętej przez solidaruchów w latach 80. ub. stulecia. Głównym jej hasłem były wolność i demokracja. Ma je polski robotnik, nauczyciel, urzędnik, policjant i rolnik po równo. Po tyle samo mają tych osiągnięć emeryci. A prezesi banków dodatkowo zyskali trochę grosza. O TO SIĘ BIŁA SOLIDARNOŚĆ !

Kawał pierwszej i całą drugą stronę w nabytym przeze mnie numerze szmatławca poświęcono premier Ewie Kopacz. Tytuły są bulwersujące: ZAMACH STANU W PLATFORMIE ! OBALĄ PREMIER KOPACZ ? Nie chcę bawić się w proroka, podejrzewam jednak, że w składzie rządu są dwie co najmniej miny, które posłusznie wybuchając, poruszać będą posadami jej funkcji. Na miejscu p. Premier postąpiłbym ostrożniej i urządzeń tych pod swym siedzeniem nie instalował. Łatwo jednak gadać kibicowi. .

Na Majdanie 2

                                         Trzeba wiedzieć pod czyją opłaci się wleźć pachę

Pani premier odbyła niedawno króciutką, jednodniową ledwie wizytę na Ukrainie.  Na Majdanie złożyła banalne kwiatki i nie wspierała entuzjastycznie majdanowych ideałów. Zaoferowała marne 100 mln. euro pożyczki, która to kwota jest małym kamyczkiem w przepastnej ukraińskiej studni i niewiele ponadto. Tak, jakby chciała pokazać, że sprawy Polski są dla niej ważniejsze, niż to, w co wdepnął jej południowo-wschodni sąsiad.

Jeśli Ewa Kopacz nie wykaże się energią zdolną wstrząsać murami, będzie wstrząsana przez ludzi miernych, lecz swym mocodawcom wiernych. Pożyjemy, zobaczymy co z tego wyjdzie.

I jeszcze jedna siła się aktywizuje. Jest ona solidarnościowego wyznania, pod wezwaniem Jarosława Kaczyńskiego, dowodzona przez Piotra Dudę. Nasz dramat polega na tym, że polityczny firmament znów się zaciemnia, lecz nie mamy sensownej alternatywy dla jego rozjaśnienia. PO i PiS to płody z jednego poczęcia, tyle że PO od luksusów sprawowania władzy nieco się rozbisurmaniła, PiS natomiast, od cycka odstawione, zapowiada surowsze obyczajowo rządy, które jednak niczego w istocie nie zmienią. Poleci kilka politycznych łbów, nazwy paru ministerstw i ministrowie się zmienią, ojciec Rydzyk przejmie ideologiczną nadbudowę, a prezes Kaczyński będzie udawał że rządzi, by w jego krótkim cieniu mogli się skryć ci, którzy rzeczywiście w swych garściach trzymają cugle władzy. Po kilku latach znów jakiś FAKT poda nazwiska kilku z nich. I to tych mniej ważnych.    

 

   

 

 

 

 

 

DUMNY SIĘ NIE PĘTA

Polecany

Wczoraj minęła 70 rocznica wyzwolenia Warszawy spod hitlerowskiej okupacji. Nie czytuję codziennej prasy ze względu na jej skandaliczny poziom, niekiedy tylko kupuję sobotnio-niedzielne wydanie „Gazety Wyborczej”, w którym bywa niekiedy coś interesującego.

Na temat Rocznicy znalazłem dwa materiały w stołecznym dodatku do GW. W obszerniejszym  z nich,  zaprezentowano kilka fotografii fragmentów Warszawy `45 ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego, z krótkimi komentarzami, a na pierwszej stronie było wspomnienie jej wyglądu w tamtych dniach, zawierające także uwagę, że nie należy mówić o wyzwoleniu miasta, lecz raczej o jego zajęciu, ponieważ Niemcy wycofali się zeń bez większego oporu.

W głównym wydaniu także były dwa rocznicowe teksty. Jeden – Hanny Krall, zatytułowany WYZWOLENIE i zawierający opis wejścia czerwonoarmistów do Milanówka oraz obaw żywionych przez mieszkające tam kobiety, że będą gwałcić (niestety, nie gwałcili). Drugi – Adama Leszczyńskiego pod tytułem PÓŁWYZWOLENIE – w miarę obiektywnie przedstawiający ówczesną sytuację Warszawy i Polski, lecz by stało się zadość obowiązującym normom, zawierający znamienny fragment: 17 stycznia nie jest więc rocznicą wolności: Rosjanie przynieśli Polsce ocalenie od bezpośredniej zagłady, ale nie wolność i bezpieczeństwo. To było półwyzwolenie: niepełne, ułomne, niejednoznaczne, które przyniosło wiele nadziei i obietnic.   

Nie komentuje reminiscencji Hanny Krall, która w tamtym czasie miała już 10 lat, jej wspomnienie jest zatem jak najbardziej autentyczne. Natomiast zadziwia  Adam Leszczyński – historyk i dziennikarz, urodzony w roku 1975. Nie, nie chodzi o to, by miniony czas wspominali tylko jego naoczni świadkowie, bo to niemożliwe. Jeśli jednak jest się historykiem to obowiązują jakieś normy z zakresu obiektywizowania ocen przeszłości.  Można bowiem deliberować co by było, gdyby Polska przed pierwszym rozbiorem stała się nagle europejska potęgą i do paskudnych poczynań sąsiadów nie dopuściła.  Można, tyle tylko, że takie rozważania nie mają sensu. Podobnie jak nie ma sensu wydziwianie nad oddaniem wschodniej Europy pod wpływy Związku Radzieckiego, co odbyło się za zgodą pozostałych światowych mocarstw, dzielących powojenny świat.

Zwykle nie bywa tak, że jakieś państwo w określonej sytuacji wybiera jedynie słuszny i najwłaściwszy z możliwych wariant swego działania. Czy Polska miała możliwość uniknięcia stalinizmu ? Nie, oczywiście nie miała. Mogła natomiast wraz z upływem czasu starać się ograniczyć zgubne wpływy tego systemu i uczyniła to w październiku 1956 r. Czy wybrano wówczas wariant maksymalnie korzystny ? Zapewne nie, jednak jego wybór nie odbył bez wpływu czynników obiektywnych, stanowionych przez uwarunkowania zewnętrzne, jak również subiektywnych determinowanych przez takie a nie inne polityczne umiejętności rządzącej wówczas ekipy. Z podobnym skutkiem mogę rozważać co by było, gdyby tatusiem Kowalskiego juniora nie był Kowalski senior, lecz na przykład jakiś Nowak. Kowalski nie tylko by się wtedy inaczej nazywał, lecz miał także bardziej kształtny nos i pełne uroku, niebieskie oczy. Tylko co z tych rozważań wynika ?

Orzeł

W przypadku Kowalskiego nie wynika literalnie nic, natomiast podobnego typu rozważania naszych historyków służą umacnianiu i tak silnej wśród Polaków rusofobii i kretyńskiego antykomunizmu. Kretyńskiego – bo jest pielęgnowany i stale wzmacniany, choć w ustroju powojennej Polski niemal śladu tego społeczno-ekonomicznego ustroju nie było. Polskim antykomunistom proponuję skoncentrowanie swej uwagi na izraelskich kibucach, które przynajmniej w pierwszej fazie swego istnienia, z komunizmem miały sporo więcej wspólnego, niż Polska czasów PRL.

Oficjalna propaganda nacechowana ze wszech miar dość teatralnym patriotyzmem, z uporem umacnia pogląd na temat obowiązku dumy z bycia Polakiem. Duma ta miała być pogwałcona w sposób niezwykły naruszeniem naszej suwerenności choćby obecnością wojsk radzieckich na terytorium PRL. I znów, miejsce rzeczowej historycznej analizy przeszłości zajmuje propaganda. Zmiana uwarunkowań geopolitycznych i ekonomicznych, która dokonała się po II wojnie światowej, w zasadzie przekreśliła szanse na możliwość osiągnięcia pełnej suwerenności. Zwłaszcza przez państwa mniejsze i słabsze. Zapewne powojenna Francja albo Wielka Brytania były nieporównanie bardziej suwerenne, niż Polska czy Bułgaria,  mogło być jednak inaczej ? Nie wszystkie, a w istocie dość nieliczne czynniki tę suwerenność warunkujące zaraz po wojnie zależały od nas. Jest to stwierdzenie obiektywnego kształtu ówczesnej rzeczywistości.

Tymczasem  po 1989 r. tę suwerenność odzyskaliśmy podobno w pełni. Czyżby ? Da się zrozumieć ubytek naszej samodzielności na rzecz Unii Europejskiej, ponieważ przystąpiliśmy do niej na mocy samodzielnej decyzji, a przynależność ta, jak przynależność do wszelkich zbiorowych organizmów, wiąże się z koniecznością wyrzeczenia się pewnego zakresu niezależności. Dlaczego jednak leźliśmy za Amerykanami do Iraku czy później do Afganistanu, trudno ustalić. Interesu w tym nie mieliśmy żadnego. Podobnie jak nie mamy żadnego interesu w pakowaniu się w konflikt ukraiński, czynimy to jednak w interesie Stanów Zjednoczonych i pętamy się o obecność na naszym terytorium, a to wojsk amerykańskich, a to, jak ostatnio, angielskich. Gdzie tu miejsce na poczucie dumy z bycia Polakiem ? Trudno ustalić.

Podstawową wytyczną polityki państwa winien być jego interes, a w tym głównie bezpieczeństwo. Przyjmując rolę kundla ujadającego w amerykańskim interesie w sprawie Ukrainy, naruszamy zarówno nasze interesy ekonomiczne (np. budżet MON), jak również i przede wszystkim bezpieczeństwo państwa właśnie. Znajdujemy więc sposób na jego odzyskanie, pętając się o obecność obcych wojsk na naszym terytorium. Czyli w istocie o przywrócenie statusu PRL, na której terytorium stacjonowały wojska radzieckie. Zgoda, panie prezydencie Komorowski, niech tak będzie, tylko proszę poniechać w oficjalnych wypowiedziach opowiastek o dumie z bycia Polakiem. Dumny się nie pęta.

 

O CO WALCZYŁA I CO WYWALCZYŁA „SOLIDARNOŚĆ”

Polecany

Mam bardzo mieszane uczucia w sprawie ostatnich awantur w wykonaniu górników. W protestach organizowanych w początkach lat 80. byli jedną z głównych sił użytych do obalenie tzw. „komuny”. Podobnie jak inne robotnicze grupy uczestników ówczesnych protestów, domagali się wolności i demokracji.  Gdyby zapytać któregoś z tych protestujących o jaką wolność mu idzie, odpowiedziałby: jak to o jaką, no o wolność, zwyczajnie.  Miałem kiedyś spotkanie i rozmowę na ten temat z kilkuosobowym gronem robotników jednego z większych olsztyńskich zakładów przemysłowych i z litości już nie pytałem czy idzie im o wolność wypowiedzi, czy o wolny wybór prasy i książek do czytania, a może o inną jeszcze. Okazywało się, że w wyobrażeniach wielu z nich szło głównie o wolność demonstrowania czyli robienia awantur w dowolny sposób i w dowolnej sprawie.

W PRL górnicy byli jedną z najbardziej uprzywilejowanych grup zawodowych i ze wszech miar zasługiwaliby na podziw, gdyby jęli solidarnie walczyć o podobne usytuowanie innych grup zawodowych. Lecz górnicy podjęli walkę z systemem, który im dawał wiele, był natomiast opresyjny dla tych, którzy górnikom mieszali w głowach. Ani Michnik, ani Kuroń, ani setka innych niezadowolonych inteligentów, nie mieli tej siły przebicia, co czołowy oddział polskiej klasy robotniczej, wynajęli sobie zatem mało zorientowanych roboli i dzięki temu instrumentowi odnieśli sukces obalając PRL.

Wałęsa miewał niekiedy realistyczny osąd efektów swego działania dla Polski

Wałęsa miewał niekiedy realistyczny osąd efektów swego działania dla Polski

Najbardziej symboliczną i żałosną zarazem postacią ówczesnych protestów społecznych był Lech Wałęsa, którym zrzeszeni w Komitecie Obrony Robotników intelektualiści sterowali dowolnie. Robił co mu kazano,  bo na przykład Bronisław Geremek był tak mądrym i naukowo utytułowanym człowiekiem, że wręcz nie wypadało mu się sprzeciwiać. Pół biedy z Geremkiem, był to bowiem człowiek rozsądny i dość umiarkowany, lecz było wielu bezczelnych sterników wałęsowych poczynań, którzy nie kryli do czego zmierzają. Przytoczę raz jeszcze fragment wspomnienia Karola Modzelewskiego, wyartykułowanego podczas jednego z rocznicowych spotkań w Stoczni Gdańskiej:

Był Mazowiecki, ja i Wałęsa, który palnął: „Walczyliśmy o kapitalizm i zwyciężyliśmy”. Po chwili trochę się zacukał i dodał: „ale ludziom tego nie mówiliśmy, boby nie zrozumieli„.

Twierdzę z całym przekonaniem, że jedną z najpodlejszych, aczkolwiek niezwykle wpływową organizacją była i jest „Solidarność”. Jej podłość polega na tym, że realizowała, i czyni to nadal, jakieś niejasne, nie wiadomo czyje interesy, przywdziewając oszukańcze stroje: a to obrońcy robotników, to znów strażnika narodowego interesu, a nawet obrońcy chrześcijaństwa.

Jednym z efektów jej działań jest praktyczna likwidacja klasy robotniczej jako grupy społecznej zdolnej skutecznie walczyć o swe interesy. Dzisiaj próbują to jeszcze robić górnicy i kolejarze, są bowiem pracownikami przedsiębiorstw zarządzanych przez państwo uwzględniające w elementarnym przynajmniej zakresie obowiązek ochrony praw człowieka i obywatela. Natomiast pracownicy przedsiębiorstw oraz instytucji prywatnych, często należących do obcych właścicieli, są liczebnie rozproszeni, najczęściej zatrudnieni na rozmaitych śmieciowych umowach i w razie najmniejszych prób oporu, nie mówiąc już o buncie, mogą być z dnia na dzień wyrzuceni na bruk. Nie jest wykluczone, że państwo wyzbędzie się kłopotu z górnikami prywatyzując kopalnie, a prywatny właściciel pozbawi ich nie tylko rozmaitych przywilejów i dodatkowych świadczeń rodem z PRL, lecz skutecznie wyleczy z wyobrażeń o szczególnej roli wiodącego oddziału robotniczej klasy.

Przed ogłoszeniem stanu wojennego w grudniu 1981 r. „Solidarność” liczyła sobie ponad 10 mln. członków. Jaki jest jej stan liczebny dzisiaj, nie wiem. W Internecie znalazłem informację, że w 2010 r. wahał się on w granicach 400 – 680 tys. Okazuje się też, że w Polsce działa ponad 6 tysięcy rozmaitych związkowych organizacji, które zrzeszają łącznie ok. 2,5 mln. członków. Obłęd ! Tu i ówdzie pojawiają się durnowate wyjaśnienia, że sprawił to wszystko stan wojenny, który skutecznie rozbił solidarnościowy ruch związkowy. Od dawna, w przypadku zaistnienia jakichś niekorzystnych zjawisk społecznych, rozmaici „uczeni” przypisują im peerelowski rodowód. Na szczęście społeczeństwo nabiera rozsądku i coraz rzadziej wierzy w te „naukowe” odkrycia.

Kolejny zbawca Polski liczący na górników i kolejarzy

Kolejny zbawca Polski liczący na górników i kolejarzy

Jeśli idzie o ruch związkowy najlepiej z nim sobie radzi system kapitalistyczny, który w ciągu kilku wieków istnienia znalazł skuteczne lekarstwa na to schorzenie. A kto Polakom sprowadził z Zachodu kapitalizm, wyraźnie powiedział były wódz „Solidarności” w zacytowanej wyżej wypowiedzi. Jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy można mu wierzyć.

__________

 Post scriptum: Zachęcam do przeczytania interesującego felietonu na temat związków zawodowych, który znaleźć można pod adresem:
http://www.biztok.pl/gospodarka/paranoja-zwiazkow-zawodowych_a19804

 

           

 

 

 

 

 

 

O ŻYCIU I ŚMIERCI

Polecany

          Wczoraj z lewego oka usunięto mi zaćmę. Gdy pojawiła się dwa czy trzy lata temu, ktoś kompetentny wytłumaczył mi, że usunąć ją można tylko drogą operacyjną. Nie należałem do miłośników tego rodzaju zabiegów, wręcz przeciwnie – przyznam, że bałem się ich. Operacja miała polegać na usunięciu starej, naturalnej soczewki oka i wpuszczeniu do jego wnętrza nowej, sztucznej. Nie wyobrażałem sobie, że można tego dokonać poprzez niewielkie nacięcie.

          – Jakże to naciąć oko, a ściślej oczną gałkę, toż ono wtedy wypłynie – myślałem sobie i nie starałem się o przyspieszenie dość odległego terminu zabiegu.

          A czas płynął nieubłaganie. Zostałem wezwany do okulistycznej kliniki, określono niezbędne badania, którym musiałem poddać się w ciągu trzech miesięcy przed operacją, a jej termin wyznaczono na 9 stycznia 2015 r.  I czas zwariował ! Skończyło się lato ubiegłego roku, przyszła jesień, jeszcze szybciej, niż nadeszła – odeszła, już był grudzień i nie wiadomo kiedy skończył się rok.

           Mijające pierwsze dni stycznia zdawały się brzmieć jak kroki kata zbliżającego się by wykonać egzekucję. Przyjechałem na szpitalny oddział okulistyczny Szpitala Centrum Attis w Warszawie i nawet bać się nie wypadało: jeden czy dwóch starych jak ja mężczyzn, poza tym kilka miłych starszych pań. I trzęś się człowieku ze strachu w takim towarzystwie !

          Przyszła pielęgniarka i kazała usiąść na wózku, którym powiozła mnie na operacyjną salę. Miejsce strachu zaczęło zajmować zdziwienie. Na sali było kilka młodych lekarek i pielęgniarek, gadały głośno o sprawach banalnych, przekomarzały się zaśmiewały zaraźliwie. Atmosfera zupełnie nie przypominała tej, jaka powinna towarzyszyć egzekucji.

         Do oka wpuszczono mi jakiś płyn, do wenflonu zainstalowanego wcześniej do prawej dłoni, podłączono strzykawkę i wtłoczono zawarty w niej lek – zapewne znieczulający. Rzeczywiście, nie czułem nic. Nawet upływającego czasu. Niewiadomo kiedy zabieg skończył się, zaklejono mi opatrunkiem oko i operująca lekarka kazała wstać, założyć kapcie, a pielęgniarka, która przywiozła mnie, znów czekała z wózkiem. Nie wiem czy upłynęło pół godziny od wjazdu do sali wykonywania wyroków.

         Trzeba to przeżyć, by uzmysłowić sobie postęp medycyny. Dowiaduję się, że pierwszej operacji usunięcia zaćmy dokonano ok. 3 tys. lat temu w Indiach, lecz poprawiła ona pacjentowi wzrok ledwie na kilka dni, a później nastąpiło zakażenie i pełna ślepota. Dopiero w XVIII wieku udała się jakiemuś francuskiemu lekarzowi, lecz nie polegało to na wszczepieniu nowej soczewki, lecz na usunięciu starej i  zastąpieniu jej na zewnątrz grubym szkłem powiększającym obraz. Aż nastał rok 1952, gdy po raz pierwszy do wnętrza oka została wszczepiona sztuczna soczewka.

         Mamy rok 2015, od 1952-go upłynęły 63 lata, nic więc dziwnego, że cała operacja trwa niespełna pół godziny, a wykonujące ją lekarki i pielęgniarki gadają głośno o sprawach banalnych, przekomarzają się i zaśmiewają zaraźliwie.

          Następnego dnia po zabiegu zdjąłem opatrunek i poszarzały od zaćmy świat ukazał się w jego naturalnych cudownych barwach.

              *                               *

                         *

        Przed kilkoma dniami zmarł Józef Oleksy. Towarzysz ten w PRL szybko piął się po szczeblach partyjnej drabiny PZPR. Z tych centralnych, najpierw od 1977 roku pełnił jakąś funkcję w Wydziale Pracy Ideowo-Wychowawczej Komitetu Centralnego, od 1981 do 1986 kierował biurem Centralnej Komisji Rewizyjnej, a od 1987 do eksplozji w czerwcu `89 był I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego w Białej Podlaskiej. W III RP jako działacz obojętnych religijnie SdRP i SLD zajmował liczne odpowiedzialne stanowiska z premierowaniem rządowi i marszałkowaniem Sejmowi włącznie.

          Krótko przed śmiercią Oleksy rozmawiał w szpitalu z abp. Sławojem Leszkiem Głodziem.

        - To była długa i bardzo ważna rozmowa, zakończyła się pojednaniem z Bogiem poinformował duchowny.

        Oleksy ogłosił także publicznie ostatnią swą wolę, w której zażyczył sobie katolickiego pochówku.

 

        Byłem działaczem areligijnej, a nawet antyreligijnej PZPR, oczywiście znacznie niższego, niż Oleksowy szczebla i dobrze wiem, że gdybym przed śmiercią był wyspowiadał się i ogłosił wolę katolickiego pochówku, a następnie cudem ozdrowiał, to najprawdopodobniej z partii wyleciał bym na zbity pysk, a przynajmniej o sprawowaniu jakichś funkcji w jej aparacie mowy by nie było. I słusznie, bo widziały gały co wybierały !

        

        O zmarłych tylko dobrze albo wcale – nakazuje etyczna norma.        

         - Niechaj ziemia Panu lekką będzie, panie Oleksy – powiem zatem na koniec i nic już więcej nie powiem.    

 

BILANS MINIONEGO CZASU

Polecany

Nie lubię zawracać ludziom głów mymi sprawami osobistymi, tym razem jednak sobie odpuszczę. Bo nie tylko o te najbardziej osobiste idzie. Zacznę jednak od nich.

W II połowie 2013 roku (już nie pamiętam dokładnej daty) zrobiono mi kolejną operacje biodra, tym razem bardzo radykalną, usunięto bowiem głowę kości udowej oraz panewkę stawu biodrowego. W ten sposób lewa noga uległa kilkucentymetrowemu skróceniu i musiałem odbyć miesięczną rehabilitację (w prywatnym zakładzie za 4 tys. PLN, bo na publiczny czekałbym ad mortem usrandum), by móc wstać z łóżka. I tak ze swoim kalectwem użerałem się jak mogłem: ono wciąż gryzło, ja się odgryzałem i jakoś szło. Zaczęły się jednak pojawiać dalej idące jego skutki.  

Chodzenie o dwóch kulach pozbawiło mnie praktycznie możliwości odbywania dłuższych spacerów, a nawet kilkuprzystankowych podróży tramwajem w ważnych celach. Nadto, zapewne dla pokarania mnie za lewicowe poglądy, nasilająca się także w lewym oku zaćma radykalnie ogranicza możliwości lektur (na szczęście już 9 stycznia mam operację jej usunięcia), które niosą mi wielką pociechę, będący bowiem jednym ze skutków tzw. odnowy poziom programów telewizyjnych sprawił, że wiele lat temu wyrzuciłem telewizor. Póki co pozostał mi zatem Internet w komputerze, w którym mogę dowolnie powiększać czcionkę. Do tak zarysowanego obrazu dodam jeszcze i to, że za kilka dni kończę 77 lat, a taki wiek, doprawiony choćby tylko dwoma wymienionymi przypadłościami fizycznymi, niesie poczucie znacznego dyskomfortu.    

Wszakże nie tylko na fizycznych konsekwencjach starczej pierdołowatości się kończy. W ubiegłym roku odwiedziła mnie w Warszawie bardzo bliska od wielu lat znajoma i najwyraźniej była zdegustowana całokształtem mego wyglądu. Kilkakrotnie (telefonicznie, bo mieszka w odległym mieście) dawała mi to odczuć, aż wreszcie, z okazji zakończenie starego roku i początku nowego, zasygnalizowała niedwuznacznie, bym nie zawracał jej głowy i dolnego fragmentu cielesności, co rad nierad czynię, wobec braku innego wyjścia.

Jako o tle tych wszystkich dolegliwości wspomnę jeszcze o depresjotwórczej pogodzie, która dobijała mnie przez cały grudzień. Z czymś takim radzi sobie bez większych problemów większość ludzi, jednak i w tym przypadku zostałem dotknięty bożym palcem. Dla bezbożnego uczczenia bożych narodzin kupiłem sobie litr czystej gorzałki, którego połowę spożyłem samodzielnie w pierwszy dzień świąt, a nie zaznawszy najmniejszego nawet rozradowania, zabieg powtórzyłam nazajutrz. Z tym samym efektem ! Nawet śladowego kaca nie było. To także zapewne efekt bezprzyczynnie i bezskutecznie wydłużającego się żywota. Do tego wszystkiego doszło jeszcze polityczne i społeczne tło życia w kraju.

Odnalazłem w Internecie wywiad z Karolem Modzelewskim, opublikowany we wrześniu 2013 roku w elektronicznym wydaniu „Gazety Wyborczej”. Było w nim wiele, bardzo wiele interesujących ocen i poglądów, zacytuję więc choćby jeden fragment tego interview

Red. Grzegorz Smoczyński:

„Nie siedziałbym za kapitalizm nie tylko osiem i pół roku, ale ani miesiąca, ani tygodnia. Nie warto” – powiedział pan na rocznicowym spotkaniu w Stoczni Gdańskiej.

Karol Modzelewski:

Powiedziałem. Był Mazowiecki, ja i Wałęsa, który palnął: „Walczyliśmy o kapitalizm i zwyciężyliśmy”. Po chwili trochę się zacukał i dodał: „ale ludziom tego nie mówiliśmy, boby nie zrozumieli”. Wkurzyłem się.

Przyjaźń, przykład, pomoc Ukrainie, oto źródło naszych sukcesów.

             Przyjaźń, przykład, pomoc  Ukrainie – oto źródło naszych sukcesów

W innym miejscu mogłem przeczytać informację o lubelskim fragmencie grudniowej wizyty prezydenta Ukrainy – Petro Poroszenki w Polsce:

Na lotnisku Poroszenkę i jego małżonkę Marynę powitają przedstawiciele władz Lublina i regionu. Potem ukraiński prezydent uda się do sztabu powstającej w Lublinie międzynarodowej jednostki wojskowej, litewsko-ukraińsko-polskiej brygady LITPOLUKRBRIG. W siedzibie dowództwa zaplanowano powitanie prezydenta Poroszenki według ceremoniału wojskowego, odegrane zostaną hymny Ukrainy i Polski. Podczas pobytu w jednostce prezydentowi towarzyszyć mają wicepremier, minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak i szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej.

I na koniec tego tendencyjnego przeglądu informacji, dwa fragmenty wypowiedzi Adama Michnika, z programu TVP 2 „Tomasz Lis na żywo” (5. 01. 2015):

- Ten rok będzie ważny i wewnętrznie, i międzynarodowo. Jeżeli my tę Polskę spieprzymy, to będzie nie tylko wina pani premier Ewy Kopacz, ale nas wszystkich (…)

- Te 25 lat wolnej Polski to wielki sukces, Polska od 400 lat nie miała takich 25 lat, tak pozytywnie ocenianych. Niemniej jest część naszego społeczeństwa, która się czuje niedowartościowana, poniżona, mentalnie wykluczona.

Nie mogę wyjść z podziwu nad „patriotyczną” postawą prezydenta Komorowskiego, który nie bacząc w najmniejszym stopniu na zagrożenia, zezwala na tworzenie i funkcjonowanie na terytorium Polski militarnej organizacji, nastawionej wrogo i agresywnie wobec naszego potężnego sąsiada. Jednym z fatalnych przejawów postępującego kretynienia polskich elit politycznych, jest przyznawanie pierwszeństwa ich ideologicznym zapatrywaniom, przed rzeczywistym interesem kraju. Pan Prezydent niejednokrotnie coś tam prawił o dumie z tytułu bycia Polakiem. O jakiej tu jednak można mówić dumie, skoro wpływowi politycy czynią z polskiego państwa marnego kundla, ochoczo ujadającego w interesie trzymającego go na smyczy pana zza oceanu ? Czy prezydent Komorowski, z zawodu historyk, zapomniał że w przeszłości podobna postawa nie raz sprawiała, że braliśmy za tego typu uczynki w skórę, bo zleceniodawcy, kierując się dobrze pojmowanym interesem własnym, wycofywali się na bezpieczne pozycje ? 

Nasze społeczeństwo w swej większości, odnosiło się krytycznie do niegdysiejszej obecności radzieckich sił zbrojnych na terytorium Polski. Z jakiej więc racji i z czyjego upoważnienia zezwala się dzisiaj na tworzenie analogicznej sytuacji i bezprecedensowe zaostrzanie ryzyka zbrojnym konfliktem, w którym nasz kraj ma jeszcze mniejsze szanse, niż we wrześniu 1939 r. ? Bo co, bo panu Prezydentowi i politykom podobnego formatu podstawią w razie czego samoloty, by udali się na emigrację ? To już było i gówno (z przeproszeniem) z tego wyszło.

A cóż odpowiedzieć Michnikowi? Dawno, dawno temu opowiedziałem w swym blogu o pewnym znamiennym zdarzeniu. Miało ono miejsce w latach 80 ub. wieku w Olsztynie. Byłem zastępcą tamtejszego wojewódzkiego komendanta MO, gdy Michnik zakończył kolejną odsiadkę, tym razem w Barczewie i został stamtąd przewieziony więzienną „suką”  na olsztyński dworzec PKS. Poszedłem tam, by go zobaczyć i było mi  szczerze żal człowieka, gdy widziałem, jak z trudem dawał sobie radę z dwoma wielkimi torbami pełnymi książek. W pierwszym odruchu chciałem podejść i pomóc, zwyciężył jednak lęk przed konsekwencjami takiego uczynku, bo zapewne gdzieś tam się snuła tzw. operacyjna obserwacja i wątpię czy wytłumaczyłbym się swemu szefowi z posądzenia o konszachty z ówczesnym oberopozycjonistą. Obaj przecież byliśmy z Warszawy. Długo mi dokuczało poczucie marnego konformizmu. Gdybym jednak w jakimś niebiańskim olśnieniu przewidział co będzie wygadywał, gdy stanie się wpływową osobistością w tzw. nowej Polsce, nie bacząc na grożące mi „śledztwa” w wykonaniu równie jak on mądrego Instytutu Pamięci Narodowej, wszedłbym na peron i kopnął go w dupę.            

I tyle o mych odczuciach i poglądach słów na dzień dzisiejszy. Amen !

 

PRZEDŚWIĄTECZNE REFLEKSJE CZŁOWIEKA NIEPOBOŻNEGO

Polecany

Zbliżają się święta i nastał czas myślenie o sprawach wielkich. Bóg należy do kategorii największych. Nie jestem człowiekiem wierzącym, co nie oznacza, że jestem ateistą. Ateista, w przeciwieństwie do teisty, wierzy w nieistnienie Boga. Ja po prostu nie wiem czy on istnieje czy też nie , co wyczerpuje istotę agnostycyzmu. Lecz sprawa wydaje się być bardziej skomplikowana. Czym innym jest bowiem siła wyższa w postaci jednego lub wielu bogów, czym innym natomiast religia, a więc – można by rzec – cała procedura okazywania wiary. Jeśli w kwestii istnienia tej siły nie mam żadnej pewności i nie mogąc jej rozproszyć przestałem tym tematem się zajmować, to z religią sprawa nie jest tak prosta.

Ludzie wyznający ją mają swego Boga za istotę najwyższą, wszechmocną i najmądrzejszą, lecz w stosowanych praktykach okazują, że w myśleniu jest on  jednak dość ograniczony. Gdy byłem dzieckiem i chadzałem do kościoła, sądziłem, że Bóg zna wyłącznie język łaciński, w jakim zwracał się do niego ksiądz. Później okazało się, że można porozumieć się z nim także po polsku. Pozostał jednak dziwoląg w postaci pośrednika pomiędzy człowiekiem i Bogiem, którym jest ksiądz, oraz całej procedury tego kontaktu. Bo czyż nie powinno dziwić, że rozumie Bóg przeciętnego człowieka zwracającego się doń w porannej lub wieczornej modlitwie, a w niedzielę podczas nabożeństwa tenże człowiek musi mieć pośrednika i tłumacza ? Mało, tłumacz musi być odpowiednio ubrany, wykonywać ściśle określone gesty i używać skomplikowanych formuł słownych.

Niezwykle ciekawym zjawiskiem jest istnienie trzech głównych religii: judaizmu, chrześcijaństwa oraz islamu. Każda z nich głosi wiarę w tego samego Boga, każda wprowadziła jednak odrębny obrządek czyli procedurę okazywania wiary, a w istocie różny sposób obsługi Boga przez wiernych i wiernych przez Boga. Różnice są tak daleko posunięte, że wręcz śmieszne i zaczynają się od strojów. Pobożny żyd nosi czarny kapelusz, który w sabat zmienia na futrzaną czapkę, białe pończochy i koszulę oraz czarny chałat. Chrześcijanom Bóg odpuścił pod względem stroju i mogą ubierać się dowolnie, zachowując oczywiście elementarną przyzwoitość i skromność.  Wyznawcy islamu także mają daleko posuniętą dowolność stroju, wyłączywszy kobiety, które muszą zasłaniać twarz, nie mówiąc już o intymnych częściach ciała. U mężczyzn wymagania w tym zakresie także ograniczają się w zasadzie do osłaniania intymności, a twarz obowiązkowi zakrywania nie podlega. Dlaczego wspólny dla tych trzech religii Bóg każe się ich wyznawcom różnie ubierać, jest to nierozwikłana tajemnica.

Też szopka

                                                                Też szopka

Pół  byłoby z tym biedy, gdyby chodziło tylko o wyznawców różnych religii. Lecz nawet w ramach jednej i tej samej istnieją diametralne różnice. Choćby w kwestii liturgicznego stroju. Okazuje się, że Bóg wyznawców prawosławia wymaga od swych kapłanów innego, niż, na przykład, od  ewangelików, nie wspominając już o katolikach. Wymaga także innego sposobu zwracania się do niego, innej muzyki, granej podczas nabożeństw oraz odmiennego ich odprawiania.Wymieniłem kilka ledwie różnic, a w istocie absurdów związanych z wyznawaniem religii. W najmniejszym stopniu nie przeszkadza mi jednak to, co ludzie wyznają i jak to czynią. Do pewnej granicy wszakże. Oczywiście w żadnych normach się nie mieszczą i żadnego usprawiedliwienia nie mogą znaleźć bandyckie czyny islamskich terrorystów. Jednak i w tym przypadku warto przypomnieć praktyki chrześcijańskiej inkwizycji, zezwalającej na okrutne tortury i zadawanie śmierci przez palenie na stosach. Islam jest religią o kilkaset lat młodszą od chrześcijaństwa, może przechodzi więc okres grzesznej młodości, z której żydzi i chrześcijanie dawno już wyszli. Nie jest to wszakże okoliczność łagodząca i islamscy bandyci powinni być karani z całą bezwzględnością.

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie odczuwane mimo wszystko przymuszanie mnie do uczestnictwa w świątecznym obrządku. Wśród kilkunastu rozgłośni radiowych z trudem znajduje takie, w których przez dwa czy trzy tygodnie przed świętami nie trwa świąteczna paplanina i nie są nadawane pobożne kolędy. Tak, wiem, mogę przecież tego nie słuchać i wyłączyć radio. Dlaczego jednak cudza pobożność pozbawiać mnie ma możności niczym niezakłócanego słuchania radiowych audycji ?

W okresie przedświątecznym religia kojarzy się nieodłącznie ze straganem, religijne są bowiem handlowe reklamy, które już od listopada poczynając, ze zwiększającą się  częstotliwością przerywają normalne radiowe programy. Z czasów wczesnej młodości, gdy interesowałem się jeszcze świętymi pismami, pozostała mi w pamięci biblijna opowieść o tym jak Chrystus potraktował natrętnych kupczyków: Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!” (J.2 13-17).

Wspomniałem na wstępie, że nie jestem człowiekiem wierzącym, lecz natychmiast bym się nawrócił, gdyby wiecznie, jak twierdzą ludzie pobożni, żywy Chrystus zrobił to samo z radiowymi konferansjerami, spikerami i innymi gadaczami, którzy dla swej korzyści zmuszają mnie do wysłuchiwania ich  radosnej paplaniny.

 

JAK PREZES KACZYŃSKI POSTANOWIŁ UCZCIĆ 33 ROCZNICĘ STANU WOJENNEGO

Polecany

Cierpiący biedę człowiek ma naturalną skłonność do poszukiwania sprawców swego marnego płożenia. Gdy cierpiący biedę człowiek jest mądry, poszukiwania  te zaczyna od siebie. Biedny i głupi swą biedę zawdzięcza wyłącznie innym. On winien czemukolwiek ?! W życiu ! – odpowiada na tego rodzaju sugestie.

Nie jestem historykiem, miałem jednak mądrych nauczycieli tego przedmiotu. Zwłaszcza w szkole średniej, w której kształtowane są rudymenty metodologii podejścia do historycznej materii. Zgodnie z nimi sprawą pierwotną winna być znajomość faktografii, wtórną natomiast jej interpretacja. Młodzi ludzie, z którymi coraz rzadziej, ale jednak się stykam, opowiadali mi nie raz jak na lekcjach historii pani albo pan nauczali na przykład o bohaterskim zrywie narodu polskiego w Powstaniu Styczniowym czy podobnym mu, choć tragiczniejszym Powstaniu Warszawskim. Cel nauczyciela miał więc niejako wymiar ideologiczny, bo przedstawianemu wydarzeniu nadawał on obowiązującą charakterystykę już w nazwie: WIELKI czy też BOHATERSKI ZRYW POLAKÓW. I tak miało pozostać. Tylko ambitne i dociekliwe jednostki odnajdowały pogląd gen. Andersa, który nazwał Powstanie Warszawskie zbrodnią. Większość poprzestawała na eksponowaniu bohaterstwa, choćby niepozbawionego tradycyjnej polskiej narodowej głupoty. Patos tak charakteryzowanych czynów miał ją skutecznie zasłaniać.

Zaszczepiona Polakom i głęboko w nich osadzona metodyka traktowania zdarzeń historycznych nieraz przynosiła korzyści tym, którzy dla sobie znanych celów posługiwali się nią i wymagali podobnego podejścia od innych. Żyd miał być co najmniej podejrzany, a najchętniej potępiony, bo w uzasadnieniu takiego do niego stosunku  eksponowano porażające wyobraźnię ludzi pobożnych ukrzyżowanie Pana Jezusa. Ani przedawnienie czynu, ani zakaz odpowiedzialności zbiorowej nie robiły na antysemitach najmniejszego wrażenia.

Na zabawie u ojca Rydzyka

Na zabawie u ojca Rydzyka

Anatema o podobnej sile rażenia obowiązuje także w stosunku do komunistów. Tu problem jest nieco bardziej złożony. Po pierwsze, twierdzi się, że najgorliwszymi wyznawcami tej świeckiej religii byli Żydzi (poczynając od samego Karola Marksa) co pozwoliło na stworzenie pojęciowej zbitki „żydokomuna”. A po drugie, komunę łączy się z nacją rosyjską, co przy dość powszechnej rusofobii Polaków przynosiło i przynosi oczekiwane przez antykomunistycznie zorientowanych społecznych inżynierów skutki.

Gdy w 1980 roku powstała „Solidarność” inżynierowie ci rychło się zorientowali jak wielce przydatnym dla realizacji bardzo różnych celów może być tak wielki liczebnie i niezwykle dynamiczny społeczny ruch. Na jego czele nie bez powodu ustawiono Wałęsę – człowieka o zerowej wiedzy na temat historii, różnych społecznych teorii i w ogóle zjawisk społecznych.  Jego możliwości percepcji w tym zakresie nie przekraczały poziomu średniego konsumenta piwa spod sławetnych w PRL budek, toteż z równą ochotą zaakceptował pierwotne, służące znieczuleniu umysłów Polaków hasło „socjalizm tak, wypaczenia nie”, jak również zabieg w wykonaniu wykształconego w USA wykładowcy Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR – prof. Leszka Balcerowicza, który bez pytania go o zdanie wszczepił Polsce jedną z brutalniejszych odmian kapitalizmu.

W ciągu ćwierćwiecza funkcjonowania tego systemu pojawiło się sporo rozmaitych instrumentów wpływu na nastroje i poczynania społeczeństwa. Pierwsze miejsce w tym instrumentarium zajmuje oczywiście Kościół katolicki, ściśle powiązany z nowym ustrojowo państwem, gwarantuje mu ono bowiem rozliczne korzyści. Interesującym i wielowątkowym zdarzeniem w tym obszarze jest sprawa ks. Wojciecha Lemańskiego, w latach 2006-2013 proboszcza parafii Narodzenia Pańskiego w Jasienicy, który główną rolę Kościoła widział w reprezentowaniu interesów plebejskiej warstwy wiernych, a nie w czerpaniu korzyści z jego związków z machiną państwa. Zapłacił za to okrutną cenę  i nawet papież Franciszek bardziej skłonny jest zajmować się losem zwierząt w ich życiu pozagrobowym, niż oczywistą krzywdą wyrządzoną polskiemu kapłanowi przez polską kościelną hierarchię.

Pozostając w obszarze społeczno – politycznej nadbudowy państwa wspomnieć trzeba o pożytkach płynących z posługiwania się instrumentami mogącymi wzbudzać społeczne emocje i podziały. Narzędzi temu służących jest sporo, a ich przykładem niechaj będzie ziarno lustracji na gruncie polskim posiane przez Bronisława Wildsteina. Jest ono nasieniem uprawy wciąż troskliwie pielęgnowanej przez licznych specjalistów od tej agrokultury i służącej ich rozlicznym potrzebom polityczno-konsumpcyjnym. Jej owoce czynią z takich jak ja szkodliwy,  przeznaczony do bezwzględnego wyplenienia chwast, zabieg ten wspierają posłusznie najwyższe organy państwa, które nakazały pozbawić mnie prawie 2/3 emerytury, a różne mniej i bardziej tajemne czynniki planują dalsze podobne działania.*) Dodatkowo odchwaszczeniu sprzyjać mają złożone w Sejmie projekty ustaw o pozbawieniu takich jak ja oficerskich stopni oraz przyznanych przed laty orderów i odznaczeń. Mający także wszelkie cechy marnego zielska pewien znany profesor, będący w przeszłości tajnym współpracownikiem SB, jest natomiast chroniony nawet przez zdecydowanie prawicowy tygodnik W SIECI **), odkryto w nim bowiem szlachetne geny warszawskiego powstańca. 

 

Ambicje Prezesa - niemal Churchill

Ambicje Prezesa – niemal Churchill

Przejdźmy teraz do społeczno-ekonomicznej bazy. Zbawienny wpływ na społeczne nastroje  ma uniwersalne narzędzie regulacji stopnia ich radykalizmu, którym jest bezrobocie. Jest to obszar, na którym doskonale widać skutki wypełniania niezwykle podłej roli przez kierownicze kręgi „Solidarności”. Przyzwoliły one bez oporów na drastyczną redukcję praw pracowniczych choćby w postaci tzw. śmieciowych umów o pracę. Prywatny właściciel przedsiębiorstwa może bez problemów wyrzucić na bruk pracownika, który odważy się na najmniejszy odruch protestu. Lecz czynnikiem nieporównanie ważniejszym jest praktyczna likwidacja klasy społecznej robotników, którzy stali się wyzbytym klasowej świadomości zbiorowiskiem roboli. Czynnikiem niezwykle sprzyjającym redukcji ich znaczenia jako tworzących społeczną klasę, była likwidacja większości państwowego przemysłu, który uznano za pozostawiony przez komunę balast. Przykładem przestępczego wręcz procederu w tym zakresie było doprowadzenie w II poł. lat 90. do upadłości Zakładów Radiowych im. Kasprzaka na warszawskiej Woli i oddanie za marne grosze tego, co z nich pozostało  zachodnioeuropejskiej firmie tej samej branży, która dzięki temu nie tylko zlikwidowała konkurenta, lecz odniosła nadto wielkie korzyści finansowe, przekształcając przemysłowe budynki w biurowce, sprzedane następnie zagranicznym bankom.

Dzisiaj odbywać się będzie w Warszawie organizowany przez PiS marsz w obronie demokracji i wolności  naruszonych rzekomo w ostatnich wyborach samorządowych. Wręcz humorystycznego charakteru nadaje temu przedsięwzięciu patronat sprawowany nad nim przez samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego, którego wyobrażenia o wspomnianych dwóch elementach ustroju politycznego Polski mają tyle wspólnego z rzeczywistym ich wymiarem, co docenianie przez czarną Mańkę spod latarni korzyści płynących z pielęgnowania cnoty. Dość powszechne pojmowanie przez przeciętnego Polaka  kształtu spuszczonej mu nagle na amerykańskim spadochronie demokracji, zawiera się w znanej paremii „róbta co chceta”. Prezes Kaczyński w swej nieustępliwej walce z Platformą Obywatelską chce to wyobrażenie zinstrumentalizować poprzez wprowadzenie zasady zobowiązującej do robienia tego, co  chce on i jego partia. Nie jestem  pewien czy stopień ogłupienia społeczeństwa polskiego nie osiągnął już takiego poziomu, że marzenia prezesa PiS mogą być jak najbardziej realne. Wprawdzie pięciu biskupów katolickiego Kościoła opuściło szeregi komitetu honorowego marszu, lecz w rezerwie wciąż pozostaje o. Tadeusz Rydzyk, który zdaje się być gotowym na podjęcie trudu tworzenia instytucjonalnego zabezpieczenia ideologicznych potrzeb pisowskiego państwa. Zachowujący wciąż męską cnotę prezes Kaczyński nie ma doświadczeń w bliższym obcowaniu z kobietami, toteż może nie doceniać zdolności Ewy Kopacz do tworzenia sprawnych mechanizmów chroniących państwo przed awanturniczymi zapędami kandydatów na jego sterników. Oby nie docenił ! Nie jestem entuzjastą Platformy Obywatelskiej, w poprzednim wpisie wspomniałem jednak o diametralnej różnicy pomiędzy grypą i syfilisem. Mam nadzieję, że państwowe organy ochrony zdrowia nie dopuszczą do niosącej fatalną zarazę inwazji krętków bladych.

___________

*) Piotr Gontarczyk, „Zakłamana lustracja”, W SIECI nr 50 (106), 8-14 grudnia 2014.

**) Np. artykuł w RZECZPOSPOLITEJ z 10 grudnia br.: „Byli esbecy wciąż ze skandalicznie wysokimi emeryturami”. 

  

MEDYCZNY ASPEKT WYBORÓW

Polecany

Nie uczestniczyłem w pierwszej turze wyborów samorządowych. Gdy w skrzynce na listy znalazłem ulotkę wyborczą jakiejś kandydatki z warszawskiej listy wyborczej oznaczonej numerem 32, odeszła mi ochota by studiować tyle programów, a dodatkowo wybierać pomiędzy ich głosicielami. W najbliższą niedzielę do II tury jednak pójdę, bo mając wybór pomiędzy grypą i syfilisem, zagłosuję na Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Pogląd, że istnieje analogia pomiędzy PiS-em i syfilisem jest ze wszech miar uzasadniony. Tę paskudną chorobę łapią zwykle ludzie młodzi, a więc mało doświadczeni oraz niewybredni w  gustach, częściej spotykani na prowincji, niż w większych kulturowo ośrodkach. Trzeba cierpieć na kompletne bezguście, by dać się uwieść Jarosławowi Kaczyńskiemu, że nie wspomnę już o chorobowych skutkach takiego wyboru.

Jarosław Kaczyński jest dla mnie, mimo wszystko, zjawiskiem dość osobliwym. By to wyjaśnić, muszę wrócić do czasu minionego, gdy pracowałem w resorcie spraw wewnętrznych. Wprawdzie ani struktury „Solidarności”, ani żaden z jej większych bohaterów nie byli przedmiotami mych służbowych zainteresowań, jednak to i owo o nich się słyszało. W bardziej wtajemniczonych kręgach pracowników z Rakowieckiej 2 (a należałem do nich) wiadomo było kim był Rajmund Kaczyński – ojciec bliźniaków oraz co oni obydwaj robili w tym ówcześnie rewolucyjnym związku. Pan Rajmund nie był osobą szeroko znaną, lecz szanowaną. Miało to zapewne związek z kręgiem jego znajomych pochodzących z wysokich szczebli ówczesnej władzy partyjnej. Przed wybuchem stanu wojennego obaj bliźniacy nie należeli wprawdzie do ścisłego grona krajowego aktywu solidaruchów, lecz stopień ich aktywności w tych strukturach mógł być czynnikiem upoważniającym jakiegoś mniej zorientowanego funkcjonariusza SB niższego szczebla, do wpisania ich na listę kandydatów do internowania. Najprawdopodobniej znaleźli się na niej w pierwszej jej wersji, lecz przecież listy te były poddawane weryfikacji na wyższych szczeblach decyzyjnych. Jarosław Kaczyński został więc symbolicznie zatrzymany na jeden dzień, symbolicznie z nim rozmawiano i równie symbolicznie skłaniano do lojalności wobec ludowej władzy. Nie potrzeba było używać jakichś poważnych i cięższych gatunkowo argumentów, w ściślejszych bowiem kręgach ówczesnych decydentów wiadomo było, że do grona kandydatów na bohatera i męczennika PRL to on nie należał. Później, dużo później, gdy władza ludowa słabła, a „Solidarność” hulała coraz bardziej bezkarnie, odwaga braci Kaczyńskich rosła. Obecnie chwackość prezesa PiS przekracza wszelkie granice, wie on bowiem doskonale, że za żadne już czyny nic złego mu nie grozi. Swym dzisiejszym heroizmem może więc skutecznie przekonywać do siebie dość szerokie kręgi niezbyt wyrafinowanych intelektualnie zwolenników PiS i liczyć na ich głosy w wyborach. Kurdupelek

                                               Aktyw PiS dzieli Polskę i Polaków

Otchłanie archiwów Instytutu Pamięci Narodowej są niezbadane i na dobrą sprawę nie wiadomo co w nich zachowano, a co usunięto mniej lub bardziej trwale. Piszę to z pełną świadomością operacji dokonywanych w różnych miejscach i na różnych szczeblach decyzyjnych, a sąd taki uzasadnia  choćby analiza niektórych zapisów, na przykład, w internetowej „Wikipedii”, które ulegały i ulegają  przeróżnym zmianom, według niepoznawalnych kryteriów. Nie da się więc ustalić czy nagła sensacja o czyjejś współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL jest rzeczywiście nowym odkryciem, czy wyrazem realizacji jakichś i czyichś interesów. A problem jest dość złożony. Chcę zapewnić, że w przypadku istnienia bezwzględnej konieczności zyskania czyjejś pomocy w postaci tajnej współpracy z organami bezpieczeństwa państwa, jednostka nie ma najmniejszych szans by jej odmówić i sugeruję by nie tworzyć w tym obszarze mitów bohaterstwa. Szefowie różnych szczebli resortu spraw wewnętrznych PRL nierzadko bezsensownie oceniali aktywność podwładnych na podstawie ilości pozyskań do współpracy, co powodowało, między innymi, powierzchowność opracowań kandydatów, a to z kolei łatwość odmowy współpracy ze strony bardziej odważnych spośród nich. W przypadku bezwzględnej konieczności jednostka nie miała jednak szans, by nie podpisać zobowiązania do współpracy i bynajmniej nie ze względu na stosowanie fizycznej przemocy. Średnio inteligentny oficer SB nie musiał sięgać do tak mało wyszukanego argumentu.

Nie uczestniczę w publicznym życiu obecnej Polski, nie mogę jednak wyjść z podziwu, że jej władze dopuszczają do działań na tym szczeblu bezczelności, jakiego nierzadko sięga Jarosław Kaczyński i jego współpracownicy. To co Macierewicz wyprawiał w sprawie katastrofy smoleńskiej ośmieszało polskie władze oraz ich pojmowanie wolności jednostki. W kampanii wyborczej do samorządów prezes Kaczyński zdaje się przekraczać osiągnięcia swego podwładnego, a ta kampania to tylko trening przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi.

Do istniejącego na wysokich szczeblach władzy w Polsce bajzlu przyczynili się głównie mężczyźni, a zasługi Donalda Tuska są w tym zakresie trudne do przebicia. Pozostaje mieć nadzieję, że pani premier Kopacz pokaże osobnikom płci męskiej od ćwierćwiecza sprawującym funkcje premiera w tzw. demokratycznej Polsce, na czym polegać winien porządek w państwie. Moje skromne doświadczenia wyniesione z obcowania z paniami wskazują, że wiele z nich potrafi bardzo  skutecznie dbać o ład i porządek w gospodarstwie. 

MYCH ROZLICZEŃ EWENTUALNY FINAŁ

Polecany

                                   MOTTO:

 Osłoną intencji rządzących z reguły bywa patriotyzm.Trudno jest zarzucić komuś, że jest patriotą gorszym niż inni. Jednakże obserwujemy w ostatnich latach wykorzystywanie patriotyzmu dla kwestionowania polskich tradycji lewicowychNiszczenie pomników, zmiany nazw ulic, zniekształcanie przeszłości  w podręcznikach historii – to tylko wybrane przykłady działań w imię rzekomego patriotyzmu.

                   (Prof. dr hab. Maria SZYSZKOWSKA, „Filozofia codzienności w                                             rzeczywistości neoliberalnej”, wyd. Dom Wydawniczy ELIPSA, Warszawa                                        2010,str. 113)

       Dominującym wzorem polskiego polityka jest szczęśliwy imbecyl,dumny że jest. Im wyżej się wdrapał, tym bardziej jest dumny.

                (Podtytuł artykułu Czesława Bieleckiego, „Kretynizm”; DO                                                            RZECZY, nr 45(093), 3 – 9 11 2014, str.60)    

 

W ostatniej POLITYCE 1) znalazłem informację o objawach pogłębiającej się umysłowej zapaści niektórych posłów do Sejmu III RP. Tłem tego schorzenia jest antykomunizm. Zaczynam podejrzewać, że niektórym z nich niesie on doznania porównywalne z tymi, jakich  nastolatkom (a niekiedy mniej lub więcej starszym) dostarcza onanizm. Domniemanie to odnosi się zwłaszcza do ludzi pobożnych, którzy są przekonani, że walenie konia to grzech, więc w miejsce tego zwierzęcia podstawiają tzw. komunistów. Jednym z  największych miłośników tej formy zaspokajania swych popędów jest poseł PiS Zbigniew Girzyński.

Przed trzema laty jego partia wniosła do marszałkowskiej laski projekt ustawy, na mocy której z przestrzeni publicznej znikną wszelkie symbole komunizmu, a głównie pomniki żołnierzy radzieckich i osób z komunizmem kojarzonych. W miastach i miasteczkach zmienione będą nazwy ulic, noszących  imiona takich patronów. Według zawartej w pisowskim projekcie propozycji odebrane zostaną także wszelkie ordery, odznaczenia oraz tytuły honorowe nadane w latach 1944 – 1989 za „zasługi na rzecz komunizmu”.

Przejaw planów i ambicji pos. Girzyńskiego. Zaraził nimi burmistrza jednego ze śląskih niasteczek.

Czyżby prezentowane tu przez pos. Girzyńskiego (po lewej) nakrycie głowy było zapowiedzią jego ambicji i planów ?

Poseł Girzyński urodził się przed 41 laty w Sierpcu, lecz wychowywał się w Dąbrówkach – niewielkiej wioseczce położonej w mazowieckiej gminie Bieżuń. W 1988 r.  ukończył był podstawówkę w Bieżuniu właśnie i osiągnął niebotyczny sukces dostając się do ogólnokształcącego liceum przy  Niższym Seminarium  Duchownym w Płocku, gdzie w 1992 r. zdał poświęconą maturę.

Podstawówka w Bieżuniu i duchowne seminarium – nie są to placówki gwarantujące znaczący intelektualny rozwój, dobrze więc że w 1992 r. młody Girzyński dostał się na Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie po zdobyciu magisterium na wydziale historii, doktoryzował  się w tej dziedzinie w 2001 r. W 2005 r. po raz pierwszy wybrano go do Sejmu. Lecz co się stało, to się dotąd nie odstało i w parlamencie prezentuje poglądy, których istotą jest nienawiść do komunistów, jak na katolika kształconego w duchownym seminarium przystało.

Z jednej strony pozytywnie ocenić należy fakt, że prosty, mimo doktoratu, człowiek mógł zostać posłem do Sejmu, może to jednak przynieść wiele szkód w szerszym wymiarze, choćby poprzez szerzenie przez niego nienawiści i pogłębianie społecznych podziałów na podstawie ideowych poglądów nabytych w dzieciństwie oraz we wczesnej młodości, bezkrytycznie później pielęgnowanych i determinujących działania w wieku teoretycznie dojrzałym.

Podobno bywają jeszcze w polskich miastach i miasteczkach ulice nazwane imionami Władysława Gomułki, a nawet Bolesława Bieruta. Ludzie pokroju Zbigniewa Girzyńskiego odczuwają zdumienie i gniew na wieść o ich istnieniu, wykorzystują więc wszelkie swe możliwości żeby zaaplikować tym traktom  nowych patronów, a poprzednikom zabronić funkcjonowania w tej roli gdziekolwiek.

Z religią katolicką (jak z każdą inną również) mam tyle samo wspólnego, co pan Poseł ze zdolnością pojmowania skomplikowanych i wielowarstwowych zdarzeń historycznych oraz tolerancją dla odmiennych w tym obszarze poglądów. Jeśli idzie o dokumentację, to ja mam wystawione w 1938 r. świadectwo chrztu świętego, a pos. Girzyński akt nadania mu przed 13-ma laty dyplomu doktora nauk humanistycznych w zakresie historii. Okazuje się, że oba te dokumenty są tyle samo warte. Jednak ja nie doznaję wstrząsów psychicznych gdy przez okno swego pokoju widzę codziennie ulicę Prymasa Tysiąclecia, a po przejechaniu kilku przystanków tramwajem, wysiadam przy Alei Jana Pawła II. Obiecuję też, że nawet w przypadku wybrania mnie na urząd prezydenta III RP nie będę domagał się unieważnienia nabożnego nazewnictwa warszawskich ulic.

Kilka słów o szerzeniu nienawiści do żołnierzy Armii Czerwonej i określaniu PRL mianem kraju pod kolejną, po hitlerowskiej, okupacją. Podobno ukazała się na księgarskim rynku książka jakiegoś idioty, który kreśli w niej obrazy korzyści mających płynąć dla Polski ze sprzymierzenia się w 1939 r. z hitlerowską III Rzeszą i wspólnego w takim tandemie najazdu na ZSRR. Przepraszam, że użyłem brutalnej nazwy stanu psychicznego autora tego poglądu, lecz podczas studiów miałem tylko dwa semestry psychiatrii, toteż nie znam łagodniejszego jej idiomu. Bo są granice tolerancji dla cudzych poglądów i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wiódł rozważań na temat co by było, gdyby ciąża z najwyższego poczęcia, zakończyła się poronieniem.

Ja wiem, że w pierwszych latach powojennej Polski nie raz nadużywana była państwowa władza i dokonywano nawet zbrodni. Lecz miały one miejsce po obu stronach. Tyle tylko, że niemal od ćwierćwiecza jedną z nich, dla wzbudzenia współczucia, nazwano mającym uchodzić za szlachetne mianem „żołnierzy wyklętych”, choć ich dokonania często są porównywalne z uczynkami pozbawianego dzisiaj czci przeciwnika tych wojaków.

W latach hitlerowskiej okupacji mieszkałem z matką i babką (ojciec był w partyzantce, a pozostali mężczyźni z rodziny zostali wywiezieni na roboty do Niemiec) w małej wiosce tuż pod Warszawą przy tzw. linii otwockiej i matka zabierała mnie niekiedy na wyprawę do stolicy wąskotorową podmiejską kolejką. Nigdy nie zapomnę dwukrotnie obserwowanego upiornego widoku obficie skrwawionych murów kamienic i ulicznych chodników w miejscach, w których poprzedniego dnia dokonano egzekucji. Zaraz po wojnie wróciliśmy do miasta i zamieszkaliśmy na Woli, gdzie podczas dwóch dni sierpnia 1944 r., w zemście za wywołane powstanie, rozstrzelano ok. 50 tysięcy mieszkańców miasta. Gówniarze, uprawiający dzisiaj antykomunistyczną histerię z wykorzystaniem historii, widoki te znają tylko z opowieści, które szybko starali się zapomnieć.

23 maja br. posłowie Stanisław Pięta i Zbigniew Girzyński skierowali do Rady Gminy Buczkowice list, w którym zwrócili uwagę na niestosowność uczczenia na terenie Buczkowic żołnierzy sowieckiego okupanta, którzy zostali zabici w walkach obronnych z żołnierzami podziemia antykomunistycznego. Posłowie podkreśli, że „Polska Ludowa” była formą sowieckiej okupacji i Żołnierze Wyklęci mieli pełne prawo stosować najostrzejsze środki w obronie niepodległości Polski. Na zdjęciu obaj posłowie podczas walk na froncie w Buczkowicach.

23 maja br. posłowie Stanisław Pięta i Zbigniew Girzyński (z prawej) skierowali do Rady Gminy Buczkowice( w powiecie bielskim w województwie śląskim) list, w którym zwrócili uwagę na niestosowność uczczenia na terenie Buczkowic żołnierzy sowieckiego, według ich nazewnictwa, okupanta, którzy zostali zabici w walkach obronnych z żołnierzami podziemia antykomunistycznego (poświęcony zabitym obelisk po lewej). Posłowie podkreślili, że „Polska Ludowa” była formą sowieckiej okupacji i Żołnierze Wyklęci mieli pełne prawo stosować najostrzejsze środki w obronie niepodległości Polski, której obronić szans nie mieli, nie obronili, lecz się starali. Na zdjęciu obaj posłowie podczas walk na froncie w Buczkowicach, prowadzonych prawie 70 lat po zakończeniu wojny.

Od ponad dwóch dziesięcioleci trwa proces wielorakich i wielostronnych rozliczeń, ze szczególnym upodobaniem odnoszący się do rosyjskiego zaborcy oraz  jego radzieckiego następcy. Antykomunistycznie ogłupieni polscy biskupi w 1965 r. wystosowali do niemieckich swych odpowiedników sławetne orędzie o treści „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”;  18 listopada minęła 49 rocznica tego gestu. Toteż polskie media już niekiedy tylko wspominają hitlerowskie zbrodnie z okazji okrąglejszych rocznic ich dokonywania, bez porównania częściej natomiast opisują zbrodnie komunistyczne i radzieckie. Nieustannie toczone procesy historycznych rozliczeń naznaczone są głównie rusofobią, pełno jest więc jęków na temat ofiar Powstania Listopadowego, nieporównywalnej z ich liczbą hekatomby Powstania Styczniowego, a później bolszewickiego najazdu w 1920 roku, że o Katyniu, Kozielsku, Ostaszkowie, Miednoje nie wspomnę. By nie zatarło się wspomnienie tych zbrodni, Antoni Macierewicz za pomocą smoleńskiej brzózki stworzył kolejną, popełnioną na najwyższych szczeblach władz państwowych Polski, jak zwykle przez Rosjan.

Ile do cholery będą trwały te rozliczenia ?! Dlaczego miliony normalnych Polaków muszą cierpieć od konsekwencji psychicznego schorzenia na rusofobię tych, co sami siebie nawzajem powciągali na szczyty tzw. polskiego patriotyzmu i z ich wysokości starają się ogłupiać społeczeństwo ? Ile jeszcze będzie odsłon pomników dość operetkowego prezydenta III RP, który zginął w smoleńskiej  katastrofie ? I co najważniejsze: JAK DŁUGO BĘDĄ TRWAŁY WYGŁUPY POLSKICH RUSOFOBÓW Z NAJWYŻSZYCH PAŃSTWOWYCH SZCZEBLI, DLA ZASPOKOJENIA SWYCH POGLĄDÓW I UPODOBAŃ FRYMARCZĄCYCH BEZPIECZEŃSTWEM PAŃSTWA I NARODU ?!!!

Wrócę jeszcze do swych doświadczeń z czasów PRL. Blisko 30 lat przepracowałem w Służbie Bezpieczeństwa i wbrew rozpowszechnianym teoriom, jak tysiące takich jak ja,  nie popełniłem żadnego przestępstwa ani nadużycia. Niech mi ktoś udowodni, że było inaczej. Za pracę w tej służbie otrzymałem kilka orderów i odznaczeń. I dopadła mnie na starość bolesna dolegliwość będąca skutkiem usunięcia lewego stawu biodrowego, co sprawia, że lewa noga jest mało użyteczna, a jej ruchy bardzo niekiedy bolesne. Prawa natomiast jest silna i sprawna, jak reszta mego organizmu. Toteż chciałem poinformować posła Zbigniewa Girzyńskiego, który w imieniu PiS kontynuuje działania na rzecz  uchwalenia ustawy mającej pozbawić mnie wspomnianych orderów i odznaczeń, że gdy przyjdzie do mnie ktoś z zamiarem odebrania mi ich, tak go kopnę w dupę zdrową nogą, że długo będzie leczył bolesność doznanego urazu. I z podniesionym czołem poniosę konsekwencje tego uczynku. Nie PiS dawał mi te krzyże oraz medale i nie on będzie mi je odbierał !

_________

*) „Dekomunizacja przestrzeni”, POLITYKA, nr 46(2984); 12 – 18 11 2014, str.10

CO PiS DA POLAKOM ?

Polecany

W przedostatnim numerze POLITYKI *) znalazłem wywiad z kierownikiem Katedry Biomedycznych Podstaw Rozwoju Seksuologii  oraz (też kierownikiem) Podyplomowych Studiów Wychowania Seksualnego Uniwersytetu Warszawskiego – prof. dr. hab. Zbigniewem Izdebskim. Wywiad przeprowadził  red. Jacek Żakowski, w moim najgłębszym przekonaniu reprezentant wymierającego gatunku wybitnych publicystów, bo skoro w tym samym charakterze prezentowani są w takich tygodnikach, jak DO RZECZY albo W SIECI,  Bronisław Wildstein,  Łukasz Warzecha, Sławomir Cenckiewicz, że o (tfu, tfu, apage satanas )Wojciechu Cejrowskim nie wspomnę, to myślę sobie, że czas bez żalu umierać.

Wywiad zaskakuje tytułem: Życie polityczne i erotyczne, a istotę rzeczy odnaleźć można już w pierwszych zdaniach  interview: Czy partia ma znaczenie ? – pyta Jacek Żakowski. Dla zdrowia seksualnego ma. Są na to dane – odpowiada  mu rozmówca.  Na przykład takie, że wyborcy centroprawicy mają o ponad  2 cm dłuższego penisa niż wyborcy centrolewicy – podpowiada znakomicie przygotowany do wywiadu  publicysta POLITYKI. Prosiliśmy mężczyzn, żeby tę informację podali, jeśli sami kiedykolwiek zmierzyli swojego penisa w stanie erekcji. Popierający SLD deklarowali, że ta długość to średnio 16,20 cm., sympatycy PO – 17,41, a deklarujący poparcie dla PiS -18,35 – fachowo uzupełnia rozmówca.

Przed laty zaskoczył mnie fenomen PiS. Bo partia ze skrajnie durnowatym programem, dowodzona nadto przez operetkowego wręcz przywódcę, odnosząca jednak ogromny wyborczy sukces – to było nie do pojęcia. Lecz ludzie przeczuwali co mogą zyskać sympatyzując z PiS-em. Intuicja elektoratu, to doprawdy trudna do zrozumienia osobliwość. I dopiero  seksuolog odkrył  istotę wyborczych nadziei zwolenników Jarosława Kaczyńskiego.

Rewolucja Angielska, którym to mianem określa się serię trzech wojen domowych między zwolennikami parlamentaryzmu i rojalistami  w latach 1642- 1651, nie miała tak wyraziście społecznego charakteru jak Wielka Rewolucja Francuska, zapoczątkowana w 1789 roku symbolicznym zburzeniem Bastylii. Znajduję tu pewną analogię do rewolty wzbudzonej w sierpniu 1980 roku w Polsce. Prości naiwni stoczniowcy sądzili, że obalając „komunę”,  fundują narodowi  wolność, demokrację i dobrobyt, tymczasem, jak się okazuje, główny motyw tego zrywu stanowiła wielka nadzieja na zyskanie niezwykle wymiernej korzyści przez tych, którzy od początku rozumieli jego istotę.  W wymiarze bezwzględnym różnica 2,15 cm to doprawdy drobiazg. Gdy uzmysłowić sobie jednak obraz instrumentu o tyle wydłużonego, można pojąć sedno motywacji bojowników „Solidarności”,  bezwzględnie walczących z nierozumiejącym ich intencji reżimem.

To zdjęcie ukazało się niedawno w polskich mediach i wstrząsnęło światową opinią. Podobno Putin aż zadrżał widząc je i kto wie czy nie zostawi w spokoju Ukrainy.

Panie Prezesie, wierzymy Panu, że jest tego aż tyle, prosimy jednak                                     pokazać jak to wygląda w naturze

Mimo wielkości przemiany zaistniałej w Polsce przed ćwierćwieczem,  trzeba zdać sobie sprawę  z osobliwego braku konsekwencji w dalszych dokonaniach. W pierwszym odruchu buntu wyładowuje się zwykle niemal w całości rewolucyjny potencjał i musi upłynąć sporo czasu, by dokonały się dalsze, o podobnej doniosłości przeistoczenia. Toteż wielu członków różnych politycznych ugrupowań, mniej lub bardziej odległych ideowo od PiS, miało prawo zadać sobie pytanie: ile zyskamy przystępując do partii Jarosława Kaczyńskiego ? Czy każdy zyska średnią 2,15 cm, którą dzięki swym badaniom wykazuje naukowiec, czy nie wszyscy osiągniemy ten wymiar, jak to zwykle w przypadku średniej arytmetycznej bywa.

Także  pos. Zbigniew Girzyński nie chce pokazać jak w PiS dużo zyskał i tylko gestem czyni aluzję do rzekomego wymiaru korzyści z tytułu  bycia członkiem w tej partii

Także pos. Zbigniew Girzyński nie chce pokazać jak w PiS dużo zyskał i tylko gestem czyni aluzję do wymiaru korzyści z tytułu bycia tam             członkiem 

I jeszcze o jedno mi idzie. O jawność naszego życia mianowicie ! Jeśli wystąpiły tak daleko idące korzystne zmiany, to dlaczego je skrywamy ? Toż jednym z najważniejszych motywów walki z komunistycznym reżimem, podjętej przez „Solidarność”,  było dążenie do jawności w życiu publicznym. Niechże więc Jarosław Kaczyński i główni przedstawiciele jego partii, przestaną skrywać wymiar zmiany, która dokonała się w nich dzięki wyznawanym poglądom.  Niechaj ukażą wszystkim co zyskali w procesie przemian politycznego myślenia o Polsce.  Jeśli średnia osiągnięć wynosi 18,35 cm., jestem pewien, że kręgi przywódcze partii, w pełni ujawniając swój wizerunek, mogą przysporzyć  jej rzesz zwolenników. Jako przywódcy musieli zyskać więcej i naoczne ukazanie tego przyrostu, może przynieść partii wiele korzyści. A samorządowe wybory tuż tuż.

_______    

*) POLITYKA, nr 45(2983), 5 11 – 11, 11 2014

 

RÓŻNE MIARY TEJ SAMEJ BECZKI

Polecany

Żyję na tym świecie sporo czasu, co niezwykle wzbogaca poznanie. Gdy zaczynał się w Polsce stalinizm, miałem 12 lat, lecz skala zainteresowań i poznawcze możliwości ówczesnego smarkacza były nieporównywalne z przeciętnym dzisiejszym. Gdy polski stalinizm dogorywał, zdawałam właśnie maturalne egzaminy.

Jednym z wielu aspektów tamtego systemu, które danym mi było poznać, jest propaganda. Tak, zgoda, ówczesna była w swym antyimperializmie bardzo brutalna. Czym się różni od niej dzisiejsza, antykomunistyczna ? Tylko finezją, bo przyznać trzeba, że jest bardziej wyrafinowana i silniej oddziałuje na uczucia. Tak, na uczucia, bo propaganda nie jest, z natury rzeczy, zorientowana na intelekt. Dlatego tak wielu ludzi jej ulega.

Ostatnio złapano dwóch rosyjskich szpiegów. Że są szpiegami, twierdzi polski kontrwywiad, bo żaden niezawisły sąd wyroku  jeszcze nie wydał. Bardzo brzydkie działania musieli prowadzić ci dwaj panowie, poza tymi, którymi zajmowali się oficjalnie. Tu naszły mnie jednak pewne wątpliwości. Bo czy kurwa zwana markietanką, dająca dupy żołnierzom z pobudek patriotycznych, lecz pobierająca za to także wynagrodzenie, przestaję być kurwą ze względu na nację tych, których obdarza wdziękami? Pomyślałem sobie o takiej damie wspomniawszy postać Ryszarda Kuklińskiego, który jako pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, funkcjonujący w Sztabie Generalnym i mający przez to dostęp do tajemnic najwyższego rzędu, dał się zwerbować amerykańskiemu wywiadowi i pobierał za to wynagrodzenie. Tych dwóch szpiegów rosyjskich czeka sądowa rozprawa i surowy wyrok, natomiast nazwiskiem Kuklińskiego  ochrzczono w kilku polskich miastach place i ulice, a bezkrytyczni tzw. polscy patrioci, zgodnie z wytycznymi oficjalnej propagandy, mają go za narodowego bohatera. 

Inspirowany podnietą, którą wzbudziła we mnie ta postać, wspomniałem bojowe dokonania Amerykanów wspieranych bohatersko przez polskich żołnierzy, wykuwających braterstwo broni w walce z islamskimi fanatykami  w Afganistanie. Amerykę dzielą od tego kraju tysiące mil, podobnie jak Polskę, lecz pokonano tę odległość by walczyć z dżihadystami, którzy coraz bardziej zagrażają światowemu pokojowi i bezpieczeństwu. I to jest piękne ! Natomiast ze wszech miar godne było potępienia energiczne zwalczanie ich przez Armię Radziecką mimo, że Afganistan zajmował kawał południowego podbrzusza ZSRR, a dżihadyści, ochoczo wspierani wówczas przez Amerykanów, byli realnym zagrożeniem dla tego państwa. Do dzisiaj polski patriota spod znaku Boga i Ojczyzny, z przekonaniem potępia radziecką inwazję na Afganistan, sławiąc zarazem czyniących to samo Amerykanów z polską pomocą.

Amerykanie ? Nie, to polskie wojsko w Afganistanie w nowoczesnym patriotycznym umundurowaniu

Amerykanie ? Nie, to polskie wojsko w Afganistanie w nowoczesnym patriotycznym             umundurowaniu

Albo z innej beczki. W czerwcu 1955 roku zdałem maturę i zostałem wytypowany na studia w Moskwie. Celowo oblałem wszystkie egzaminy, bo byłem po uszy zakochany pierwszą młodzieńczą miłością i nie wyobrażałem sobie rozstania nawet w tak szlachetnym celu. W tym samym trybie dostała się na radziecką uczelnię koleżanka z równoległej klasy – Lena K. Gdy po roku pobytu u naszego wschodniego sąsiada przyjechała do Warszawy na pierwsze wakacje, mocno zaciągała z rosyjska i używała ponad miarę wielu rusycyzmów. Był to akurat czas zbliżającego się październikowego przełomu i w koleżeńskich kręgach zgodnie potępialiśmy ją za tak przejawianą uległość. A dzisiaj ?

W jednym z tygodników czytam wywiad z polskim dramaturgiem, tłumaczem , założycielem Obserwatorium Językowego Uniwersytetu Warszawskiego: „Adultyzm”, „balkoning”, „chorizo”, „dipówka”, „gentryfikacja”, „nicel”, „nicobryta”, „rep”, „seksting”. Co to za słowa ? – pyta dziennikarz. To nowe słowa języka polskiego. Tak brzmi polszczyzna XXI wieku – pada odpowiedź polskiego filologa.1)  Ani słowa zdziwienia, że o potępieniu nie wspomnę. Bo przecież bełkotanie  po amerykańsku to dzisiaj przejaw intelektualności bełkoczącego. O psiej uległości wobec amerykańskich wzorców kultury szkoda nawet gadać.

I jeszcze jedna beczka. Czytam suchy zapis jednego z setek, a może tysięcy patriotycznych dokonań tzw. żołnierzy wyklętych:  WRÓBEL Jerzy ur. 23.06.1926 r., b. żołnierz AL, komendant Posterunku MO w Kazanowie pow. Zwoleń. Zatrzymany w lesie koło wsi Struga między Ciepielowem a Kaza­nowem podczas drogi powrotnej z odwiedzin u rodziny razem z żoną Jadwigą przez bojówkę WiN 16.05.1946 r. Najpierw dotkliwie go pobito i zmuszono do zjedzenia legitymacji służ­bowej. Następnie przywiązano go do drzewa, żeby oglądał, jak bojówkarze znęcają się nad jego żoną będącą w zaawansowanej ciąży. Na jego oczach ją zgwałcili, po czym połamali jej ręce i nogi, a w końcu ostrym narzędziem rozcięli brzuch, żeby oglądać jak wygląda niedonoszony płód. Kiedy nie dawała już oznak życia, w podobny sposób torturowano jego i zamordowano2) Sprawców nie ujęto, nie próbowali ich także ustalić po 1989 r. zwolennicy rozliczeń z przeszłością. Natomiast setki przypadków  okrucieństwa funkcjonariuszy UB i SB publikują z inspiracji IPN dzisiejsze media. I co, znów dwie miary ? Ta służąca ocenie bandytów z powojennego podziemia, to probierz patriotyzmu, ja natomiast, były funkcjonariusz SB, choć, jak tysiącom mi podobnych,  najbardziej pracowity stróż narodowej pamięci z IPN nie wykaże najmniejszego naruszenia prawa, to zbrodniarze. I godzi się z taką oceną tzw. demokratyczna władza III RP, karze drastycznym obniżeniem emerytur i skazuje na kompletną marginalizację w życiu publicznym.

Czytając o wygłupach niektórych przedstawicieli kręgów patriotycznych, zastanawiam się czy cierpię jeszcze na tę narodową przypadłość. Bo wielbicielem Polski w wydaniu III RP nie jestem. Nie oddałbym za nią życia. A jeśli nawet naszłyby mnie pewne wątpliwości w tym przedmiocie, to w razie putinowskiej inwazji, możliwością której straszą nieustannie kręgi rządowe osobiście lub za pomocą ochoczo wzniecających wojenną histerię dziennikarzy, to niechaj w pierwszej linii poświęcających najwyższe ludzkie dobro staną ci, którzy dzięki demokratycznym przemianom w Polsce, zyskali miliardowe korzyści. Mają czego bronić. Ja z odsłoniętą piersią pójdę na wroga, gdy zobaczę, że swe życie w tej samej sprawie oddał Jan Kulczyk albo Zygmunt Solorz – Żak. Nie wypomnę im nawet tego, że dla finansowej korzyści nie płacili w Polsce podatków, zasilając swymi pieniędzmi jakieś mniej czy bardziej egzotyczne „raje podatkowe”. Wraz z nimi słodko mi będzie umierać za Ojczyznę.

________     

1)   „Epicko ogarniam swój radar”, WYSOKIE OBCASY nr 40(799), 11 października 2014.

2)   „Żołnierze Armii Ludowej polegli i zamordowani przez podziemie zbrojne po wyzwoleniu kraju”, Warszawa 1997; wyd. Rada Krajowa Żołnierzy AL przy Zarządzie Głównym Związku Kombatantów RP i b. Więźniów Politycznych.

 

INKWIZYTORZY III RP.

Polecany

W „Do Rzeczy”, od rzeczy. 

Pożar w burdelu przypomina niewinną zabawę przedszkolaków, gdy porównać go z wydarzeniami wzbudzanymi przez Instytut Pamięci Narodowej oraz prawicowe media, w uporczywej walce z  obaloną przed ćwierćwieczem „komuną”. Wzniecana przez te instytucje pożoga tym się charakteryzuje, że jeśli w jednym miejscu wygaśnie, dobrze opłacani strażnicy ognia natychmiast wzniecają następną. I tak da capo al fine lub, jak kto woli, ad mortem usrandum. Ostatnio łuczywem służącym rozpałce stał się Witold Kieżun – profesor nauk ekonomicznych, teoretyk organizacji i zarządzania, żołnierz Armii Krajowej i uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień sowieckich łagrów, aktualnie pracownik naukowy Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Ufff ! Ma co płonąć.

10 maja br. prof. Kieżun zaszczycony  został tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. W  wygłoszonej laudacji profesor Bogusław Nierenberg powiedział, że tacy jak on mają pełne prawo, by wytykać nam błędy. I to ostatecznie wściekło znanego z rozliczeń „komuny” publicystę, Sławomira Cenckiewicza, który do spółki z innym rozliczaczem PRL – Piotrem Woyciechowskim, przyłożył Kieżunowi w tygodniku DO RZECZY*) tak, że chłop może się nie podnieść. W lutym skończył 92 lata, to i członki zapewne zesłabły od wcześniejszego dźwigania się z potknięć i upadków. Teraz, za sprawą Cenckiewicza i Woyciechowskiego wyszło na jaw, że prof. Kieżun był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL.

W każdym piśmie, bez względu na jego ideową orientację, ma prawo publikacji nawet zdeklarowany dureń, a przypadki takie miałem okazję obserwować pracując w SB, gdy w kręgu mych służbowych zainteresowań znajdowały się media. Ponieważ z nastaniem III RP w wielu dziedzinach życia w Polsce dało się obserwować znaczny postęp, toteż liczebność tak osobliwie uzdolnionych dziennikarzy również znacznie wzrosła. Oto pierwszy z brzegu przykład – tygodnik DO RZECZY. Na jego łamach znajduję publikacje nie tylko osławionego ściganiem osobowych źródeł informacji służb specjalnych PRL Bronisława Wildsteina, lecz także wspomnianych – Cenckiewicza i Woyciechowskiego. Zasługi Wildsteina są powszechnie znane, kilka zatem słów o dwóch pozostałych luminarzach antypeerelizmu.

Sławomir Cenckiewicz jest historykiem, w której to dziedzinie ma doktorat z habilitacją włącznie. Ponieważ wykształcenie nie czyni człowieka inteligentnym, toteż podjął on przed laty pracę w Instytucie Pamięci Narodowej. Nie popracował długo, gdy rypła się sprawa jego dziadka po mieczu, który nie dość, że działał przed wojną w młodzieżówce KPP, to po wojnie stał się funkcjonariuszem gdańskiego UB, a później  tamtejszej SB. Wprawdzie ojciec Cenckiewicza jeszcze w jego dzieciństwie odszedł był do innej kobiety, ustały więc wszelkie kontakty także z dziadkiem, jednak decydenci przybytku narodowej pamięci uznali, że w genach wnuka, drogą dziedziczenia, odezwać się mogą ubowskie cechy antenata, toteż dla pewności pozbyto się go z tej ideologicznie przeczystej i myślowo dziewiczej instytucji. I tak oto Cenckiewicz z funkcjonariusza urzędu dysponującego instrumentarium ogłupiania społeczeństwa, jako patriotycznie zorientowany dziennikarz stał się jednym z narzędzi tego procederu.

Nie udało mi się uzyskać dokładniejszych informacji o Piotrze Woyciechowskim, bo nawet WIKIPEDIA nie chciała poświecić mu kilku zdań. Dowiedziałem się tylko, że w czasach ministerialnych triumfów Antoniego Macierewicza był jego bliskim, zasłużonym w procesie likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych współpracownikiem, co stało się zapewne dobrą rekomendacją otwierającą łamy DO RZECZY.

Wróćmy wszakże do przypadku prof. Witolda Kieżuna. Zamieszczenie w tygodniku DO RZECZY informacji o jego współpracy z SB w nieznacznym tylko stopniu obciąża kierownictwo pisma. Bo skoro zdarzać się może publikowanie materiałów pisanych przez durni, to dlaczego jeden czy drugi przedstawiciel tego gatunku nie miałby zasiadać w redakcji. Nie bez powodu w czasach braku na rynku papieru toaletowego, gazety wypełniały tę lukę. Źródło całej sprawy bije więc znacznie wyżej.     

                      EWOLUCJA POLAKA WG PROJEKTU IPN 

Są instytucje czerpiące natchnienie do działania z wdeptywania swych poprzedników i adwersarzy w błoto. Dla pobożnych władz III RP prawzorem w tym zakresie była zapewne Święta Inkwizycja – policyjny organ katolickiego Kościoła, której działalność rozkwita w końcu XII wieku, gdy papież Lucjusz III nakazał energiczne zwalczanie wszelkiej herezji. Od zwycięstwa „Solidarności” w 1989 r., a także wbrew pierwotnym jej intencjom, heretykami są dzisiaj ludzie w jakikolwiek sposób związani z instytucjami PRL, którzy nie wyrzekli się demonstracyjnie dawnych przekonań i sentymentów. Toteż naśladując pierwowzór, władze III RP w styczniu 1999 roku powołały do życia Instytut Pamięci Narodowej, którego głównym zadaniem jest zwalczanie niezgodnej z oficjalną doktryną herezji, a zwłaszcza wszelkiej komunistyczności. Ponieważ cechy tej nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie zdefiniować, zezwolono by każdy okazjonalny bądź z głębokiego przekonania antykomunista, treść tego pojęcia na swój i cudzy użytek ustalał sam. Wolna wola nawet durniom przysługuje, jeśli dyktowane nią uczynki mieszczą się w granicach prawa albo choćby zdrowego rozsądku. Jak to jednak jest, Szanowna Władzo Polska, że lada dureń może pójść do IPN, wygrzebać na temat Iksińskiego jakieś materiały i opublikować je z podłym komentarzem, bo mu ten osobnik podpadł albo się nie podoba ? Czy tak pojmowana wolność nie jest bezczelną samowolą mogącą w dotkliwy nawet sposób naruszać cudze dobra ?

W 1982 r. zostałem służbowo przeniesiony z Warszawy do Olsztyna. Powodowany nawykami z poprzednich lat, a także potrzebą kontaktu z ludźmi, nawiązywałem liczne znajomości, starałem się rozpoznawać rozmaite problemy, o których dowiadywałem się na przykład w toku analizy spraw operacyjnych prowadzonych przez podwładnych albo z miejscowych mediów. Były to lata 80. ubiegłego wieku i choć olsztyńska „Solidarność” w porównaniu z warszawską lub trójmiejską, była jak pijane dziecko we mgle, starałem się poznawać opinie ludzi o istniejących i nabrzmiewających wówczas problemach. Po powrocie do swego gabinetu robiłem z prowadzonych rozmów notatki, z których wiele było przydatnych do sporządzania informacji o sytuacji w województwie. Z upływem czasu stosy papierów zapełniały pancerną szafę stojącą w rogu mego gabinetu.

Gdy zapadła decyzja o rozwiązaniu Służby Bezpieczeństwa, wykonałem dwie ważne czynności. Najpierw napisałem i wysłałem do ministra Kiszczaka raport z prośbą o zwolnienie mnie  ze służby, nie wyobrażałem sobie bowiem pracy w podobnej instytucji powstałej w tzw. nowej Polsce. A później wszystkie znajdujące się w mej szafie materiały operacyjne osobiście spaliłem w kotłowni usytuowanej w piwnicy gmachu komendy. Tak, spaliłem, bo wyraźnie już wtedy zapowiadało się, że prąca do władzy nowa kadra przez długi czas czerpać będzie tytuł i motywację do jej sprawowania, z deptania i szmacenia ludzi poprzedniego systemu. Przyznam, że w wielu przypadkach nie doceniłem nowych inkwizytorów. Kto normalny może jednak przewidzieć wszelkie konsekwencje ludzkiego skretynienia ?

Granice elementarnej przyzwoitości przekracza sporządzona przez Cenckiewicza i Woyciechowskiego informacja na temat współpracy prof. Witolda Kieżuna ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Czy jednak ci dwaj publicyści in spe wiedzą na czym polega przyzwoitość w uprawianej przez nich dziedzinie ?

__________      

 *) DO RZECZY nr 39(087), 22-26 września 2014; Sławomir Cenckiewicz i Piotr Woyciechowski, TAJEMNICA AGENTA „TAMIZY”  

Postscriptum

Gorąco polecam Państwu lekturę wywiadu udzielonego w r. 2011 przez prof.Kieżuna „Tygodnikowi Solidarność”, zatytułowanego „Polska neokolonią”. Tekst można znaleźć pod adresem: http://tysol.salon24.pl/286593,polska-neo-kolonia           

MIERNY ROZMIAR WIELKOŚCI

Polecany

                                  Motto: Widząc w wodzie robaka rybka jedna mała,

                                      Że go połknąć nie mogła, wielce żałowała.

                                      Nadszedł szczupak, robak się przed nim nie osiedział,

                                      Połknął go, a z nim haczyk, o którym nie wiedział.

                                      Gdy rybak na brzeg ciągnął zdobycz okazałą,

                                      Rzekła rybka: „Dobrze to czasem być i małą”

                                                                                                                       Ignacy Krasicki

Słowo, które jak wytrych otwiera wszystkie zamki III RP to „wolność”. Oficjalny pogląd jest taki, że za PRL jej nie było, teraz natomiast każdy ma jej tyle, ile chce. Za darmo !  Rozpowszechnianiem tego daru wśród społeczności polskich miast i wsi zajmują się elektroniczne i papierowe media, o treści natomiast decydują wyspecjalizowane instytucje od  propagandy, z IPN na czele. W reklamie tej, jak w każdej innej, niekoniecznie tkwi kłamstwo. Nie ulega natomiast wątpliwości, ze zawiera ona jednostronny obraz produktu.

Wbrew prostackim poglądom, że wolność jest możnością czynienia tego, na co się ma ochotę, jest to pojęcie niezwykle złożone. Nieprawdą jest na przykład, że w PRL wolności nie było, bo oznaczałoby to uznawanie niezmienności rzeczywistości państwa na przestrzeni 45 lat jego trwania, co oczywiście jest bzdurą. By nie marnować czasu na udowadnianie truizmów wspomnę tylko, ze nie da się porównać zakresu wolności jednostki w Polsce w okresie panującego w niej stalinizmu ( od końca 1949 r. do, z grubsza rzecz biorąc, połowy lat 50) z tym, czego zaznawała np. w latach 70. ub. stulecia. Nie wspominam o tym wszakże po to, by wykazać wyższość garbatego nad kulawym lub odwrotnie, lecz dla zasygnalizowania złożoności zjawisk społecznych. Znakomicie służy temu pojęcie wolności, gdy zacząć rozbierać je na czynniki pierwsze.

Zacznijmy od rozróżnienia sfery wolności myśli i uczynków. Nawet jeśli pełnię władzy w Polsce przejmie Jarosław Kaczyński, a ideologicznego wsparcia w postaci totalitarnej. katolickiej ideologii udzieli mu ojciec Tadeusz Rydzyk, obaj ci nieżonaci mężowie mogą zniewolić tylko moje  czyny (też nie wszystkie), w żadnym natomiast stopniu, bez mej zgody, nie są w stanie zapanować nad mymi myślami. To początek złożoności pojęcia wolności, pojmowanej jako syndrom praw człowieka.

Podniet do interesujących refleksji dostarczają meandry obowiązujących w państwie doktryn. W ideologii PRL podstawę stanowiła marksistowska teza o przodującej roli klasy robotniczej. Gdańscy stoczniowcy, będący jednym z jej oddziałów, mieli zapewne mętne pojęcie o marksizmie, lecz o tym, że mają przodować wiedzieli dobrze. Był to zapewne jeden z głównych, choć może nie do końca uświadomionych, bodźców do wzbudzania strajków i protestów. Miały one sprawić poprawę losu przodującej grupy społecznej i całego społeczeństwa, także poprzez urzeczywistnienie hasła „socjalizm tak, wypaczenia nie !” I co robotnicza klasa zyskała ? Przede wszystkim to, że przestała istnieć jako klasa. Położenie ekonomiczne pracujących w rozmaitych zakładach produkcyjnych stosunkowo niewielkich grup robotników jest marne, nie mają swej reprezentacji, bo polski kapitalista nie pozwala na tworzenie związków zawodowych, a znaczne w kraju bezrobocie odbiera ludziom odwagę, by upomnieć się o swe prawa, w istniejącej sytuacji grozi to bowiem wyrzuceniem na bruk.

Jest wiele rozważań o odzyskanej wolności, o demokratycznych prawach i swobodach, cicho  jednak o gigantycznym oszustwie bezimiennych jak dotąd sił społecznych, które robotnicze protesty przekształciły w coś w rodzaju rewolucji burżuazyjnej, władzę i wszelkie korzyści zapewniając błyskawicznie uformowanej klasie drobnych i średnich kapitalistów. Jako sprawców tego oszustwa wymienia się świadome jego narzędzie,którym był Balcerowicz i bezwolne, pozbawione świadomości istoty swych działań w osobie Wałęsy, lecz przecież dwóch ludzi nie obaliło systemu społeczno-ekonomicznego. Czy pojawi się ktoś, kto spróbuje ukazać mechanizm tej wielkiej społecznej przemiany ze wskazaniem tworzących go ludzi ? Ciekawe ! Odwaga w tym zakresie ma jak dotąd cenę najdroższego kruszcu.

Inne, bardzo istotne dwa aspekty pojmowania wolności, to wolność „do czegoś” i „od czegoś”. Wiele ostatnio mówi się i pisze o „klauzuli sumienia”. Generalnie stanowi ona wyraz przekonania o wyższości prawa bożego nad stanowionym przez człowieka i można ją nie tylko głosić, lecz także odmówić dokonania czynności z nią sprzecznych, nawet jeśli zezwala na nie prawo stanowione. Najbardziej jaskrawym przykładem pojawiających się w tym zakresie komplikacji jest sprawa aborcji. Jeśli polska kobieta ma do niej prawo na podstawie przepisów ustawy z 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, lansowany jest pogląd, że pobożny ginekolog, posługując się wspomnianą klauzulą, może odmówić dokonania zabiegu, czego dopuścił się, na przykład, prof. Bogdan Chazan i wątpię, by spotkały go w związku z tym prawne konsekwencje. Mamy tu do czynienia z niedającym się rozwikłać splotem „wolności do…” oraz „wolności od”. Poszkodowana kobieta, która urodziła niezdolne do życia dziecko miała prawo do zabiegu usunięcia fatalnej ciąży i to był obszar jej „wolności do”, jednak ginekolog uznał, że mimo niepozwalającego mu na to przepisu prawa, ma „wolność od” nałożonego prawem obowiązku i może aborcji odmówić. Kobieta znalazła się zatem w obszarze braku „wolności od” bezprawnej decyzji ginekologa, który uznał, że dysponuje „wolnością do” odmowy dokonania zabiegu. Kwadratura koła !

ABORCJA NA ŚWIECIE

- barwą niebieską oznaczono kraje, w których aborcji dokonuje się na życzenie kobiety;

barwą żółtą, która w Europie wyróżnia tylko Polskę, oznaczono kraje, gdzie aborcja dozwolona jest w przypadku zagrożenia życia, zdrowia fizycznego lub  psychicznego matki, wad płodu albo gwałtu;

- w krajach oznaczonych barwą zieloną aborcja jest legalna w przypadku zagrożenia życia, zdrowia fizycznego lub psychicznego matki, gwałtu, wad płodu lub trudności socjoekonomicznych;

- barwą pomarańczową oznaczono kraje, w których aborcja jest dopuszczalna w przypadku zagrożenia życia, zdrowia fizycznego lub psychicznego matki, nie można natomiast jej dokonać, gdy ciąża jest skutkiem gwałtu.

Jedną z najważniejszych powinności człowieka wobec samego siebie jest podejmowanie starań, by rozumieć otaczającą go rzeczywistość. Jest to podstawowy warunek odnalezienia w niej swego miejsca oraz, idąc krok dalej, skuteczności prób twórczej jej zmiany. Dzisiejsza polska władza państwowa, dysponuje niezwykle rozbudowanym aparatem propagandy. Porównać go się da z podobnym instrumentarium funkcjonującym u nas w czasach stalinizmu z tą wszakże różnicą, że  tamtejsze było dość brutalne w stosowanych metodach oraz  środkach i przez to przyprawiające wielu o niestrawność wobec potrawy przed jej spożyciem. Dzisiejsze natomiast jest bardzo finezyjne, bezbolesne w działaniu i często niedające się identyfikować jako służące redukcji krytycyzmu w myśleniu. A przez to skuteczniejsze !

Tłem i przyczyną komplikacji obecnej sytuacji Polski jest konflikt na Ukrainie. Coraz bardziej realnym staje się rozszerzenie go. Bez naszego w tym udziału ? Nie raz w historii gmatwaliśmy sobie rzeczywistość, ponosząc z tego tytułu ogromne straty na własne życzenie. Choćby z uwagi na niedawne świętowanie, wart wspomnienia jest przypadek Powstania Warszawskiego. Jego absurdalność i tragiczny bilans były zapewne wynikiem drastycznego braku spójności pomiędzy celami formułowanymi przez sprawców jego wybuchu, a wyobrażeniami o nich wśród uczestników i mieszkańców udręczonej stolicy. Głównym czynnikiem sprawczym tej dysproporcji był zapewne brak rzetelnej informacji o tych celach, który da się usprawiedliwić warunkami zniewolenia, lecz  obłędnej tromtadrackości pomysłu racjonalnie wytłumaczyć się nie da.

W niektórych przynajmniej aspektach przebieg tamtego zdarzenia przypomina dzisiejsza sytuacja Polski. Jednym z najważniejszych warunków porozumienia w sprawie zjednoczenia Niemiec było zapewnienie Związku Radzieckiego, że nie będzie prób przesuwania sfery wpływów Zachodu w kierunku zachodniej jego granicy. Odnosiło się to głównie do struktur wojskowych, do jakich oczywiście należy NATO. W międzyczasie wpływowi nasi politycy uznali, że głównym warunkiem mocarstwowości Polski jest zharmonizowanie jej polityki zagranicznej ze strategicznymi interesami USA, te natomiast, zwłaszcza w Europie wschodniej, sprzeczne są z wyobrażeniami Rosjan o ich bezpieczeństwie. Czołowi polscy politycy nie wyjaśniali wszakże społeczeństwu motywów swych poczynań, licząc na polską rusofobię i bazując na mitologii wyjątkowego położenia Polski, które ma sprawiać stałe zagrożone jej bezpieczeństwa. Te dwie przesłanki sprawiają, że w mediach jęli coraz częściej pojawiać się czynni i w stanie spoczynku generałowie, liczący na znaczący wzrost swej roli i znaczenia. Tymczasem od czasów dobrego wojaka Szwejka wiadomo jak ogłupiający wpływ na ludzi ma ta szarża.

W polskich patriotycznych kręgach chęć bicia się za „wolność waszą i naszą” wzmocniła zapewne wypowiedź mera Kijowa, popularnego ukraińskiego boksera Witalija Kliczki, który zaapelował do niemieckiego rządu o przyspieszenie i rozszerzenie asortymentu dostaw wojskowego sprzętu dla jego kraju. W motywowaniu Niemców posłużył się, jak na boksera przystało, potężnym ciosem twierdząc: Europa musi wreszcie zrozumieć, że stawką od dawna nie jest tylko Ukraina. Ukraińscy żołnierze bronią nie tylko Ukrainy, lecz całej Europy, bronią europejskich wartości. Ponieważ dzisiejsza Ukraina ma z europejskimi wartościami tyle samo wspólnego, co czarna Zośka spod latarni z cnotą, jestem pewien, że Niemcy odniosą się do tego apelu z rozsądnym dystansem. Wielu Polaków uzna natomiast, że militarne wsparcie jest oczywistym moralnym obowiązkiem świata zachodniego wobec kołaczącego do jego bram nowego chętnego lokatora. Motywuje ich do tego, jak zwykle z kompletnym poczuciem braku odpowiedzialności, Bronisław Wildstein, twierdząc, że (…) dziś to Ukraina walczy za nas, a więc powinniśmy zrobić wszystko, aby jej w tej walce pomóc. (…) Trzeba dostarczać jej niezbędnej broni, szkolić żołnierzy, również na jej terenie, a także wysyłać doradców i ekspertów. A wszystko to dlatego, że (…) mamy wyjątkową okazję do definitywnego powstrzymania imperialnych aspiracji Moskwy.1)

W ten oto sposób prawo i wręcz powinność jednostki, by rozumieć otaczającą ją rzeczywistość, zostały naruszone przez niedopełnienie przez polityczną władzę w Polsce obowiązku pełnego i zobiektywizowanego informowania społeczeństwa o sytuacji w kraju, a zwłaszcza międzynarodowych jej uwarunkowaniach. Nieodpowiedzialne poczynania polityków, znaczny wzrost medialnej aktywności generalicji oraz wsparcie udzielane wszelkim szabelkowym popisom wobec Rosji przez publicystów formatu Wildsteina, czynią bezpieczeństwo Polski i Polaków przedmiotem wielkiego ryzyka.  

_____

1)    Bronisław Wildstein, „Nasza wojna na Ukrainie”, DO RZECZY, nr 36. 1-7 września 2014

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

POLSKA DEMOKRACJA OBDARZAJĄCA UKRAINĘ

Polecany

Czym jest polityka ? Chyba najprostszą jej definicję sformułował  w IV wieku p.n. e. Arystoteles twierdząc, że jest to rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. Bo  jak spostrzegł był także, wszystkim ludziom właściwy jest z natury pęd do życia we wspólnocie, a państwo było i jest organizacją tej wspólnoty. Później definicja   komplikowała się. Max Weber (1864 – 1920), niemiecki teoretyk polityki twierdził, że jest to dążenie do udziału we władzy lub do wywierania wpływu na podział władzy, czy to między państwami, czy też w obrębie państwa, między grupami ludzi, jakie to państwo tworzą. Sprawę pozornie tylko uprościł prof. Kazimierz Opałek (1918 – 1995) – polski teoretyk państwa i prawa, mianem tym nazywając działalność wytyczoną przez ośrodek decyzji sformalizowanej grupy społecznej (organizacji), zmierzającą do realizacji ustalonych celów za pomocą określonych środków. Definicja gmatwała się zatem w miarę wzrostu ludności świata oraz liczby państw, będących podmiotami polityki. Na nasz użytek wystarczy arystotelesowskie jej pojmowanie jako sztuki rządzenia państwem, mającej za cel dobro jego społeczności, co sprawy jednak specjalnie nie upraszcza choćby z racji niezwykle wielorakiego pojmowania tego dobra. Ale niech tam, od czegoś trzeba zacząć.

Znajdujemy wiele obszarów, na których uprawiana jest polityka wyspecjalizowana  w konkretnej dziedzinie. Do najważniejszych należą zapewne: stosunki z innymi państwami oraz ich organizacjami, sprawy gospodarcze, wewnętrzne, obronność itd. Od niedawna dziedziną dla niektórych państw niezwykle ważną, stała się historia. Nie, nie z racji chęci badania przeszłości i ustalania historycznej prawdy. Polityka historyczna to metodologia poszukiwania  i znajdowania w przeszłości argumentów na rzecz prawa dominacji jakiegoś politycznego bytu nad innymi. Z jej pomocą wymyślono na przykład tzw. żołnierzy wyklętych, nierzadko bezwzględnych bandytów, mianowanych mimo to bohaterskimi patriotami walczącymi o wolną ich zdaniem Polskę. Przykładów tej polityki jest bardzo wiele, często jednak nie traktujemy ich jako historycznych osobliwości, ponieważ spece od propagandy potrafili nadać im charakter zdarzeń oczywistych, będących konsekwencją historycznych przemian. Kto dzisiaj zauważa, że często mówi się o II RP, później była wojna, a po wojnie jest już tylko III RP. Niemal półwiecze historii Polski znika więc w ciemnych czeluściach niebytu. Chyba że trzeba przywołać jakiś karykaturalny przejaw funkcjonowania państwa, wtedy przywracana jest pamięć o PRL. I tylko wtedy. 

Donald Tusk jest trzynastym szefem rządu w III RP. Jest wiele pogłosek o jego awansie do władz Unii Europejskiej, czego jemu i Polsce szczerze życzę, bo być może owa feralna liczba, oznaczająca kolejność jego premierowania w kraju, straci swój zły wpływ, gdy obejmie stanowisko za granicą, a jego następca miast zabawiać Polaków pobrzękiwaniem szabelką, bardziej przyłoży się do spraw krajowych.

Sfera polityki jest niezwykle dynamiczna, pełna nieustannych zmian rzeczywistości, a także kryteriów ich oceny. W obszarze spraw zagranicznych czynnikiem dzisiaj dominującym jest problem Ukrainy i stosunków z Rosją, wobec którego rząd PO/PSL przyjął niezwykle głupawą, a wręcz szkodliwą taktykę. Jednak problem ten w tak ostrym wymiarze występuje dopiero od listopada 2013 r. i jeśli stosunek doń przyjąć jako kryterium oceny polskiego rządu, trzeba by zastanowić się czy na przykład rządy Olszewskiego, Buzka, że o Kaczyńskim nie wspomnę, nie postępowałyby podobnie albo jeszcze fatalniej. Taka interpretacja prowadzi wszakże do bezpłodnych rozważań typu „co by było, gdyby było”, nie ma zatem sensu nawet ich podejmować.

Dowiaduję się z mediów, że władze Polski zdecydowały przekazać Ukrainie w tym roku wspar­cie w wy­so­ko­ści 20 mln zło­tych. Kwota niewielka, lecz oznacza wykonanie pierwszego kroku. Oficjalnie ! Bo ile ich wykonano cichaczem, trudno ustalić. Ukraińskie władze zwróciły się też do polskich przyjaciół w rządzie o sprzedaż broni. Suwerenna Polska nie odpowiedziała jeszcze na ten apel, czeka bowiem na szczyt NATO, na którym albo pozwolą nam na tę transakcję, albo nie. Pomińmy kwestię naszej suwerenności, o której tyle się mówiło, gdy należeliśmy do RWPG i Układu Warszawskiego, z jakiej jednak racji planujemy wydatkować znaczne środki na polityczne fantazje władz Ukrainy, które zapragnęły wprowadzić swój kraj do świata zachodniego ? Nie mamy na co wydać u siebie 20 milionów PLN ? Będziemy sprzedawać broń Ukrainie nie bacząc na to, że jeszcze bardziej zaostrzy to nasze stosunki z Rosją, a jaki jest w tym interes Polski? Rozumiem pomoc humanitarną dla poszkodowanej wydarzeniami ludności, co nam jednak do wojenki wywołanej kretyńskimi ambicjami władz państwa, które postanowiły wyciąć polityczny i militarny numer swemu wielkiemu sąsiadowi ?

Niezauważalny, niestety, problem stanowią tytuły pism będących obcą własnością, które ukazują się na polskim rynku prasowym. Osobliwym przykładem jest NEWSWEEK, kierowany przez Tomasza Lisa. Jest to polska edycja amerykańskiego tygodnika społeczno-politycznego o tym samym tytule, którego wydawcą na amerykańskiej licencji udzielonej przez NEWSWEEK INCORPORATION jest AXEL SPRINGER POLSKA. W jednym z czerwcowych numerów Tomasz Lis – naczelny redaktor tygodnika – w swym felietonie nazwał prezydenta Putina pariasem międzynarodowej polityki, który tytanem może być tylko na Kremlu. W ostatnim, sierpniowym numerze poszedł sporo dalej i nazwał go bandytą. Czyją politykę i w czyim interesie realizuje Tomasz Lis ? Czy w polskim interesie leży chamskie wymyślanie prezydentowi sąsiadującego z nami mocarstwa ? A jeśli realizuje obcy interes, to z jakiej racji czyni to za pomocą pisma wydawanego w Polsce ? Podniosą zaraz głos wyznawcy religii wolnego słowa, lecz niechaj postarają się zrozumieć ten niuans, że wolno je głosić we własnym tylko imieniu i na własne ryzyko. Tymczasem naczelny NEWSWEEKA głosi je na łamach amerykańskiego tygodnika w polskim języku w sposób niezwykle zgodny z interesem amerykańskiej władzy, wikłającej się ponownie w iracką awanturę. Czyżby chęć odwrócenia od tego uwagi stanowiła istotę wolnościowych porywów red. Lisa ?

Niezwykle często i z wielkim przejęciem mówi się o totalnym panowaniu w Polsce demokracji. Trzeba jednak uzmysławiać jej konsumentom, że to, co ochoczo połykają w propagandowym sosie, nie jest ustrojem społeczno-politycznym, lecz formą sprawowania władzy, a właściwie tylko jej wybierania. Ustrój mamy kapitalistyczny, jak nie pytając o zgodę ludu Balcerowicz przykazał, a to, zgodnie z marksizmem  oznacza, że najważniejsze decyzje podejmowane są w interesie klasy panującej, którą w Polsce tworzą więksi i mniejsi kapitaliści, że o tych z zagranicy nie wspomnę.

W starożytnych Atenach, które dostarczyły światu wzorca demokracji, miała ona charakter bezpośredni. Polegało to na tym, że najważniejsze dla miasta-państwa decyzje podejmowali pełnoprawni obywatele podczas ludowych zgromadzeń. Dzisiaj oczywiście demokracja bezpośrednia w pełnym jej wymiarze nie jest możliwa, toteż władzę sprawują demokratycznie wybrani przedstawiciele ludu. Są oni jednak tylko ludźmi, toteż nie jeden z nich ma skłonność do postępowania zgodnie z własną korzyścią. W trakcie przedwyborczych wieców zapewniają uczestników, że głównym dla nich drogowskazem będzie wola większości, lecz prawdą jest też, że nawet największa na świecie kurwa najpierw była niewinnym i cnotliwym dziewczęciem, i dopiero później, gdy zorientowała się, że wśród tysiąca dróg dostępnych człowiekowi, niektóre przed nią tylko się otwierają z bogactwem wymiernych korzyści, nie zawahała się na nie wkroczyć. Myślę sobie zatem, że w najważniejszych i mogących najboleśniej dotykać większość sprawach, wypadałoby demokratycznie wybranej władzy zapytać o zdanie wszystkich obywateli, na przykład w drodze referendum. Ukraina nigdy nie była i nie jest państwem demokratycznym, toteż nikt nie pytał jej obywateli czy chcą by ich kraj związał się z NATO i Zachodem, stanowiąc  flankę na  części zachodniej granicy Rosji z resztą Europy. Polska jednak za demokrację uchodzi, toteż należałoby zapytać Polaków czy chcą finansować i zbrojnie wspierać  zapędy prozachodnio zdemokratyczniałej władzy południowo-wschodniego sąsiada.  

europa_polit

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                                                       

 

LIST WYBORCÓW DO POSŁANKI

Polecany

          Słowa są jak jaskółki. Na ziemskim padole wypowiedziane, nie wiadomo kiedy pod niebo poszybują i trafią do każdego co wrażliwszego ucha. Tak się stało z wypowiedzią posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej, która w sprawie prezydenta Rosji Władimira Putina zwróciła się do Sekretarza Generalnego NATO Andersa Fogha Rasmussena, zaczynając wypowiedź od słów: Co to, kurwa, jest panie Rasmussen ?

        Apostrofa wypowiedzi posłanki Gosiewskiej nie poruszy zapewne A.F. Rasmussena, bo swą funkcję kończy sprawować 30 września br., zajęty jest zatem przygotowaniami do jej przekazania, porusza jednak pewne kręgi potencjalnych wyborców.

          Z racji swej ruchowej niesprawności często przesiaduję na ławce w pobliżu mego domu. W niedzielne popołudnie przysiadł się do mnie sąsiad z parteru.

           - Mówili mi ludzie, że piszesz pan do różnych figur, to żem przyniósł list do posełki Gosiewskiej. Będziesz pan wiedział na jaki adres go wysłać – powiedział i z kieszeni marynarki wyjął starannie złożoną kartkę papieru.

          – Ale tak bez koperty. Jak ja mam to wysłać ? – zapytałem.

          - Dobra, masz pan na pewno jaką w domu, to zapakujesz pan w nią – odpowiedział z wyrazem politowania na twarzy.

          Po chwili wstał i pomaszerował w kierunku pobliskiego parku, w którym nie raz widywałem go w dość licznym towarzystwie.

         Gdy wróciłem do domu, rozpostarłem wręczoną mi kartkę. Oto co tam było:

Pani posełka Gosieska !

Siedzielim w parku i pilim gorzałkie, jak przyszedł Zdzicho. On jest intelegent to zawsze ma ze sobom gazete. Jak przyszedł do parku kiedy pilim gorzłkie to też miał gazete i nam przcczytał, że pani mówiła do tego, Rozmusena czy jak mu tam, że co kurwa jest panie Rozmusen ? Jak nam to Zdzicho przeczytał, to pomyślelim, że jest z pani równa dupa, co potrafi zrozumieć prostego człowieka i nie ważne co żeś pani do tego Rozmusena mówiła wiencej, tylko to mamy na uwadze, że potrafi pani powiedzieć zwyczajnie po ludzku, kiedy facet nie kuma o co chodzi  i nawet kurwą pani rzuci, żeby skumał.

Pani Gosieska ! Zdzicho nam powiedział, że jakiś poseł sie nie zgodził żeby staruchom emerytom co maja po 75 lat i wiencej dawać lekarstwa za darmo. Niech im tam, my im źle nie życzym. Ale kiedy im nie dali tych lekarstw za darmo, to som z tego oszczędności i może pani nam załatwi jaką ulgie, bo pani to rozumie zwyczajnego człowieka. Bo najbardziej chorują to te porządne, co nie pijom gorzałki. A my, pani Gosieska, codziennie walniem po dwie albo trzy lufy  na pysk i nie chorujem, to na nasz można oszczędzić. Dlatego prosim paniom, żeby pani sie za nami wstawiła w tym sejmie, żeby na każdego co nie pracuje przypadła kartka z jedną flaszką na pysk co tydzień. Bo jak człowiek sobie wypije to sen ma lepszy i w ogóle dobrze się czuje, to nie będzie chorował i państwo nie wyda piniędzy na jego choroby.

Pani Gosieska, wstaw się pani w naszej sprawie, to my się skrzykniem i w następnych wyborach na prezydęta polski bedziem za paniom głosować. I jak pani sie w tym naszym parku na Woli we Warszawie pokaże, to zaprosim paniom, wypijem  po jednym albo po pare i pogadamy jak Polak z Polakiem. A co, kurwa, my też mamy cuś do powiedzenia i niech nas słuchajom bo jak nie, to niech nas w dupe pocałujom i nie będziem na takich głosować.

          List dotyczy ważnej dla pewnych kręgów wyborców sprawy i choć nie darzę sympatią partii Jarosława Kaczyńskiego, to jednak nie wypada lekceważyć jej elektoratu. Także dlatego, że należy do niego mój sąsiad.

          W liście dokonałem minimalnych poprawek w zakresie interpunkcji i w najmniejszym stopniu nie ingerowałem w oryginalny tekst. Publikuję go w Internecie, bo tą drogą też trafi do adresatki, a nadto szerszemu ogółowi ukaże problematykę sporej części elektoratu PiS.

Posłanka Małgorzata Gosiewska przykurwiająca  szefowi NATO

Posłanka Małgorzata Gosiewska przykurwiająca szefowi NATO

NASZA ARMIA JEST ZWYCIĘSKA…

Polecany

Ile można znosić idiotyzmy w cudzym wykonaniu ? Miesiąc, kwartał pół roku, rok ? Tematem głupot powtarzanych od nie wiedzieć jak długiego czasu jest nasze zagrożenie atakiem ze strony Rosji. W tle jest problem, który mają z sobą Rosja i Ukraina, lecz Polska pozazdrościła tym państwom i wlazła weń, jak słoń w porcelanę. Bo stosunki pomiędzy państwami, zwłaszcza nacechowane konfliktem, delikatnością przypominają tworzywo stołowych zastaw.

Po jaka cholerę właziliśmy w problem ukraiński ? Bo graniczymy z obydwoma jego adwersarzami ? I co z tego ? Inne kraje też graniczą, lecz nie słychać by czynnie wdawały się w tę awanturę. No to co jest z tą Polską? Problem Polski w konflikcie rosyjsko-ukraińskim polega na tym, że ochoczo przyjęliśmy rolę psa pilnującego interesu Stanów Zjednoczonych we wschodniej Europie.

Nie wykluczam, że polskiemu rządowi, bądź przynajmniej najbardziej wpływowym jego ministrom, pokręcił się obecny kontekst geopolityczny z tym z lat 1918 – 1920 i nadzieja na terytorialne korzyści, jakie w tamtym czasie odniósł Piłsudski dla Polski. Gdzie jednak Krym, a gdzie Rzym, szanowni sternicy polskiej nawy państwowej ?

Gen. Roman Polko - nie tylko lis pustyni, lecz polityki także

Gen. Roman Polko – nie tylko lis pustyni, lecz polityki także

Wpakowaliśmy się w konflikt rosyjsko-ukraiński wbrew oczywistym interesom polskiego państwa i znów przyjaciół mamy daleko, dalej niż w minionych czasach, bo aż za oceanem, wroga wyrychtowaliśmy sobie natomiast pod ręką. Wroga, który tę rękę może porządnie przetrącić Po co nam to ? Zachowujemy się jak głupawy mieszkaniec wielorodzinnego bloku, który usłyszał, że sąsiad bije żonę, wtrącił się więc i chwycił go za rękę. Efekt był tylko taki, że żona wystąpiła w obronie męża i sąsiadowi przyłożyła wałkiem. O to nam chodzi?

Od miesięcy nasi dostojnicy podsycają rusofobiczne nastawienia społeczeństwa. Wyjątkowo poręcznym instrumentem, służącym temu szczuciu, są dziennikarze. Łatwość posługiwania się nimi z tego też wynika, że spodlała dziennikarska profesja w III RP, jak nigdy wcześniej. Nawet podczas kilkuletniego panowania w Polsce stalinizmu, tylko wyjątki dałoby się porównać z dzisiejszymi pismakami ujadającymi antyrosyjsko. Kto z tych ujadaczy bierze pod uwagę interes Polski ?

Często i coraz częściej spotkać można zamieszczane w mediach teksty wojskowych generałów z różną ilością gwiazdek przy wężykach. Ci dowódcy wysokiego szczebla dają wyraz zaniepokojeniu sytuacją Polski, nierzadko przewidują najazd ze wschodu i nawołują do przygotowania się dla jego odparcia. Najczęściej wypisują panowie generałowie bzdury, jak na wojskowych przystało, lecz muszę przyznać, że w tym przypadku rozumiem ich doskonale. Już utargowali 32 mld. zł na budżet swego resortu i zapewne to nie koniec.

Minister obrony – Tomasz Siemoniak, 47 letni absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej, pełnił dziesiątki różnych funkcji w samorządach terenowych, był wiceszefem rady nadzorczej PAP i zasiadał w zarządzie Polskiego Radia. Z problematyką wojskową zetknął się raz i na krótko, pełniąc w latach 1998-2000 funkcję dyrektora Biura Prasy i Informacji w Ministerstwie Obrony Narodowej. Gdy Donald Tusk objął w 2007 r. tekę premiera, mianował go wiceszefem MSWiA. Być może, zdaniem premiera, nabrał Siemoniak wojskowego sznytu pełniąc wicekierowniczą funkcję w na poły mundurowym resorcie, toteż w sierpniu 2011 r. , pod koniec pierwszej kadencji rządu PO oraz ludowej spółki, został powołany na szefa MON i ponownie nominowany na to stanowisko w drugiej. Dlaczego dość obszernie opisuję postać tego 47 letniego młodzieńca jakim się jest w tym wieku w świecie polityki ? Bo ma on w swym służbowym władaniu takich generałów, jak na przykład Roman Polko – człowiek doświadczony, inteligentny, znający smak chleba z wielu pieców, a przede wszystkim doskonale obeznany z wojskową służbą i jej potrzebami. Czym na jego tle jest pan minister ? Retoryczne pytanie.

Niedawno „Dziennik Gazeta Prawna” zamieścił wiadomość, że konflikt na Ukrainie przyspieszył zmiany w finansowaniu polskiego wojska. Rząd pracuje nad ustawą zwiększającą wydatki na obronę do średnio 2 proc. PKB rocznie. W praktyce oznacza to, że nasza armia będzie mogła wydać na przykład na uzbrojenie i szkolenie każdego roku 800 milionów złotych więcej niż dzisiaj. Ot i wiadomo w znacznej mierze (bo nie w pełni) komu i do czego służy histeria wzniecana przez rusofobiczną propagandę, po co rozgłasza się dziesiątki sensacyjnych wieści o wojskach rosyjskich gromadzących się w pobliżu naszych granic, komu potrzebne są groźby rosyjskiej inwazji, a nawet wywołania III wojny światowej.

W latach 80. minionego stulecia „Solidarność” głosiła, że jest niezwykłym przejawem dążenia ludu polskiego do pełnej suwerenności państwa, którego ten lud poczuł się suwerenem. Jaskrawym naruszeniem owej szczytnej zasady miało być stacjonowanie jednostek Armii Radzieckiej w Polsce. Ileż włosów z wypełnionych narodową godnością głów wyrwali sobie w tym temacie polscy patrioci ! A co teraz ? Minister Sikorski żebrze o stacjonowanie w Polsce co najmniej dwóch ciężkich brygad wojsk NATO, a bawiący się żołnierzykami min. Siemoniak łagodzi temat tego pętania się zapowiadając, że nie będzie to stała obecność wojskowa”, lecz „ciągła obecność rotacyjna na terenie Polski i krajów bałtyckich ćwiczeń z udziałem wojsk NATO i tym zagmatwanym sformułowaniem daje do zrozumienia, że ma innych za równie mądrych, jak on sam. Czy w kontekście wojennego larum granego dętymi instrumentami propagandy wypada zapytać o powody stosunkowo niskich nakładów na ochronę zdrowia, oświatę, naukę i szkolnictwo wyższe oraz  kulturę i dziedzictwo narodowe ? Ależ skąd ! Pytanie co najmniej niepatriotyczne.

Patti Smith - autorytet młodych Polaków

Patti Smith – autorytet młodych Polaków

W minioną niedzielę, w znajdującym się tuż koło mego domu Parku Sowińskiego w Warszawie, dawała koncert popularna wśród młodego pokolenia Polaków amerykańska piosenkarka rockowa, a przy okazji podobno pisarka, poetka i malarka – Patti Smith. Podczas występu wzbudziła gigantyczny aplauz, zwróciwszy się do ochroniarza, który dość głośno uciszał jakiegoś niesfornego słuchaczo-widza, słowami: zamknij mordę i wypierdalaj. Entuzjazm publiki w reakcji na to krótkie i jasne polecenie świadczył, że amerykańska rockmanka jest dla niej wielkim autorytetem. Toteż równie gorąco przyjęto jej polityczny zgoła pogląd: Wszystko zależy od nas, od was! Możemy wszystko zmienić! Te wojenne gierki, polityczne gierki to nie nasza zabawa ! 

Jeśli do ministrów Siemoniaka i Sikorskiego dotarła wiadomość o gorącej akceptacji przez młodych Polaków poglądu amerykańskiej artystki na „polityczne gierki”, mogą być spokojni i grać w nie, jak im się tylko podoba.

 

 

 

 

 

 

 

 

         

 

CZYŚCIOCHY I BRUDASY

Polecany

Jeśli brać pod uwagę finansowe koszty utrzymania i funkcjonowania państwowych instytucji, jedną z najdroższych spośród powołanych przez tzw. demokratyczne władze w Polsce, jest Instytut Pamięci Narodowej. Nie mam nic przeciwko jego pionowi czy też pionom zajmującym się badaniem czasu minionego oraz publikowaniem wyników tych prac, z zastrzeżeniem jednak, by parający się tym historycy nie używali w swych analizach ideologicznych kryteriów, bez względu na ich barwę oraz konfigurację.

Jestem natomiast zdecydowanie przeciwny istnieniu w tym organie rozpamiętywania przeszłości, służby dochodzeniowo-śledczej w postaci Biura Lustracyjnego, to co czyni ono bowiem jest antytezą cywilizowanego pojmowania prawa i praworządności. Mam także pewne wątpliwości wobec przedmiotu zainteresowań Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, trzeba by bowiem  sformułować dokładną definicję takiego przestępstwa. W przypadku istnienia skaz na jej precyzyjności w dzisiejszej postaci (a istnieją), uzasadniona jest obawa, że każdy, kto uzna się za ścigacza w tym przedmiocie, będzie posługiwał się własną interpretacją.

Wszelkie natomiast rekordy jurydycznego idiotyzmu bije pojęcie „zbrodni komunistycznej”, wprowadzone ustawą z 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Jest to skrajny przejaw upolityczniania przepisów prawa karnego, polegający na nadaniu czynom w nich przewidzianym postaci kwalifikowanej ze względu na rzekomy związek z potępianą ideologią.

Szkoda natomiast słów i zachodu by omawiać kwestię trafności określania PRL mianem państwa „komunistycznego”, bo przymiotnikiem tym, mającym charakteryzować ustrój gospodarczy i społeczno-polityczny, posługują się Polacy w bardzo szerokim zakresie – od ulicznego żula poczynając, na profesorze wyższej uczelni kończąc, nie próbując nawet skonfrontować definicji tym mianem określonego systemu z rzeczywistością. No, ale dzisiejsze państwo polskie nazywane jest demokratycznym, czyli rządzonym przez lud, co ma tyle samo wspólnego z prawdą, ile „komunistyczność” z  PRL.

W felietonie z ostatniego numeru POLITYKI Daniel Passent przytacza fragment wywiadu zamieszczonego w RZECZPOSPOLITEJ z 3 sierpnia b.r., w którym  historyczny detektyw z IPN (nazwiska z litości nie przytoczę) kompromituje się wspominając o jakichś strzępach agenturalnej przeszłości felietonisty tygodnika, które jednak, jako strzępy, nie uprawniają go do rzucania oskarżeń. Twierdzę z całym przekonaniem, że ten i podobne wygłupy śledczych amatorów z IPN w pełni usprawiedliwiają przypadki niszczenia akt tajnych współpracowników, czego mieli się dopuszczać funkcjonariusze SB. I pozostaje żałować, że były to tylko przypadki.

Dobro i zło

W trakcie 28 lat pracy w Służbie Bezpieczeństwa, gdy przez kilkanaście tych lat miałem w tzw. operacyjnym nadzorze różne środowiska polskich dziennikarzy, nie zdarzyło mi się pozyskać spośród nich żadnego tzw. tajnego współpracownika. Przyznam, że obowiązywało wówczas trochę bezsensowne kryterium oceny zdolności i aktywności funkcjonariusza eksponujące liczbę pozyskanych do współpracy osobowych źródeł informacji tej właśnie kategorii, lecz nie była to metoda uniwersalna i jedyna. Wykorzystując tytuł do nawiązania kontaktów z ludźmi tej profesji, jaki dawała legitymacja służbowa, zawierałem z wybranymi spośród nich, wytypowanymi na podstawie analizy potrzeb wynikających z tematyki mych służbowych zainteresowań, wstępne kontakty, a później nadawałem im charakter na poły prywatnych. Spotykaliśmy się przy różnych okazjach, nierzadko w kilkuosobowym gronie przy wódce i gadaliśmy o tym co się w kraju dzieje. Moją sprawą było rozmową pokierować tak, by uzyskać potrzebne mi informacje. Dziennikarze są (a przynajmniej w tamtym czasie byli) ludźmi o rozległej wiedzy, kontaktowymi, rozmowy z nimi były sympatyczne i potoczyste, po co mi więc było skłaniać niektórych spośród nich do przykrego na ogół, formalnego zobowiązywania się do współpracy z tajną służbą ? Czy któryś z ipeenowskich ścigaczy spróbuje dzisiaj ustalić listę mych nieformalnych, nieomal prywatnych kontaktów z ludźmi tej profesji ?

A później, gdy awansowałem w służbowej hierarchii i zostałem przeniesiony do Olsztyna, choć nie musiałem, także nawiązywałem kontakty z ludźmi mediów i wielu innych dziedzin. Ot, potrzeba wynikła także z nawyku ! Zdarzało mi się niekiedy uzyskiwać od nich przydatne w pracy operacyjnej informacje, dokumentować je, lecz nie musiałem tej dokumentacji formalnie rejestrować w archiwach. Wypełniały one sporą część objętości pancernej szafy znajdującej się w mym gabinecie. I gdy podjęto decyzję o likwidacji Służby Bezpieczeństwa, wszystkie te dokumenty osobiście spaliłem w kotłowni Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Olsztynie (tak pod koniec istnienia PRL zwała się Komenda Wojewódzka MO, w której skład wchodziła także Służba Bezpieczeństwa). Dlaczego paliłem ?  Być może sprawiła to „iskra boża”, która pozwoliła przewidzieć powołanie w nowej Polsce tzw. pionu śledczego IPN, by ścigał i piętnował wszelkie kontakty z SB.

Czytam w WYSOKICH OBCASACH (dodatek do sobotniej GAZETY WYBORCZEJ) wywiad z jedną z poznańskich aktorek. W pewnym momencie pada pytanie, w którym zawarta jest ciekawa informacja: W ubiegłym roku przyszedł do pani dziennikarz z „Głosu Wielkopolskiego”, wyłożył papiery z IPN i powiedział: „Pani ojciec był w UB, wyciągnął z celi osadzonych po wojnie Niemców i zakatował wspólnie z kolegami (…). Jakim trzeba być skurwysynem, by córce przekazać taką informację o ojcu. Lecz jest to jedna strona zagadnienia. Bo druga daje się sformułować w podobnym duchu i tonie. lecz pod innym adresem: jak głupim trzeba być skurwysynem, by zezwolić na udostępnianie takich materiałów lada komu !

Politycy PO, PiS oraz większości innych politycznych ugrupowań z przeszłości oraz istniejących obecnie, czerpią spory fragment racji swego bytu  z piętnowania PRL i jej organów. Daleki jestem od idealizowania Polski Ludowej, w której wzrastałem, kształtowałem się, a później służyłem jej z całym przekonaniem. Nie ma idealnych ustrojów społecznych i nikt nie przewidzi dzisiaj jakie nieprawidłowości, a wręcz świństwa, zostaną w przyszłości wyciągnięte z tajnych i poufnych kont dzisiejszej III RP oraz jej służb. Nigdy jednak nie powinny one służyć prywatnym rozrachunkom między zwolennikami oraz przeciwnikami politycznych systemów. Od orzekania o prawnych aspektach działań są niezawisłe sądy, bo jeśli uprawnienia w tym przedmiocie przyznane zostaną byle komu, wynikać z tego będą dramatyczne często skutki,  z czym mamy nierzadko do czynienia dzisiaj, gdy moralne czyściochy ukąpane w przeczystej krynicy demokracji, ukazują brudy wybranych fragmentów przeszłości i żyjących wtedy ludzi. 

SĘDZIOKACI Z WŁASNEGO NADANIA

Polecany

Łatwość wszelkich uogólnień odnoszących się do naszej przeszłości i dnia dzisiejszego, oznacza zwykle brak elementarnej historycznej wiedzy i nierzadko jest zachętą do mniej lub bardziej podłych dokonań. Jest to szczególnie widoczne w traktowaniu 45-lecia PRL oraz różnych instytucji tego państwa. Od ćwierćwiecza na pohyblu skonstruowanym przez rozmaitych historyków in spe oraz innych oceniaczy tamtej rzeczywistości według wymyślonych przez siebie kryteriów, wisi Służba Bezpieczeństwa wraz z wszelkimi poprzedzającymi ją formacjami. Osobliwi to skazańcy. Powieszeni przed ćwierćwieczem, od dawna są martwi, wciąż  jednak pojawia się jakiś przez siebie powołany sędzia i kat w jednej osobie, by znów deliberować o winach i wykonać orzeczoną, jak zwykle najwyższą, karę. Ostatnio do grona tych sędziokatów dołączył dziennikarz i publicysta prasowy, zapowiadający poświęcenie się teraz wyłącznie twórczości książkowej, Igor Janke. Przed kilkoma dniami dał znać o swym istnieniu wywiadem, który dla Wirtualnej Polski przeprowadziła z nim urocza i młodziutka, a więc do uprawiania politycznej publicystki jeszcze niedojrzała, Joanna Stanisławska. Okazją do interview była książka Jankego  pt.TWIERDZA SOLIDARNOŚĆ – PODZIEMNA ARMIA.

Jedną z najbardziej lansowanych w polskiej mitologii narodowej legend, jest Powstanie Warszawskie. Nigdy nie kryłem swego poglądu, że wydanie rozkazu dla tego zrywu było  potworną zbrodnią, której koszt to 200 tys. ludzkich istnień oraz ruina wielkiego miasta. Rozkaz ten trafił na podatny grunt, większość powstańców stanowili bowiem ludzie młodzi, nierzadko nieletni, o bliskiej zeru wiedzy historycznej. Jej szczątki oparte były głównie na rozpowszechnianych od lat  obrazach walk o narodowe cele bez żadnej kalkulacji kosztów. Powstanie Warszawskie kontynuowało tradycję wielkich zrywów narodowych, nawiązując w szczególności do najgłupszego z nich, czyli  Powstania Styczniowego, które przyniosło bezprecedensowe straty, w najmniejszym stopniu nie spełniając pokładanych w nim nadziei.

Nic prostszego jak idiotycznymi treściami wypełnić pojęcie patriotyzmu, tworząc z jego pomocą romantyczne wizje, na które podatni będą w szczególności ludzie młodzi, spragnieni uczestnictwa w  bohaterskich czynach. W kilkadziesiąt lat po Powstaniu Warszawskim, w podobny sposób tę naturalną skłonność młodego wieku cynicznie wykorzystał Kornel Morawiecki – pracownik naukowy Instytutu Fizyki Politechniki Wrocławskiej, tworząc w 1982 r. tzw.”Solidarność Walczącą” i adresując ją głównie do młodzieży. „Solidarność Walcząca” była jedyną organizacją, która oczekiwała, że będziesz gotowy zginąć, jeśli będzie taka potrzeba. Jak w AK. Traktowałem tę przysięgę śmiertelnie poważnie. Czułem się żołnierzem. Byłem gotów zginąć. I byłem w stanie zabić innego człowieka – cytuje w swej książce Igor Janke słowa jednego z członków tego zbrojnego ramienia „Solidarności”. 

Wyobraźnię tzw. polskich patriotów najsilniej poruszają opisy doznawanych cierpień w imię wielkich lub choćby dających się nazwać wielkimi narodowych celów. Tradycyjny polski patriotyzm nierozerwalnie jest sprzęgnięty z katolicką odmianą chrześcijaństwa (Bóg, Honor, Ojczyzna !), a stanowi ona, jak cała ta religia, jedną wielką narrację nadziei, których warunkiem spełnienia jest wszakże dźwiganie przeznaczonego każdemu krzyża. Im większe cele stawiamy sobie w życiu, tym cięższy i trudniejszy do niesienia jest ów krzyż.

Dostawcą tej konstrukcji dla bojowników dowodzonych przez Morawieckiego była zdaniem „historyków” pokroju Jankego, Służba Bezpieczeństwa PRL.Ci młodzi chłopcy, którzy w połowie lat 80. tak ostro występowali przeciwko komunie, działali w zupełnie innych warunkach. Wiedzieli, że w „Wujku” strzelano do robotników, znane były przypadki niezwykle okrutnych działań SB – w Wałbrzychu podłączano jądra działaczy opozycji do prądu, w 1984 r. zamordowany został ksiądz Jerzy Popiełuszko. Nie mogli dłużej godzić się na tak brutalną tyranię. Liczyli się z najgorszym scenariuszem, nie wykluczali, że za to, co robią może ich spotkać śmierć – maluje w wywiadzie obraz tego narzędzia męki Igor Janke. Wydarzenia te, jego zdaniem, legły u podstaw tworzenia „Solidarności Walczącej”.

Coś jednak w narodowo i powstańczo nieskazitelnym  żywocie Morawieckiego musiało być nie tak, bo nie wpięto mu w klapę Orderu Orła Białego. I da się jeszcze pojąć dlaczego nie uczynił tego niedarzony sympatią przez prawicowe kręgi prezydent Bronisław Komorowski, lecz podobnie postąpił wcześniej Lech Kaczyński. W 2007 roku Morawiecki odmówił przyjęcia odznaczenia z jego rąk, bo nie był to Order Orła Białego, lecz tylko Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski. Do Morawieckiego przyczepił się o coś także polski elektorat, dając temu wyraz w prezydenckich wyborach, w których z chęcią kilkakrotnie startował. W ostatnich, w czerwcu 2010 roku, otrzymał żałosne poparcie w postaci 0,13% głosów ważnych.

Jednak Janke nie zajmuje się historycznymi niuansami. W omawianym wywiadzie, a zapewne  także w będącej jego przedmiotem książce, malując potworny obraz  SB PRL, niemal nigdzie nie posługuje się konkretem. Osądzone i ukarane w latach 80. zabójstwo Popiełuszki wciąż służy ukazywaniu potworności jej działań, a czyny popełnione przez ówczesną milicję albo służbę więzienną, w mniejszym stopniu obciążają te formacje, niż np. oficerów wywiadu albo kontrwywiadu, w ich służbowych legitymacjach znajdowała się bowiem informacja: „jest funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa”. A tylko ta służba, według poglądu lansowanego przez sędziokata Jankego, może być i jest sprawcą wszelkiego zła tamtych czasów. 

Mam serdecznie dość prostackich głupot wypisywanych i wygadywanych przez „historyków” formatu Jankego. Nie, nie dlatego, że czytać to trudno, bo nie muszę przecież brać do ręki ich dzieł. Lecz marniejący w społeczeństwie poziom historycznej wiedzy i wszechogarniająca propaganda, podsuwająca niewybrednemu odbiorcy głupawy model patriotyzmu sprawiają, że w oczach wielu tak ukształtowanych patriotów staję się zbrodniarzem winnym największych nieszczęść narodu. Mimo, że żaden sąd, prokurator ani nawet funkcjonariusz IPN nie sformułowali wobec mnie najmniejszych zarzutów. Automatycznie jednak jestem oskarżony, bo należę do obwinianej za zbrodnicze czyny zbiorowości. Czy „historyk” i „humanista”  Igor Janke słyszał o znanej od starożytności normie zakazującej odpowiedzialności zbiorowej, co oznacza zarazem nakaz indywidualizacji winy i kary ? Z jakiej racji, do cholery, lada kto może wytykać mnie paluchem, dlatego tylko, że pozwalają mu na to wielkie luki w jego wiedzy, a co ważniejsze, jest to zgodne z politycznym interesem ludzi władzy III RP, bo w ich kalkulacjach rozrachunki z przeszłością stanowią główny komponent mandatu upoważniającego do jej sprawowania ! 

SzlagaPaskudnePocztowki_stocznia[1]            Jeden z symboli dorobku także SOLIDARNOŚCI WALCZĄCEJ
 

Dziś bardzo często, jak czytam teksty niektórych ludzi, można powiedzieć, że nam się scyzoryk w kieszeni otwiera. Ale to są dobrzy Polacy i trzeba wierzyć, że będą dobrzy - mówił  w grudniu 2012 roku w trakcie debaty zorganizowanej przez „Towarzystwo Dziennikarskie” Adam Michnik. W najmniejszej mierze nie podzielam tego poglądu. Jest to jedna z ofert sposobu pełnego odcięcia się od dorobku powojennej Polski, motywowana coraz bardziej obłędnym i niekiedy wręcz już śmiesznym antykomunizmem. Odcięciu temu ma służyć pojęcie „dobrego Polaka”, bo z potępianym systemem identyfikować się może wyłącznie „zły Polak” czyli komuch Czy Adam Michnik zapomniał, że spore są kręgi ludzi w kraju, które odmawiają przymiotu dobra jego polskości ?

Pamiętam ostatnie miesiące swej pracy w Służbie Bezpieczeństwa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Olsztynie. Miałem wielu znajomych wśród dziennikarzy partyjnego wówczas dziennika, jakim była „Gazeta Olsztyńska”. Zaczynało się właśnie jego odpartyjnianie i wymiana kadry. Miejsca starych (stażem), doświadczonych dziennikarzy zaczynali zajmować nuworysze po doraźnie zorganizowanych, kilkumiesięcznych ledwie, tzw. dziennikarskich kursach. Podobnie było  w innych rejonach kraju. Zwykle nieźle opłacani, nierzadko uprawiający tę profesję dla zaspokojenia swej próżności dziennikarze nowego zaciągu, zawsze byli użytecznym narzędziem w rękach wszelkiej władzy. W latach 80. i 90. stanowili znakomity instrument ustrojowej rewolty, którą, by nie drażnić społeczeństwa, nazwano upowszechnionym przez media i fałszującym rzeczywistość pojęciem „transformacji”. Również dzięki takim jak oni, główne hasło „Solidarności” z czasów jej narodzin i niemowlęctwa - ”socjalizm tak, wypaczenia nie”, w niespełna dziesięć lat później zostało nagle i bez oporu zastąpione rzuconym w połowie XIX wieku przez francuskiego polityka Francoisa Guizota  sloganem „bogaćcie się”, który, choć zdarty ponad półtorawiekową eksploatacją, wciąż pobudza ludzką wyobraźnię.

Dziennikarze w początkach PRL pełnili rolę podobną tej, którą uprawiali absolwenci krótkich kursów w GAZECIE OLSZTYŃSKIEJ anno Domini  1990, profesja ta bowiem jest jednym z instrumentów państwowej propagandy. Lecz w tymże PRL na przestrzeni ćwierćwiecza można było obserwować postępujący proces dojrzewania większości z nich i przechodzenia ze służenia państwu, na służbę społeczeństwu. Obecnie proces ów prawie zanika, bo rolę uniwersalnego idola pełni teraz pieniądz i wszelka inna korzyść własna.

Igor Janke jako dziennikarz i publicysta jest w pełnym tego słowa znaczeniu dziecięciem medialnej kultury III RP, nie bez wpływów IV jej mutacji. Po ukończeniu Wydziału Wiedzy o Teatrze  Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, gdzie rozdziewiczył się politycznie zakładając koło tzw. Niezależnego Zrzeszenia Studentów, w 1989 r., rozpoczął dziennikarską przygodę w reaktywowanym tygodniku PO PROSTU. A później już poleciało ptakiem i w kilkunastu papierowych oraz elektronicznych mediach różne pełnił funkcje z kierowaniem POLSKĄ AGENCJĄ PRASOWĄ włącznie. Ostatnio był publicystą w tygodniku UWAŻAM  RZE, z którego odszedł na znak jakiegoś protestu w listopadzie 2012 r. i w grudniu tegoż roku, już jako formalnie bezrobotny, wziął udział we wspomnianej debacie zorganizowanej przez „Towarzystwo Dziennikarskie”. Wypowiedział wtedy wieszcze słowa:Śmierć dziennikarstwa właśnie następuje. Nie oglądam już telewizji. Tam poziom dziennikarstwa jest dramatycznie zły. […] Stan rzeczy gdy do studia przychodzą dwa koguty i się naparzają wystarcza i zadowala polityków i właścicieli mediów. To się świetnie sprzedaje i jest tanie. Poważnym dziennikarstwem już nikt nie jest zainteresowany i nie da się go odtworzyć.

Po raz pierwszy w całej rozciągłości podzielam pogląd tego b. dziennikarza i publicysty. Skoro więc nabył dobrego nawyku realistycznej oceny rzeczywistości, miast wypisywać i wygadywać bzdury o Służbie Bezpieczeństwa PRL, niechaj spróbuje oceny, upubliczniając ją także, własnego wkładu w doprowadzenie do agonii polskiego dziennikarstwa. Toż jego wywiad oczywiście, a książka zapewne także, są okrutnymi narzędziami bolesnego uśmiercania tej profesji. Lecz naśladując upowszechniony przez prof. Chazana wzór, Igor Janke potrzebuje mikroskopu by dostrzec własne winy, każda cudza natomiast ma w jego oczach wielkość Tarpejskiej Skały.  

MOŻLIWE TAJNIKI BOŻEGO TWORZENIA

Polecany

Według słownika PWN sezon ogórkowy to okres zastoju w życiu kulturalnym. Jest to nieprecyzyjna definicja , bo pojęcie kultury, a zatem także życia kulturalnego, jest bardzo wieloznaczne. Mamy oto, z grubsza rzecz biorąc, kulturę materialną oraz duchową – w tym kulturę języka czy polityczną, a także wiele innych jej dziedzin. Obejmuje więc pojęcie kultury całokształt życia człowieka. I co, letnimi miesiącami w dziedzinie kultury duchowej nic się nie dzieje ? Weźmy choćby obszar kultury języka. Toż podsłuchiwani, gdy zaczęło się lato, ministrowie rządu premiera Tuska, wręcz dokonali tutaj rewolucji.

Wcześniej, podobne używanym przez nich wyrażenia, nazywano grubiaństwem i posługiwanie się nimi, zwłaszcza publicznie, wybaczano warstwom plebejskim. Ministrowie podsłuchani w knajpce Sowa & Przyjaciele sprawili, że pojawiła się w języku nowa jakość – dawno w nim obecna, lecz w podziemiu niejako, półlegalnie, co najwyżej na marginesach.

Jedna z mych ulubionych publicystek – Ewa Wilk pisze na ten temat w POLITYCE *): To nie jest tak, że wulgaryzacja i prymitywizacja języka zaczęła się teraz. Ona trwa od dawna. Przekroczono tylko kolejną granicę – wciągnięto społeczeństwo  na siłę na tabloidową, prostacką stronę. Kiedy kilka lat temu zadano Polakom pytanie sondażowe, co ich najbardziej drażni w polszczyźnie, 86 proc. wskazało na wulgaryzmy, 51 proc. na masowe  zapożyczenia z języków obcych, 24 proc. na zbyt wiele słów „mądrych”. Dziś pewnie te proporcje byłyby już inne.

Symbolicznego wręcz znaczenia nabiera fakt, że we wkraczającej już do legendy podsłuchanej w knajpce Sowa & Przyjaciele    konwersacji uczestniczył prawnuk Henryka Sienkiewicza – pisarza, który przed laty także miał ogromny wpływ na kształtowanie polszczyzny.

woodstock 5

Czy proces ten należy postrzegać w sferze pejoratywnie określanej wulgaryzacją i prymitywizacją ? Nie jestem pewien. W czasach mej młodości (lata 50. i 60. minionego wieku) tatuaż kojarzył się wyłącznie ze światkiem przestępczym, a wydziargane na ciele oznaki wojskowych stopni oficerskich, sygnalizowały liczbę lat spędzonych za kratami i zajmowaną w tym światku pozycje. Dzisiaj jest to nieomal dziedzina sztuki i  nie brakuje ludzi chcących uchodzić za artystycznie wrażliwych, którzy obrazkami w sinej lub bordowej tonacji (innych barw nie spotkałem) mają zapaskudzone całe niemal ciało, z gębami niekiedy włącznie. Czy to znaczy, że świat zmierza ku przepaści a człowiek coraz łacniej ulega złu ?A czym jest zło ? Czy istnieje w pełni obiektywna definicja tej przypadłości ?

woodstock2

Jeszcze do niedawna sezon ogórkowy kojarzył się z okresem letnim, wakacjami młodzieży i urlopami dorosłych. Nadszedł kres dla tego skojarzenia. Aktywność korzystających w upalne miesiące lata z urlopów i wakacji zmienia tylko obszar, na którym przejawia swą postać. Wielu młodych ludzi udaje się na przykład na „Przystanek Woodstock”, będący festiwalem muzycznym, organizowanym przez fundację o nazwie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy  i wykonuje tam czynności, które jeszcze ćwierć wieku temu kojarzyły się wyłącznie z psychiczną chorobą bądź świadomym robieniem z siebie idioty. Jedną z nich jest kąpiel w błocie uprawiana stadnie i służąca odprężeniu osobnikom płci obojga o współczesnej umysłowości. Czy jednak te błotne ablucje rzeczywiście powinny nasuwać tak podłe asocjacje ? Bynajmniej. Toż Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zbiera środki na niezwykle szlachetne i przydatne ludziom cele, a że zbiórka ta popularyzowana jest także z wykorzystaniem błota… Cel uświęca środki ! Kiedyś, za PRL, władza organizowała międzynarodowe i krajowe festiwale młodzieży i studentów i nie do pomyślenia było, by któryś z uczestników tych imprez pomyślał choćby o błotnej kąpieli wykonywanej publicznie. Osoby nieprzychylne PRL-owi powiedzą oczywiście, że był to przejaw i skutek zamordyzmu, który ograniczał twórczą fantazje młodzieży. Inni z kolei mieć to będą za prawidłowe funkcjonowanie władzy, która nie powinna dopuszczać do plenienia się wszelakiej głupoty. I bądź tu mądry! Zupełnie tak samo, jak z tatuażem: jednym kojarzy się z kazamatami, innym z wolnością sztuki.

woodstock3-2011

Skoro znaleźliśmy się już w Kostrzyniu nad Odrą – miasteczku położonym w zachodniej części lubuskiego województwa, w gorzowskim powiecie, gdzie od 2004 roku odbywa się największy, jak powiadają znawcy, festiwal muzyki rockowej o nazwie Przystanek Woodstock, niepodobna nie poruszyć religijnego aspektu tej imprezy. Wyższego szczebla funkcjonariusze katolickiego Kościoła w Polsce zorientowali się zapewne, że w tym wielkim corocznym zgromadzeniu głupoli, nie zabraknie takich, którym na obrzeżach świadomości pojawi się refleksja o rzeczywistym charakterze pobytu w tej błotnej Mekce. Z ich polecenia zatem zaczęli na Przystanku Woodstock bywać funkcjonariusze niższego szczebla duchownej hierarchii, by nieść religijne pocieszenie zbłąkanym w błocie owieczkom. Ostatnio pojawił się tam silnie zagubiony, aczkolwiek na innym zgoła polu, ks. Wojciech Lemański. Kontynuując swe nawyki i coraz głębiej pogrążając się w otchłaniach grzechu, powiedział do woodstockowej publiczności: Przemiany w Kościele zależą od was. To wy w najbliższych latach kształtować będziecie jego oblicze. W rodzinie bywa różnie, ale nie przestaje się w niej być. Wy wniesiecie energię i nową jakość. Biskupi się nie zmienią. Powiem brzydko. Muszą wymrzeć. I choć  chrześcijańska religia potępia samobójstwo, trudno nie przyrównać wypowiedzi ks. Lemańskiego do założenia sobie stryczka na szyję. Uczynił to sam i jego przełożony dokona tylko banalnej formalności wytrącenia mu stołka spod stóp.

Rozpocz¹³ siê Przystanek Jezus

Wojciech Lemański przejął się zapewne nowymi trendami, które w Kościele katolickim zapoczątkował papież Franciszek. Oczywiście nie ma mowy o tym, by Watykan poparł poglądy Lemańskiego, lecz trudno nie zauważyć, że coraz wyraźniej rysuje się linia podziału wśród funkcjonariuszy tej instytucji. Bo Lemański sygnalizuje wprawdzie nowe trendy, lecz obok tego, zwłaszcza wśród polskich katolików, prym wiedzie orientacja zachowawcza, którą personifikuje postać świecka, lecz bardzo pobożna. Mam mianowicie na myśli prof. Bogdana Chazana.

Nie jestem entuzjastą miejsca i sposobu wyjawienia przekonań przez ks. Lemańskiego, bo tzw. Przystanek Woodstook mam za żałosną imprezę przeznaczoną dla ludzi o nieco obolałej od wolności i demokracji osobowości, fakt jednak jest faktem: w katolickim Kościele coraz wyraźniej rysuje się podział i używając do analizy rzeczywistości rozumu, a nie religijnych nakazów, trudno nie opowiedzieć się po stronie heroldów Nowinki.

Gdy obserwuje się to, co wyczynia prof. Chazan i jego zwolennicy, gdy poznaje się poglądy hierarchów katolickiego Kościoła w Polsce, które znamionują zatrzymanie się w przedwiekowej mentalności i myśleniu, aż trudno oprzeć się dość fundamentalnej wątpliwości: jeśli Bóg rzeczywiście istnieje i, jak głosi religia, jest istotą nadprzyrodzoną, wszechmocną i wszechwiedzącą, jak to się zatem stało, że dobrał sobie do pomocy sługi w rodzaju przełożonych ks. Lemańskiego czy duchownych, wraz z tabunami dewocji, wspierających Chazana ?

woodstock5

Czyżby Najwyższy nie zorientował się w mentalnych powikłaniach tych, którzy głoszą się być wykonawcami jego woli ? Jedno więc z dwóch: albo istnieje On rzeczywiście i jest istotą ponadprzeciętną, która wie wszystko oraz wszystko może, lecz z tylko sobie znanych powodów nie przejawia większej aktywności, albo go nie ma i tylko spora rzesza ludzi zwących się jego reprezentantami na ziemskim padole, ma się za takowych dla swoich tylko korzyści i zmierza do ich osiągania bez zbędnego przebierania w środkach i metodach.

A może jest tak, że stworzył Bóg Ziemię, ulepił ze znalezionej na niej gliny człowieka płci męskiej i jedno z jego żeber przeistoczył w wymyśloną dla niego partnerkę, żeby się chłopu nie nudziło i żeby miał jak zapoczątkować zaludnianie nowo powstałej planety. Bo są dwie wersje Księgi Rodzaju: jedna z nich kończy dzieło stworzenia na dniu szóstym, druga natomiast informuje o dniu siódmym, jako tym, który zakończył to bezprecedensowe dokonanie. I kto wie czy kiedy po sześciu   dniach trudu, przysnął był Bóg umęczon stwarzaniem życia i człowieka, nie pojawił się Szatan, nie powołał skrycie do istnienia formacji mieniącej się bożymi sługami i dopiero po wiekach Siła Wyższa jęła zsyłać na ziemski padół duchownych podobnych papieżowi Franciszkowi czy ks. Lemańskiemu, by jęli wyjaśniać jak było naprawdę ?

To oczywiście tylko  hipotezy, bo ja niczego nie twierdzę, zwłaszcza w przedmiocie religii, jestem bowiem agnostykiem i mało mnie ta dziedzina interesuje. Poświęcam jej swą uwagę o tyle tylko, o ile jej funkcjonariusze próbują regulować zasady społecznego życia, w którym rad nie rad też uczestniczę. Jest oto niedziela – dzień siódmy, który boscy biografowie zwą dniem wypoczynku, relaksuję się więc odprężony, a nie znosząc bezczynności myślę sobie o tym, co na Przystanku Woodstock powiedział ks. Lemański i czy nie powołał go Bóg, by ujawnił prawdę o genezie stanu duchownego.

______

*) Ewa Wilk, „Wolność grubego słowa, POLITYKA, NR 27(2965), 2.07 – 8.07.2014.

W HOŁDZIE POLEGŁYM I NIEWINNYM OFIAROM

Polecany

 

 

                                          Motto:

                                                                  Stolica pomimo bezprzykładnego w

                                                  historii bohaterstwa z góry skazana

                                                  jest na zagładę. Wywołanie powstania

                                                  uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się,

                                                  kto ponosi za to odpowiedzialność.

                                                                      Władysław ANDERS – 

                                                                               generał broni Wojska Polskiego,                                                                                                       Naczelny Wódz Polskich Sił                                                                                                                 Zbrojnych w latach 1944–1945. 

 

Nie czczę rocznicy Powstania Warszawskiego uważam je bowiem za skrajny, wręcz zbrodniczy przejaw polskiej tzw. patriotycznej głupoty. Jego bilans to ok. 200 tys. zabitych, niepoliczona liczba rannych, ruina ok. 80% substancji miasta oraz brak jakichkolwiek osiągnięć militarnych i politycznych.

Chylę czoła przed poległymi i niewinnie pomordowanymi przez okupanta mieszkańcami Warszawy, których życiem szafowali autorzy tego zbrodniczego aktu polskiej tromtadracji. 

Tych, którzy powstanie wywołali mam za bezmyślnych zbrodniarzy, jego uczestników natomiast – w większości ludzi młodych, a nierzadko wręcz nieletnich – za żądnych zabawy w wojenkę lekkoduchów.

Nie potrafię pojąć zakrawającego na bezmyślny spektakl pomysłu obchodów Rocznicy tego niezwykle tragicznego zdarzenia, przybierających postać głupawych  rekonstrukcji wydarzeń sprzed lat, a nawet pogodnych happeningów w wykonaniu do cna pozbawionej rozsądnej historycznej refleksji młodzieży. Gdybym nie żywił najgłębszego przekonania o bezdennej głupocie wielu członków władz dzisiejszej Polski sądziłbym, że cynicznie kpią sobie z  tej wielkiej tragedii Polaków, której 70 Lecie obchodzimy dzisiaj. 

 

TAKO RZECZE AMERYKAŃSKI PROFESOR

Polecany

          Muszę przyznać, że w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, którą darzę głębokim sentymentem, na jej trwanie  przypadł  bowiem kawał mego dzieciństwa,  młodość i wiek dojrzały, polski rynek prasowy nie był tak zasobny w dzienniki i wszelkiego rodzaju periodyki, jak dzisiaj. Ubogaciwszy się wszakże ponad miarę, stał się argumentem na rzecz słuszności marksistowskiego prawa przemiany ilości w jakość, tyle, że w pewnym sensie a rebours, ponieważ jest to przeistoczenie w gorsze. I dałoby się jeszcze rozgrzeszyć tę marną metamorfozę, gdyby szło tylko o dzienniki, te bowiem osobliwie  ulegając sile grawitacji z łatwością sięgają poziomu sutereny, lecz na potęgę marnieć zaczynają periodyki, że wspomnę tylko o żałosnym losie zgonionego za sensacją tygodnika WPROST.                    

          Nie jest to jednak samo dno. Wstąpiłem ostatnio do kiosku, a tam z zasłanej gazetami lady kłuł wzrok wypisany wielką czcionką tytuł prasowego materiału: GDYBY SIĘ POWIESIŁO  JARUZELSKIEGO, URBANA… Nawoływanie do szubienicznego rozrachunku było tak zaskakujące, że dopiero po chwili spostrzegłem, że czynił to tygodnik GAZETA WARSZAWSKA – pisemko o nabożnej proweniencji, o której świadczyło motto: Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. Narodowo-nabożna supozycja zawarta w tym zdaniu sprawiła, że zdecydowałem się poznać metodę godzenia chrześcijańskiej religii ze stryczkiem i nabyłem nr 30(371) tygodnika z datą 25 – 31 lipca.

          Poszedłem do parku w cień drzew, i siadłszy na ławeczce u brzegu niewielkiego stawu,  rozłożyłem papierowy nabytek. Okazało się, że szokujący tytuł odnosił się do wywiadu z Markiem Janem Chodakiewiczem, który, jak zapowiedziano we wstępie, miał mówić o niewolniczej  mentalności, o tym dlaczego po 25 latach przemian nie mamy demokracji i dlaczego żyjemy złudzeniem, że obaliliśmy komunizm. To wszystko, wraz z szubieniczną wizją wydobyła z trzewi umysłowości tego człowieka żurnalistka  Gazety – Magdalena Mądrzak.

Amerykański profesor z polskim korzeniem opatrzony znakiem wiarygodności

Amerykański profesor z polskim korzeniem opatrzony znakiem wiarygodności

          Marek Jan Chodakiewicz, to amerykański profesor historii, który urodził się w 1962 r. w Warszawie, tu także, w czasach PRL zdobył świadectwo dojrzałości. Po emigracji do USA, w San Francisco State University w 1988 r. uzyskał licencjat, w trzy lata później, w nowojorskim Columbia University został magistrem i tamże w 2001 roku doktoryzował się. Według Wikipedii od 2003 jest profesorem historii w Instytucie Polityki Międzynarodowej  w Waszyngtonie. W kwietniu 2005 został przez prezydenta Busha powołany do amerykańskiej Rady Pamięci Holokaustu. Od 2008 jest kierownikiem Katedry Studiów Polskich im. Tadeusza Kościuszki (The Kosciuszko Chair of Polish Studies).

          Jak miałem okazję się zorientować tematem wiodącym w rozlicznych zainteresowaniach tego amerykańskiego profesora jest problematyka męczeństwa ludności żydowskiej w Polsce w czasie hitlerowskiej okupacji, co oznacza, że ma on zapewne rozliczne kontakty ze świeckimi i starozakonnymi wyznawcami judaizmu, którzy, jak wiadomo, znają się na wszystkim. Te kontakty musiały się okazać zakaźne i Chodakiewicz, choć nie zdobył pełnej wiedzy o całym świecie (któż ją ma ?!), jest jednak przekonany, że o Polsce wie wszystko. W całej rozciągłości potwierdza to przeprowadzony z nim dla GAZETY WARSZAWSKIEJ wywiad.                    

          W pierwszych jego słowach daje sygnał swych nastawień  zalecając zastępowanie przymiotnika  „radziecki” przez „sowiecki”, nie  bacząc, że ten pierwszy jest polski jak najbardziej, drugi natomiast etymologicznie wywodzi się z języka obcego, nie mówiąc o pejoratywności jego wydźwięku. Już choćby ten szczegół zdawał się świadczyć jak potoczy się konwersacja. Mówił  więc później osobnik zwany profesorem, że nie mamy w Polsce niepodległości, lecz wciąż trwającą transformację ustrojową (…) Niepodległość oznacza [bowiem] zerwanie z niewolą, a jeżeli mamy system, państwo i społeczeństwo, w którym istnieje przede wszystkim kontynuacja przeszłości, trudno mówić o nowej wartości 

          Po przeczytaniu tego fragmentu można było gazetę odłożyć w miejsce jej godne, lecz nie ten mamy czas, ucywilizowaliśmy się niebywale i papier toaletowy dostępny jest za grosze. Czytałem więc dalej.                  

          W kolejnym fragmencie zwany profesorem Marek Jan Chodakiewicz dał dowód głębi swej wiedzy z marksizmem włącznie i posłużył się metodą materializmu dialektycznego: Orwell powiedział, że proletariusze się nie zbuntują, dopóki nie staną się samouświadomieni, a nie uświadomią się, dopóki się nie zbuntują. I to był pierwszy krok do sformułowania jego szubienicznej tezy, wciąż jednak naznaczony marksistowskim stygmatem:  Jest coś takiego, jak emancypacja niewolników przez przemoc. To znaczy, jak by się powiesiło Jaruzelskiego i Urbana… Powinni być zabici jak Ceausescu ? Nie, pani by chciała, żeby służby specjalne wykonały za panią wszystko? Wtedy niewolnicy się nie wyemancypują, tylko zostają bydłem, które się przygląda. Czyn gwałtowny powoduje emancypację. Jak się nie chciało wieszać czołowych komunistów, to przynajmniej można było zburzyć Pałac im. Stalina (tzw. „kultury”) w Warszawie. Kilkaset tysięcy ludzi zabiera się do rozpieprzania tego postsowieckiego molocha, symbolu zniewolenia. Taki spektakularny czyn przyćmiłby upadek muru berlińskiego. To naturalnie jeszcze można zrobić. To jest wręcz konieczne do emancypacji Polaków.

Czyżby przesadził w dzikości?

                                             Czyżby przesadził w dzikości ?

          W ten oto sposób Polak został oświecony za pomocą tezy noszącej najwyraźniej piętno materializmu dialektycznego w odniesieniu do jego historii. Mylne to jednak tropy. W tym samym fragmencie amerykański profesor z polską skazą na rozumie daje jednak wyraz swym skłonnościom idealistycznym.                    

          - Pani wie, kim pani jest ? – pyta prowadzącą z nim wywiad dziennikarkę.                         Wydaje mi się, że wiem – odpowiada żurnalistka.          

          Lecz  tak się jej tylko wydaje, musi zatem  importowany z samej Ameryki  profesor  jej to objaśnić:                    

          – Człowiek jest tym, czym go stworzono i z czego go stworzono – uzmysławia tajniki ludzkiej genezy, z materialistycznego przechodząc na idealistyczny grunt i między wierszami zaprzeczając pochodzeniu człowieka od małpy.                    

          Na zakończenie tego wątku Marek Jan Chodakiewicz, zwany profesorem, listę skazanych na powieszenie uzupełnia o osobę  ministra Czesława Kiszczaka, ponownie wydając wyrok na warszawski Pałac Kultury i Nauki:                    

           - A jeżeli chodzi o powieszenie dwóch, to byłoby powieszenie symboliczne. Nie mówię by mordować kobiety komunistów i ich dzieci – symboliczne – bo odgraniczono by dobro od zła i pokazano, że jest kara. Trzeba było koniecznie zburzyć Pałac im. Stalina w Warszawie, jak mówiłem.                      

          – Czyli Jaruzelski z Kiszczakiem powinni wisieć? – z uporem wraca do szubienicznego wątku dziennikarka                      

          – Albo Jaruzelski i Urban, albo rzeczywiście we trzech z Kiszczakiem – pada odpowiedź.                    

          Nie ma sensu przytaczanie dalszych fragmentów wypowiedzi Chodakiewicza. Jako motto tej niechęci zacytuję ostatnie zdania prowadzonego z nim interview:                     

          – O to właśnie Pana chciałam za­pytać. Obaliliśmy komunizm.., – rozpoczyna myśl dziennikarka.            

          – Wydaje się wam, że go obaliliście – przerywa jej rozmówca.                      

          I to byłoby na tyle, bo o czym tu jeszcze gadać?                                                                    

               *          *          *                    

          Rząd Donalda Tuska uprawia idiotyczną politykę zagraniczną głównie w obszarze stosunków  Polski z Rosją. Jeśli w wyniku przyszłorocznych wyborów dojdzie do władzy PiS, potrząsanie przez Polaków szabelką nasili się zapewne, jest bowiem Jarosław Kaczyński wychowany patriotycznie, a współczesnemu polskiemu patriocie uczucie żywione dla Ojczyzny objawia się głównie na trzech polach:

- zidiociałego antykomunizmu,

- równie mądrej rusofobii

- oraz klepaniu pacierzy do Chrystusa, obwołanego królem Polski i Jego Matki Maryi Zawsze Dziewicy, dodanej Mu do towarzystwa w charakterze królowej.                    

          Udzielająca ochoczo swych łamów amerykańskiemu profesorowi z polskim korzeniem GAZETA WARSZAWSKA, nie kryje swych proPiSowskich sentymentów. Wymienił on w wywiadzie tylko trzech kandydatów do stryczka. Z grzesznej próżności przez myśl mi przeszło, że i moje nazwisko znajdę na liście wyróżnionych. Niestety ! Jeśli jednak jeszcze pożyję i objęcia władzy przez PiS dożyję, niewykluczone, że znajdę się w zaszczytnym gronie wybrańców Marka Jana Chodakiewicza zwanego profesorem.  

O III RP Z OKAZJI PAŃSTWOWEGO ŚWIĘTA PRL

Polecany

Urodziłem się w styczniu 1938 r., II-ej RP zatem nie pamiętam. Upłynął niespełna rok i 8 miesięcy od mego przyjścia na świat, gdy wybuchła wojna i wszelkie ślady po ówczesnej Polsce zatarła. Jej obraz pozostał we wspomnieniu żyjących w tamtym czasie ludzi dorosłych, a najsilniej i najbarwniej zapewne u tych, których najlepsze lata młodości przypadły na  międzywojenne 20-sto lecie.

Podobno brutalna i bezwzględna  propaganda, która opanowała polskie życie publiczne w I połowie lat 50. ubiegłego wieku, suchej nitki nie zostawiała na międzywojniu, lecz skutek tego był tylko taki, że ci co przeżyli w nim najlepsze swe lata oraz beneficjenci tamtego systemu, dyskretnie milczeli, a wyraziście krytyczne oceny formułowali bądź członkowie warstw w II RP dotkliwie pokrzywdzonych, bądź oficjalna propaganda. Wypisz, wymaluj – jak dzisiaj.

Nie uczestniczyłem w tych procesach, bo najpierw czas zajmowały mi rozmaite  szczenięce zabawy na podwórku cudem ocalałego domu, w którym zamieszkaliśmy po wojnie i w sąsiadujących z nim ruinach niemal do cna zniszczonego miasta. Pod wpływem  przymusu stosowanego przez ojca i matkę, absorbowała mnie także podstawówka, później, już bez zagrożeń rózgą i pasem, szkoła średnia oraz namiastka pierwszej miłości, a wkrótce, w klasie maturalnej, eksplozja tej drugiej, która przeżyciem i siłą doznań uczyniła z niej pierwszą, jedyną i niepowtarzalną; żadna inna nie miała jej dorównać. Jak bezpański pies, porzucony po dwóch czy trzech latach przez te pierwsze me ukochanie, cierpiałem bezprzykładnie, i boleść odbierała wszelki rozsądek, aż przywróciło go powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej, które przyobiecał mi ojciec oraz jego dobry znajomy – szef Studium Wojskowego w warszawskim uniwersytecie, w przypadku, gdybym, zlekceważywszy swe obowiązki,  poniechał nauki… I słowa dotrzymali. Wojsko działało wtedy na młodych ludzi otrzeźwiająco, a także hartowało ich dusze i ciała.

A później pierwsza praca, jak się okazało jedna i jedyna, aż do skasowania instytucji, która mi ją zapewniła. W międzyczasie ożenek, narodziny syna, dokończenie studiów i rozstanie z Warszawą, której opuszczenia sobie nie wyobrażałem, by później jednak, po służbowym przeniesieniu, przez 20 lat pełnią uczuć zdradzać ją z Olsztynem.

Ufff ! Tyle tego na niespełna półwiecze. I aż tyle ! Ludzi, rzeczy i spraw czyniących ten czas najwspanialszym okresem mego życia. Czy rzeczywiście był najlepszy ? Gdy wracam wspomnieniem w przeszłość, jest jedynym i niepowtarzalnym. Lepszego już nie będzie !

Tak się złożyło, że ten mój najlepiej wspominany czas przypadł na lata PRL. Bywało szaleńczo i żałośnie, mądrze i kompletnie głupawo, pod niebo wzniośle i marnym robakiem pełzająco. Lecz temu mojemu wielowymiarowemu czasowi rozmaite najmimordy spod znaków wszelkich instytucji zajmujących się propagandą oraz tzw. rozliczeniami przeszłości, chcą nadać jeden groźnie brzmiący ton oraz jedną barwę szarości z domieszką czerni.

Nie ma w mej przeszłości, której najistotniejsze fragmenty wspomniałem, nic osobliwego, co zawdzięczałem zatrudniającej mnie przez blisko 30 lat instytucji czyli Służbie Bezpieczeństwa PRL. Nie spotkałem, więc nie korzystałem z tzw. sklepów za żółtymi firankami. Służbowo raz tylko wyjechałem za granicę – konkretnie do Moskwy. Nie rozbijałem się luksusowymi limuzynami, bo fiata uno kupiłem sobie dopiero po przejściu do Olsztyna i więcej „limuzyn” nie miałem. Nie nadużywałem zajmowanych stanowisk i rozmaitych możliwości, które stwarzała praca w tzw. służbach specjalnych. Takich jak ja – ludzi zatrudnionych w nich, którzy nie odnosili i nie odnieśli z tego tytułu żadnych szczególnych korzyści, była większość.

Owszem, zdarzały się wyjątki, a kiedy i gdzie się nie zdarzają? Bywały przypadki, gdy nadużywano władzy i przekraczano jej uprawnienia, lecz dzisiejsza władza korzysta z komfortowej sytuacji istnienia groteskowej wręcz opozycji i społecznego spokoju, które to luksusy zapewnia brak tak silnego ośrodka organizacji oporu, jakim była „Solidarność”. Nie dlatego go nie ma, że Polakom powodzi się nad wyraz dobrze, lecz dlatego, że liczne społeczne warstwy niezadowolone z materialnego położenia, nie potrafią stworzyć swej reprezentacji. Nie ma też, jak w latach 80., zagranicznych ośrodków wspierających organizację buntu. A ponad to,  co najmniej dwa miliony ludzi młodych, dynamicznych, którzy zapewne podjęliby zdecydowane i nawet drastyczne działania broniące ich interesów, opuściło kraj.

Nie najlepszy mamy dzisiaj dzień na dokonywanie szczegółowych rozrachunków z czasem minionym. Jestem jednak za tym, by je prowadzić, lecz zarówno w odniesieniu do przeszłości, jak również do teraźniejszości. I nie po to, by obrazy tych czasów zaczerniać, lecz po to, by służyły mądrej analizie aktualnej sytuacji oraz pozwalały na formułowanie sensownych wniosków. Toteż państwo polskie może zaoszczędzić i przeznaczyć na  bardziej wymagające tego cele spore pieniądze, likwidując zajmujące się podłą propagandą instytucje rozliczeniowo-śledcze w rodzaju IPN. W normalnym państwie od tego rodzaju porachunków z jednostkami jest prawo oraz instytucje ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Gdy odchodzi się od tej zasady, powstają groteskowe pomysły nadrzędności prawa naturalnego nad stanowionym, a przywódcami rodzących się na tym tle ruchów społecznych staja się bohaterowie in spe, w rodzaju Bogdana Chazana.

Kwiaty

Jestem pewien, że dla wielu mych Szanownych Czytelników 22 lipca jest także podnietą do wspomnień i wielorakich refleksji. Przytoczyłem swoje, sądzę bowiem, że nie zabraknie poszukujących korzeni wyjątkowości tej daty w rynsztoku i błocie przeszłości. Najwyższy czas, by zdecydowanie przeciwstawiać się tego rodzaju intelektualnym karykaturom.

Ponad wszystko, jest jednak dzisiejszy dzień  sposobną okazją do tego, by ludziom rozsądnym i godnie traktującym swą przeszłość złożyć najlepsze życzenia wszelkiej pomyślności, a całemu polskiemu społeczeństwu, by rozsądnie myślało o rzeczywistości, a nie według norm dyktowanych przez żałosnych nierzadko przywódców partii i partyjek, mieniących się politycznymi.

JAKA MAĆ, TAKA NAĆ

Polecany

Gdy w 1981 r, wprowadzony został  stan wojenny, w różnych ośrodkach internowano wierchuszkę „Solidarności” i pomniejszy jej aktyw. Ileż się później naczytałem o cierpieniach doznawanych przez ludzi z tych kręgów z ręki „komuny”w miejscach odosobnienia. Wałęsa wraz z rodziną cierpiał  na zesłaniu w „tiurmie” w Arłamowie (obecnie woj. Podkarpackie), a konkretnie w wybudowanym tam w latach 70. ub. wieku ośrodku wypoczynkowym Urzędu Rady Ministrów PRL.

Walesa

Arłamów. Rozkosze z  młodziutką blondyneczką 

Były wódz „Solidarności” musi mieć spore  skłonności masochistyczne, bo tak polubił miejsce swej kaźni, że najgorętsze dni lata spędza na Florydzie w USA albo w Arłamowie właśnie. Będąc tam ostatnio obfotografował się obficie z rozmaitymi ludźmi płci obojga i ulegając  towarzyszącej mu stale potrzebie błyszczenia, obdarował tymi słit fociami media, z których mniej wybredne zaprezentowały je szerszej publiczności.

Wałęsa i powstała w sierpniu 1980 r. „Solidrność” to nihil novi sub sole. Tego rodzaju masowe ruchy miały zwykle przywódcę, który stawał się z czasem ich twarzą i symbolem, a od czasu, gdy świat jął się dzielić na dwa nieprzyjazne sobie obozy, był jednym z instrumentów wpływu różnych ideowych ośrodków, nierzadko zagranicznych. Nie trzeba grzebać się w bardzo odległej przeszłości i wystarczy wspomnieć bodajby przedfrankistowską Hiszpanię.

Takie jak  „Solidarność” społeczne ruchy, składają się, z grubsza rzecz biorąc, z trzech grup ich uczestników: 

1. upatrujących w nich instrumentu ewolucyjnej korekty istniejącej w państwie rzeczywistości (np. w „S” początkowo głoszone było hasło: „socjalizm tak, wypaczenia nie”);

2. zdecydowanych przeciwników panującego w państwie systemu, starających się nadać ruchowi charakter narzędzia radykalnej jego przemiany, a nawet likwidacji;

3. najliczniejszego tłumu czy też tłuszczy oscylującej pomiędzy jednym i drugim krańcem, opowiadającej się za tym kto atrakcyjniej, bardziej teatralnie przedstawia swe stanowisko w bulwersujących społeczność kwestiach, bądź więcej obiecuje, bez względu na realną możliwość realizacji obietnic.

Wałęsa i turystki na basenie w Arłamowie 2014

Arłamów. Starsze też są niekiepskie

W „Solidarności” zwyciężyli zwolennicy drugiej opcji, a wsparcia udzielali im nawet ci z pierwszej, bo we wzbudzonym w kraju bałaganie, nierzadko najrozsądniejsi ludzie tracili orientację. Ogromną rolę odegrały czynniki zewnętrzne.

16 października 1978 r. w wyniku różnych sugestii i nacisków, dopiero w ósmym głosowaniu watykańskie konklawe obwołało Karola Wojtyłę papieżem. Już podczas pierwszej tzw. pielgrzymki do Polski wypowiedział on aktorsko egzaltowane słowa, których nieskrywanym celem było poruszenie szerokich rzesz polskich katolików, i tak oszołomionych wyborem Polaka papieżem:Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego Tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi! 

Dzisiaj już nikt rozsądny nie ma wątpliwości, że głoszone przez niego poglądy walnie przyczyniły się do powodzenia rewolty w europejskich państwach bloku wschodniego, nazwanej później transformacją ustrojową.

Innym, bardziej już brutalnym akceleratorem zmian były działania Zachodu – głównie Stanów Zjednoczonych, kierowane przez agencję wywiadu CIA. Tak na ten temat pisze znany amerykański publicysta Peter Schweizer w książce „Victory czyli zwycięstwo; tajna historia lat 80; CIA i „Solidarność”:„Solidarność” uczyniła odważny gest, popierający ruchy opozycyjne w całym bloku sowieckim. Przeprowadzono konsultacje pomiędzy przywódcami opozycji obydwu krajów (Polski i Czechosłowacji – przyp. W.P.) w odludnych miejscach, w lasach przy czesko-polskiej granicy. […] Bill (Casey – szef CIA – przyp.W.P.) chciał wiedzieć, co możemy zrobić, żeby popierać ruchy opozycyjne w całym regionie i skłonić je do współpracy między sobą. […] Jeśli jednak można było brać za przykład Polskę, to pomoc zewnętrzna miała niesłychaną wagę. „Solidarność” otrzymywała około 500 000 dolarów rocznie z prywatnych dotacji zagranicznych, oprócz funduszy Agencji.

Wałęsa i Robert De Niro

Wałęsa z mającym go  grać Robertem De Niro w czasie negocjacji w Anglii, na których   przywódca „Solidarności” zarobił milion zielonych…

Polskie media nieustannie gonią za sensacją. W gonitwie tej uzyskano wspomniane fotki z Arłamowa, bo Wałęsa dla rozgłosu fotografuje się z kim popadnie. Lecz to nie on tworzył swą medialną legendę. Czynili to politycy, publicyści oraz dziennikarze polscy i zagraniczni. Nierzadko wbrew swym przekonaniom i ze świadomością zakłamywania prawdy. Znakomity przykład naruszenia elementarnych norm etyki dziennikarskiej dała przed laty jedna z najbardziej znanych dziennikarek XX wieku, znakomicie wyspecjalizowana w przeprowadzaniu wywiadów z wybitnymi osobistościami, Oriana Fallaci. Do Polski przyjechała w marcu 1981 r. by rozmawiać z Wałęsą. Tak po latach pisze o tym zdarzeniu dla Wirtualnej Polski młodziutka dziennikarka Joanna Stanisławska:Ten wywiad przeszedł do historii. Jednak zarówno przeprowadzająca go dziennikarka, jak i jej rozmówca żałowali, że do niego doszło. Ona nazywała go próżnym, pretensjonalnym, pewnym siebie ignorantem, on ją – namolną kobietą. Kulisy słynnej rozmowy Lecha Wałęsy z Orianą Fallaci odkrywa po latach felietonista „Polityki” Daniel Passent w swojej najnowszej książce „Passa”.(…) Passent zdradza, że włoska dziennikarka, choć była całkowicie po stronie „Solidarności”, samym Wałęsą nie była zachwycona. Żeby nie zaszkodzić Wałęsie i nie przyłączyć się do nagonki na przewodniczącego „Solidarności”, w swoim wywiadzie nie wspomniała o tym jednak ani słowem. „Wałęsa nie podobał mi się jako człowiek, ale stałam – podobnie jak wielu innych – wobec ogromnego dylematu: albo przysłużyć się Rosjanom i napisać, że Wałęsa nie jest OK, albo pomóc walce o odzyskanie demokracji i napisać, że Wałęsa jest w porządku. Wybrałam to drugie wyjście i nie miałam racji” – mówiła po latach swojemu przyjacielowi Fallaci. 

Był to jedyny raz, kiedy odstąpiła od swojej zasady, żeby pisać wszystko, jak było – samą prawdę. „On był wtedy taki pewny swego, taki nadęty, że powiedział mi:  ”Zobaczy pani, że ja zostanę prezydentem”. Co on wygaduje? – pomyślałam i nigdy nie włączyłam tego do wywiadu, bo to miał być dobry, antykomunistyczny, antyrosyjski wywiad. Nazajutrz, kiedy znów z nim rozmawiałam, powiedziałam: „Słuchaj, Lechu, wczoraj powiedziałeś coś, co mam nagrane, ale wolałabym to pominąć, bo wygląda śmiesznie i pretensjonalnie.”  ”Jakie śmiesznie? Jakie pretensjonalne? Masz napisać, co ci mówię: że będę prezydentem!” – uniósł się.

Nie twierdzę, że PRL była wzorowym państwem, w takim przekonaniu byłoby bowiem tyle samo prawdy, co w publikowanych przez Orianę Fallaci opiniach o „Solidarności i Lechu Wałęsie. Jeśli dzisiejsza, najpodlejsza z podłych IPN-owska propaganda zarzuca tzw. komunistom, że w wyniku II wojny światowej zamienili hitlerowską okupację Polski na okupację sowiecką, to za nic mam naukowe kwalifikacje zatrudnionych tam za spore pieniądze historyków. Historia PRL od śmierci Stalina w marcu 1953 r., a zwłaszcza od połowy lat 50., to proces ciągłego i cierpliwego poszerzania sfery naszej państwowej suwerenności. Piszę to z całym przekonaniem, a przeciwników tego poglądu namawiam do przeanalizowania polityki władz III RP, która w sferze wewnętrznej polega na nieustannym podporządkowywaniu się dyrektywom Unii Europejskiej, w zagranicznej natomiast na umacnianiu przyjętej na siebie roli głównego reprezentanta interesów Stanów Zjednoczonych w Europie, zwłaszcza wobec Rosji.

Wałęsa

 … i co z filmu wyszło.

Polska polityka od zarania istnienia III RP oparta jest na oszustwie. Polacy nic nie wiedzieli o planowanej dla nich przyszłości i pewnego poranka po wyborach 1989 r. obudzili się w zafundowanej im przez b. wicepremiera Balcerowicza kapitalistycznej rzeczywistości. Nie ma od niej odwrotu, niezwykle też żmudny i czasochłonny jest proces cywilizowania polskiego kapitalizmu, poprzez ujawnianie afer i oszustw ludzi podle korzystających z jego dobrodziejstw.

W Wirtualnej Polsce znalazłem wczoraj kolejną, nieznaną mi, sensacyjną informację o b. przywódcy „Solidarności” i pierwszym prezydencie III RP Lechu Wałęsie.

Producenci [wytwórni Warner Brothers – przyp.W.P.] czując, że nad Bałtykiem rozgrywa się właśnie historia, udają się do Wielkiej Brytanii, gdzie w gościnie u Margaret Thatcher przebywa Wałęsa, i próbują ugrać kontrakt na sfilmowanie biografii centralnej postaci tych wydarzeń. Układ jest prosty: lider Solidarności musi spędzić kilka dni ze scenarzystami, ubogacić skrypt anegdotkami a potem pojawić się na uroczystej premierze.

Jak się okazało Wałęsa pieniądze otrzymał, filmu nie nakręcono, a dodatkową sensacją jest to, że skarb państwa nie wzbogacił się żadną kwotą podatku od gigantycznej darowizny.

Szczerze mówiąc nie wiem czy to Wałęsa uczynił  „Solidarność” organizacją oszustów, czy było odwrotnie. Gdy w końcu lat 80., będąc z-cą szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Olsztynie, rozmawiałem z kpt. Edwardem Graczykiem, który w 1971 r, dokonał sławetnego pozyskania Wałęsy do pełnienia roli tajnego współpracownika SB, funkcjonariusz ów wyrażał się o nim w zasadzie pozytywnie, jako o człowieku prymitywnym wprawdzie, lecz uczciwym.

Pamiętając z czasu młodości i studiów, dość popularne wówczas dziełko Jerzego Plechanowa „O roli jednostki w historii”., także nie posądzam jednostki o nazwisku Wałęsa aż o taki wpływ na dziesięciomilionową rzeszę solidaruchów, choć zarazem ja osobiście z obwoływaniem wodza „Solidarności” człowiekiem uczciwym, bym nie przesadzał. Najprawdopodobniej jest tak, jak w starym porzekadle: wart Pac pałaca, a pałac Paca.

 

 

 

JAK PIEŚCI JANUSZ KORWIN-MIKKE

Polecany

                               Jedna ze złotych myśli JKM: Idiota z dyplomem                                              to taki sam idiota jak przedtem – tylko z pretensjami.

W kontekście spoliczkowania przez Korwina-Mikkego Michała Boniego, zaczynają krążyć pogłoski o jakichś rzekomych  związkach tego pierwszego ze Służbą Bezpieczeństwa PRL, co jest kompletną bzdurą. A wiem co piszę, ponieważ jako oficer SB pracowałem w MSW na Rakowieckiej w Warszawie w departamencie, który miałby zapewne informację o takich jego powiązaniach.

Wcześniej, w trakcie studiów Korwina-Mikkego w Uniwersytecie Warszawskim, mniej rozgarnięci  funkcjonariusze Komendy Stołecznej potraktowali go poważnie i sprawili, że nie ukończył  matematycznego wydziału w UW, uniemożliwiono mu bowiem przystąpienie do dwóch końcowych egzaminów. Zdobył jednak dyplom magistra filozofii, na którym to kierunku wiedza matematyczna odgrywa ważną rolę. Niestety, tak głupawe postępki zdarzały się w ówczesnej Komendzie Stołecznej,o czym wiem, bo pracowałem tam od 1962 do 1968 r., choć nie w tym wydziale, który najbardziej się wygłupiał. W różnych jednak służbach, nawet w specjalnych, różni pracują ludzie, o czym świadczą bodajby ostatnie dokonania ABW w redakcji WPROST. Ja miałem szczęście do przełożonych i także dzięki nim nie wygłupiłem się tak, jak uczynili to moi koledzy po fachu z KS MO, którzy zajmując się tzw. operacyjnym zabezpieczeniem Uniwersytetu Warszawskiego sprawili, że Korwin-Mikke może uchodzić za kombatanta walk z „komuną”

JKM w czasach gdy mu wszystko jeszcze stało

JKM w czasach gdy mu wszystko jeszcze stało

Niewykluczone, że potrzeba odprężenia się po zaznanych w PRL szykanach sprawiła, że ma on teraz skłonność do poklepywania ludzi po wypukłościach ciała i nie przebiera w ich wyborze; mogą to być zarówno policzki, jak również półdupki. Ponieważ jest mężczyzną o normalnych skłonnościach seksualnych i nie akceptuje homoseksualizmu, Boniego trzasnął w policzek, a przed laty, byłą posłankę SLD – Katarzynę Piekarską, pieszczotliwie klepnął po pośladkach. A Było to tak.

Chyba w 2007 r. Korwin-Mikke kilkakrotnie dał wyraz swemu sprzeciwowi wobec kontaktów dzieci zdrowych z niepełnosprawnymi, by zdrowe nie zarażały się rozmaitymi schorzeniami. Katarzyna Piekarska skomentowała ten jego pogląd bardzo krytycznie głosząc, że nie należy podawać ręki takiemu jak on. Ponieważ Korwin-Mike, jak sam o sobie twierdzi, jest człowiekiem honoru, zapamiętał to i tylko czekał okazji. Ta nadarzyła się pod koniec 2009 roku w krakowskim teatrze „Groteska”, podczas próby noworocznego spektaklu, w której uczestniczyły osoby czynne w życiu publicznym,  a wśród nich także parlamentarzystki. To wtedy właśnie dokonał słynnego aktu upieszczenia podniecających go zapewne, zgrabnych  pośladków posłanki SLD.

Janusz Korwin-Mikke od niepamiętnych czasów ma skłonność do kontrowersyjnych uczynków. Szukając materiału do niniejszego wpisu, znalazłem w jego biografii publikowanej w „Wikipedii” następującą informację: Razem ze swoim stryjem, publicystą katolickim Jerzym Mikkem*) próbował przyłączyć się do tzw.komisji ekspertów przy komitecie strajkowym stoczniowców szczecińskich w sierpniu 1980. Szefowie komisji dokooptowali do swego grona tylko stryja, jednocześnie rezygnując z zaproponowanej przez Janusza Korwin-Mikkego współpracy. Decyzję swą uzasadnili jego nieodpowiedzialnością i ekscentrycznością poglądów. Kiedy próbował on sprzedawać wśród strajkujących robotników swoje wydawnictwa, został siłą usunięty z terenu zakładu.

To zdarzenie, a być może jeszcze jakieś inne, spowodowało jego niechętny stosunek do „Solidarności”, o czym wspomina Jerzy Urban w swym „Alfabecie”. Wracam jednak do stosunków Korwin-Mikkego ze Służbą Bezpieczeństwa PRL.

Chyba dopiero w 1979 r. dowiedziałem się o jego istnieniu w związku z drugoobiegową Oficyną Liberałów, którą był założył rok wcześniej. Pewnego letniego popołudnia tego roku, wraz z kilkoma przyjaciółmi z pracy (nie tylko z mojego wydziału) wpadliśmy do popularnej wówczas, dzisiaj już nieistniejącej rybnej knajpki u zbiegu Puławskiej i Olszewskiej. Lokal, jak zwykle był o tej porze prawie pełen, serwowane dania znakomite, nic więc dziwnego, że zbawiającemu przez nas świat  i Polskę gadaniu nie było końca. Kraj był wtedy w miarę normalny, nikt nieupoważniony nikogo nie podsłuchiwał i nie nagrywał, polecieliśmy  więc na całość. W toku nabierających coraz wyższej  temperatury pogaduszek dowiedziałem się o istnieniu Janusza Korwin-Mikkego i prowadzonej przez niego wydawniczej Oficynie Liberałów.

Następnego dnia wciąż odczuwałem skutki birbantki, a dzień zapowiadał się gorący. Przyszło mi do głowy odwiedzić bohatera toczonej poprzedniego dnia rozmowy. Przy kielichu dowiedziałem się, że można do niego zajść i kupić jakieś wydawnictwa Oficyny Liberałów. Szybko ustaliłem adres (jeśli dobrze sobie przypominam mieszkał wtedy przy ul. Madalińskiego), wpisałem się do książki wyjść i mogłem wreszcie oddychać szczególnie tego dnia upragnionym świeżym powietrzem.

Pod ustalonym adresem zadzwoniłem do drzwi i wkrótce otworzył mi gospodarz, gościnnie zapraszając do środka. Podałem mu jakieś dwa tytuły wydanych przez jego oficynę książek, znalazł je i pobierając należną kwotę zapytał w jakiej dzielnicy Warszawy mieszkam. Gdy odparłem, że na Woli ucieszył się, powiedział, że w tej dzielnicy nie ma swego kolportera i zaproponował mi tę funkcję. Speszyłem się nieco i odparłem z wahaniem, że jest to jednak dziedzina nielegalna, a więc grożąca niespodziewanymi konsekwencjami i chciałbym całą sprawę skonsultować przynajmniej z żoną. Wyraził pełne zrozumienie i zaproponował ponowną wizytę, jak tylko będę mógł podjąć się wykonywania tej społecznie pożytecznej roboty.

Wracałem do pracy nieco podekscytowany złożoną mi ofertą. Czułem się już dobrze, przy pierwszej sposobności zaszedłem więc do gabinetu naczelnika wydziału i zrelacjonowałem mu swą przygodę. Był nim wtedy nieżyjący już płk Henryk W. – człowiek bardzo inteligentny o rozległej wiedzy, zarazem jednak dość gwałtowny i wybuchowy. Obserwując w toku swej relacji jego twarz czułem, że wkrótce nastąpi eksplozja. Huk rozległ się, gdy zapytałem nieśmiało czy nie warto, bym podjął się kolportowania nielegalnych wydawnictw, zyskując niejaką kontrolę nad oficyną.

- Kurwa ! Co ci strzeliło do głowy?!  – Temu głupkowi potrzebny jest psychiatra, a nie kolporter. Nie wiesz, że on jest rąbnięty?

- Szefie, ale Komenda Stołeczna… - próbowałem wtrącić coś z nabytej wczoraj wiedzy. 

- Co Komenda Stołeczna, co komenda ! Nie zawracaj mi dupy nimi. W stołecznej też durni nie brakuje. Daj mi święty spokój - zakończył gwałtownie swą tyradę i audiencja dobiegła końca.   JKM jako kapłan Nowej Prawicy. Ponieważ nie wypada by kapłanowi coś            stało, tu zatem wszystko mu zwisa. Tylko palce dłoni we wzwodzie.

Całe zdarzenie przypomniałem sobie niedawno dowiedziawszy się, że Korwin-Mikke startuje w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Liczyłem na rozsądek polskiego elektoratu. W głowach wyborców było tego rozsądku jednak tyle, ile okazało się być u funkcjonariuszy SB z Pałacu Mostowskich, którzy też z całą powagą traktowali tego człowieka. Jako  ciekawostkę załączam wspomniany wyżej fragment „Alfabetu Urbana”, poświęcony Januszowi Korwin-Mikkemu. Jest w nim dużo dystansu i sensownego podejścia do tego pożal się Boże  „podziemnego” w czasach  PRL działacza, który – to trzeba mu przyznać – nie przejmował się kaprysami władzy i działał naziemnie.

Naprodukuje on jeszcze sporo rozmaitych spektakli nie przynoszących Polsce i Polakom chwały, a głupi ludzie, których jest ci u nas dostatek, wiązać z tym będą nadzieje na lepsze i oddawać mu swe głosy.

P.S. Wystarczy wpisać imię i nazwisko eurodeputowanego do dowolnej wyszukiwarki, by poznać więcej pikantnych szczegółów.

________________

*) Jerzy Korwin-Mikke, stryj Janusza K-M., zmarły w listopadzie 1999 r.  

 

„KORWIN-MIKKE Janusz – przywódca Ruchu Polityki Realnej

Barwna postać zawsze w muszce. Łączy nas stara znajomość i niechęć do „Solidarności”. Korwin-Mikke stworzył własną, kieszonkową partię – Ruch Polityki Realnej. Jest to ugrupowanie konserwatywno-liberalne, sprzymierzone z monarchistami, których mamy razem trzech. Ruch jest za całkowitym liberalizmem ekonomicznym, przeciw wszelkim ingerencjom państwa w sferę gospodarki. Na płaszczyźnie politycznej Korwinowcy nie są  tacy liberalni i optują za silną władzą, ograniczającą parlamentaryzm i demokratyczne rozpasanie.

Wielki oryginał, co podkreśla wiążąc sobie zawsze muszkę. Facet postrzelony w najsympatyczniejszym sensie tego słowa. Dogmat pluralizmu i karzełkowatość wszystkich partii sprawiają, że obecnie przeżywa swoje wielkie dni,  gdyż z całą powagą jest traktowany jako szef jednego ze stronnictw. Lubi pisać i pokazywać się w telewizji, więc jest na niego koniunktura. Gdy trzeba pokazać w TV paletę polityczną, Korwin-Mikke zawsze jest na podorędziu. Gdy chce się do druku jakiś żwawy, szokujący tekst – on napisze go zawsze i da wszędzie.                      

Przychodził w latach 70. do „Polityki”, gdzie przynosił felietony na różne tematy, zawsze oryginalne, gdy idzie o poglądy, żywo napisane, tylko pod koniec przeważnie rozłażące się. Drukowałem go od czasu do czasu. Stale tego robić nie było można, gdyż był zbyt płodny. Strach było zamieścić jakiś tekst, ponieważ to znaczyło, że nazajutrz, zachęcony, przyniesie dziesięć nowych. Ja zaś jako redaktor byłem leniwy i zawsze wolałem mieć do czytania mało tekstów, a nie dużo. Z tej banalnej przyczyny limitowałem publikacje Korwin-Mikkego, ale również i z powodów politycznych. Chodziło o to, że on przecież był opozycją, więc co innego występ gościnny w „Polityce”, a co innego kiedy utrwali się jako stały autor pisma. Poza tym bałem się, że za tego wroga socjalizmu dostaniemy po uszach. Zrobiłem więc coś, czego nigdy nie czyniliśmy i za co Rakowski zdarłby ze mnie skórę. Zadzwoniłem do MSW i poprosiłem ich o opinię  na temat roli Korwin-Mikkego. Nasze władze bowiem – mówiłem – leją nas za drukowanie ludzi z opozycyjnego podziemia, a skąd my niby mamy znać grzechy różnych autorów, wiedzieć, gdzie są zapisani i w jaki sposób ryją pod naszym ustrojem.

Odpowiednia komórka MSW odparła, ze możemy spokojnie go drukować. Pisze różne manifesty, ale rozkleja je tylko na swojej klatce schodowej, a resort nie jest drobiazgowy ani małostkowy. Kiedy zostałem szefem telewizji, Korwin-Mikke skarżył mi się, że go nie pokazują na ekranie. Poleciłem dawać go na ekran ile tylko wlezie, bo to polityk prawdziwie niezależny. Ile razy zmieścił się w programie, tego nie wiem, mniej w każdym razie, niż on by chciał, a więcej, niż pragnęłaby tego „Solidarność”, która podobnie jak PZPR nie znosi ludzi nie zapisanych u siebie. „

Jerzy Urban, „Alfabet Urbana”, wyd.Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa 1990, str.90-91    

STRACH SIĘ NIE BAĆ

Polecany

Wczoraj „Radio Plus” podało hiobową dla katolickiego Kościoła w Polsce wieść, że w niedzielnych mszach świętych uczestniczy tylko ok. 40% wiernych, a do komunii świętej przystępuje ledwie 16 % wspólnoty myśli i wiary. Nic  mi do tego, nie jestem bowiem człowiekiem w najmniejszym stopniu religijnym i wierzącym, bo np. chrześcijanie  we wszelkich ich odmianach wierzą w istnienie Pana Boga, ateiści natomiast też wierzą, lecz w jego nieistnienie, a mnie żadna z tych dwóch odmian wiary kompletnie nie interesuje i ze spokojem czekam na koniec mego ziemskiego żywota, który pozwoli  zweryfikować obie hipotezy. W ten sposób nadaję swej śmierci wartość instrumentu poznawczego, a nie tylko zdarzenia przepoczwarzającego mnie od życia do gnicia.

Żyjąc w Polsce nie da się nie zetknąć z problematyką wiary i jej instytucji nawet takiemu, jak ja, który twierdzi o sobie, że to wszystko go nie interesuje,  religia bowiem, głoszący ją Kościół, spory o prawo do skrobanek, czy bezcenzuralnego prezentowania spektakli teatralnych, to elementy codzienności całego społeczeństwa i niepodobna o to wszystko się nie otrzeć. Pojawiają się także incydenty jak ten, który wywołał swą postawą oraz prezentowanymi poglądami ks. Wojciech Lemański i przejść obok nich obojętnie również się nie da, mają bowiem niezaprzeczalny wpływ na kształtowanie się zapatrywań społeczeństwa. Nie wszystkie spośród zaprezentowanych przez niego opinii podzielam (np. jego oceny PRL), nie mogę wszakże zaprzeczyć, że będąc zapewne człowiekiem religijnym, nie pozwolił katolickiej ideologii wyprzeć ze swego myślenia zdrowego rozsądku i daleko posuniętej tolerancji.

Oferta dla wybranych dla wybranych

                 Oferta dla partyjnych i konformistów 

Najogólniej rzecz biorąc ideologia to zespół poglądów na świat i człowieka, ich pochodzenie, wzajemne relacje oraz uwarunkowania istnienia i funkcjonowania.  Są to poglądy formułowane dla  określonych grup społecznych,  mających wspólne cele, a ideologia stanowić ma motywację i wskazanie sposobu ich osiągania. Religia (a mam tu na myśli katolicką jej odmianę), tym się wyróżnia wśród bywałych w Polsce świeckich ideologii, że wprowadza niesprawdzalny w doczesności czynnik nadprzyrodzony i zawierając obietnicę życia wiekuistego, ustanawia zespół wskazówek oraz niezbędnych do przestrzegania nakazów i zakazów.

Aparat partyjny w akcji

                                 Aparat partyjny w akcji

Ideologie świeckie służą klasom społecznym i grupom, których reprezentacja  zrzesza się zwykle w partie polityczne, będące mniej lub bardziej sprawnym instrumentem realizacji ich celów.W tym wymiarze religia różni się od ideologii świeckich tym głównie, że teoretycznie jest ofertą dla wszystkich ludzi,  nawet jej niewyznających, za co zostaną ukarani w toku obrad Sądu Ostatecznego.

Podobnie wielkie różnice pomiędzy religijną odmianą ideologii oraz świeckimi jej postaciami, występują w obszarze funkcjonowania instytucji oraz aparatu partyjnego, którym w przypadku ideologii katolickiej jest kler. Kościół można przyrównać do wielkiej, kosmopolitycznej organizacji czy też Komitetu Centralnego politycznej partii, dysponującej niezwykle zdyscyplinowanym i sprawnym aparatem wykonawczym. Kościelny aparat partyjny wśród tego rodzaju świeckich instrumentów działania, wyróżnia się nie tylko niezwykłym zdyscyplinowaniem, lecz także zdolnością służenia świeckiemu aparatowi państwowemu, pod tym wszakże warunkiem, że z równą ochotą państwo służy jemu.

Istota konfliktu pomiędzy polskim Kościołem katolickim i władzami Polski Ludowej polegała na tym, że PRL, ze względu na swą świeckość i materialistyczne podstawy państwowej ideologii, uznając prawo swych obywateli do wiary i praktyk religijnych, nie pozwalała klerowi wtrącać się do polityki, nie zamierzała zatem służyć Kościołowi. Zdarzały się oczywiście obustronne nadużycia i odchylenia, zwłaszcza do października 1956 r., lecz po tych wydarzeniach Kościół czerpał wielorakie korzyści ze stosunków z państwem, a kler miał w PRL bardzo silną pozycję i rozległe wpływy w  społeczeństwie, co sprawiało wzrost jego ambicji i roszczeń. Nic dziwnego zatem, że wzajemne stosunki były dość chłodne, a bywały nawet napięte.

obraz piekła

    Miejsce dla nonkonformistów, lecz prof.Chazana też tu mogą zamknąć.                                        Za te skrobanki robione w czasach PRL-u

Diametralna odmiana nastąpiła wraz z powstaniem III RP, gdy wszczęto usiłowania wsparcia słabiutkiej doktryny państwowej elementami religii katolickiej. I tu dochodzimy do poletka ks. Wojciecha Lemańskiego na terenie jego parafii  p.w. Narodzenia Pańskiego w Jasienicy., który chciał je uprawiać po swojemu, racjonalnie i nierzadko wbrew bezwzględnie obowiązującym normom ustanowionym przez kościelną hierarchię. A wiadomo, że gdy ideologia stanowi kamienny monolit dobrze służący jakiejś społecznej grupie, tym mniej jest podatna na przeobrażenia dyktowane najmądrzejszą choćby myślą jednostek.

Ideologie świeckie są bardziej, niż doktryna kościelna, otwarte na wszelkie nowinki i tą drogą częściej dochodzi do zmian ich treści oraz wyznaczanych człowiekowi celów. Ideologia religijna jest pod tym względem absolutnie, aż do absurdu konserwatywna. W sposób stanowczy np. potępia aborcję, jako zamach na życie dane od Boga, aprobuje natomiast funkcję kapelanów w jednostkach wojskowych, a nawet w partyzanckich oddziałach noszących wręcz bandycki charakter (np. w powojennej Polsce oddziały NSZ, WiN itp.), którzy to duchowni nie tylko udzielali rozgrzeszenia zabijającym innego człowieka, lecz wręcz zachęcali do tego, twierdząc, że jest to realizacja szczytnego, patriotycznego celu. Podobnych absurdów jest dużo więcej i można sformułować tezę, że im doktryna jest bardziej zachowawcza, tym bardziej sprzyja ich powstawaniu.

Prawdopodobnie także ta okoliczność sprawia zasygnalizowany na wstępie spadek zainteresowania codziennymi religijnymi praktykami. Nie zmniejsza się jednak popularność tych, które towarzyszą głównym zdarzeniom w życiu człowieka, takim jak narodziny i chrzest, później pierwsza komunia, ślub, a przede wszystkim śmierć, bo główna różnica pomiędzy wszelką ideologią świecką i religijną polega na tym, że ta druga ma jak i czym grozić śmiertelnikowi. I zdołała przekonać wielu ludzi, że jest się czego bać, zapewniając sobie monopol na łagodzenie i wręcz likwidację tego strachu nad strachami.  

LASKA CZY ŁASKA ?

Polecany

Pośpiech towarzyszący codzienności sprawia, że umykają naszej uwadze sprawy i ludzie, nad którymi warto pochylić się, poświęcić im nieco czasu i dla swego choćby pożytku wyciągnąć z takiej obserwacji istotne wnioski. Osobą, która ostatnio skłoniła mnie do tego, jest nieostygły jeszcze z europosłowania Michał Kamiński. Ponieważ dopiero co europoseł zajmował się w swym aktywnym życiu tylko sprawami wielkimi, nic zatem dziwnego, że indagowany niedawno w telewizyjnej „Kropce nad i” w sprawie interpretacji sławetnej  wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, wszczął narodową dyskusję na temat różnicy między treściami pojęć „łaska” i „laska”.

Europoseł jak laska

                        Były europoseł jak laska

Wyobrażam sobie, jakiej podniety do śmiechu dostarczył Kamiński Monice Olejnik, która prowadziła wspomnianą „Kropkę nad i”, jest ona bowiem osobą bywałą, doświadczoną i zapewne znakomicie odróżnia łaskę od laski, lecz nie o to mi idzie. Sądzę, że należy zastanowić się nad problemem stosowania obu tych słów: razem czy osobno.

Min. Sikorski w rozmowie z Janem Vincentem Rostowskim powiedział: Wiesz, że polsko-amerykański sojusz jest nic nie warty. Jest wręcz szkodliwy, bo stwarza fałszywe poczucie bezpieczeństwa. (…) Bullshit *) kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy.Kompletni frajerzy.Tak przynajmniej doniosły media.

Stosowanie tych słów zamiennie prowadzi do wielu nieporozumień, czemu dał wyraz b. europoseł, przypisując min. Sikorskiemu użycie słowa na „eł” czyli łaskę. Większość ludzi słuchających nagrania lub czytających jego zapis była natomiast pewna, że chodziło o „laskę” (przez „el”), czego nie jest w stanie pojąć Michał Kamiński, bo mając za sobą patriotyczne wychowanie pod hasłem „Bóg, honor, Ojczyzna”, naiwnie nie kojarzy polskiej polityki zagranicznej ze stosunkiem oralnym.

W tej sytuacji pozwolę sobie polskim politycznym osobistościom zaproponować kompromis, polegający na zastosowaniu obu tych słów łącznie. W takiej interpretacji kontrowersyjne zdanie brzmiałoby: Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją, i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy łaskę laski Amerykanom.

sikorski

                 Minister gotowy robić Amerykanom laskę z łaski

Jest oczywiście w takim podejściu pewne nadużycie, bo robimy jednak Amerykanom laskę, lecz dla zaspokojenia narodowej dumy możemy przyjąć, że czynimy to z łaski.

_______

*)  Bullshit (ang.): gówno, pieprzyć bzdury, wciskać komuś kit. W Polsce używane w znaczeniu: „gówno prawda”. (przyp. W.P.)

ZBRODNICZE EFEKTY RELIGIJNEGO OSZOŁOMIENIA

Polecany

Pobożność nie  jest stanem, który człowiek osiąga w płodowym etapie swego istnienia. Dochodzi się do niej idąc przez życie ciernistą drogą wyzbywania się innych przymiotów umysłu. Prof. Bogdan Chazan miał jednak najprawdopodobniej  ten stan zagwarantowany od narodzin, w judaizmie bowiem „chazan”, to osoba prowadząca nabożeństwo z mniejszego pulpitu przed Aron ha-kodesz.1)

Lekarz-ginekolog Bogdan Chazan, zanim zrobił habilitację i osiągnął profesurę, skrobał w czasach PRL każdą kuciapkę, gdy jej właścicielka sobie tego zażyczyła i była w stanie za to zapłacić. W ten sposób osiągnął dość wysoki standard życia, porównywalny zapewne z dzisiejszym, gdy pensja dyrektora szpitala w znaczniejszym jeszcze stopniu pozbawia człowieka wszelkich materialnych trosk. Taka pensja umożliwiła mu wstąpienie na najwyższy szczyt pobożności, na którym nie tylko przebywa się w otoczeniu ludzi podobnych sobie, lecz można na nim ogłosić się wrogiem wszelkiego skrobania płodów, aż do przypadków dozwolonych prawem włącznie i każdej innej głupoty inspirowanej religią. Znanym powszechnie, ostatnim efektem religijnej aberracji Profesora jest potwornie uszkodzony płód, bezdennie głupią jego decyzją skazany na rychłą śmierć po przyjściu na świat.

Kawał młodości spędziłem w czasach zdominowanych przez inną  odmianę ideologii i znam setki, jeśli nie tysiące, przypadków, gdy w wielu sprawach zastępowała ludziom myślenie. Luksus uwolnienia od trudów intelektualnego wysiłku  zapewniła prof. Chazanowi także Wanda Półtawska,  93 letnia dzisiaj lekarka, b. przyjaciółka Karola Wojtyły, która zredagowała zupełnie już ogłupiający tekst odmiany tzw. klauzuli sumienia pt. DEKLARACJA WIARY Lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej, podpisany przez co najmniej 3 tysiące religijnie oszołomionych pracowników służby zdrowia i studentów medycyny. 2)

Prof/ Chazan z godną siebie asystą

                                Prof.  Chazan z godną siebie asystą

Na szczęście nie brakuje wśród lekarzy ludzi normalnych, jak np. prof. Romuald Dębski – dyrektor szpitala na warszawskich Bielanach, który zdecydowanie przeciwstawił się chorym pomysłom Chazana, lecz nigdy nie wiadomo na kogo i gdzie trafi kobieta z ciążowymi kłopotami. To w bielańskim szpitalu właśnie pacjentka, której Chazan odmówił dozwolonego prawem usunięcia potwornie uszkodzonego płodu, urodziła skazane na rychłą śmierć dziecko.

Utarło się sądzić, że jeśli ktoś ma choćby zawodowy tytuł magistra, nie mówiąc o doktoracie czy habilitacji, jest oczywiście mądrym człowiekiem. Tytuł profesorski wielu wręcz powala przed tą studnią mądrości. Tymczasem należy odróżnić poziom wiedzy zawodowej w danej dziedzinie od mądrości ogólnej, pozwalającej wyjść poza granice wyuczonej specjalizacji. Oczywiście warunkiem sine qua non takiej możliwości jest inteligencja, lecz ona także nie gwarantuje pełnego sukcesu.

Pracując w jednym z departamentów Służby Bezpieczeństwa w MSW PRL, poznałem w latach 70. pewnego człowieka, który w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego osiągnął niebywały sukces. Założę się jednak, że będzie on dziesiątki razy kompromitował Polskę rozmaitymi idiotyzmami, bo po prostu jest głupkiem, którego wszelkie cele mieszczą się na czubku nosa. Mimo to, jako człowiek jednak inteligentny, należał w latach 70. (nie wiem czy później też) do grona najlepszych polskich brydżystów, a jest brydż grą, w której  zapewne Jarosław Kaczyński sukcesów by nie odnosił. Nic więc dziwnego, że pojęcie „inteligencji” ma wiele definicji, a określany nim przymiot umysłu pozwala zdobyć zawodowe kwalifikacje z najwyższej półki, w żadnym jednak stopniu nie oznacza to posiadania reszty wiedzy i doświadczenia, których suma składa się na mądrość człowieka.

Tzw. „klauzulę sumienia” wprowadzono artykułem 39 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z 5 grudnia 1996 r. w takim oto brzmieniu:  Lekarz może powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30,3) z tym że ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w podmiocie leczniczym oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej.  Lekarz wykonujący swój zawód na podstawie stosunku pracy lub w ramach służby ma ponadto obowiązek uprzedniego powiadomienia na piśmie przełożonego. Podobna regulacja zawarta jest  art. 12 & 2,3,4 Ustawy z 15 lipca 2011 r. o zawodach pielęgniarki i położnej.

„Klauzula sumienia” umożliwia lekarzom oraz średniemu personelowi służby zdrowia odmowę dokonania i udziału w aborcji, eutanazji, samobójstwie, selekcji eugenicznej 4) (jednak z zastrzeżeniami, które zawarłem w odnośniku), a także wypisywania środków antykoncepcyjnych, aborcyjnych, dopingujących i odurzających. Wszystkie te dziedziny są dokładnie uregulowane przepisami prawa świeckiego, nie istniał zatem żaden powód, by wtrącało się w nie prawo kościelne. Efekt jest tylko taki, że co niektórzy, powołując się na normy tego drugiego, bezczelnie łamią regulacje zawarte w przepisach prawa powszechnego. Jeśli pozwalająca na to III RP mimo wszystko chce się nazywać państwem prawa, to pielęgniarki, położne i lekarze z profesorami włącznie inspirowani takimi pomysłami, jak „klauzula sumienia” zawarta w wymienionych wyżej aktach  prawnych, a zwłaszcza ostatnim wynalazkiem Wandy Półtawskiej, winni poszukiwać zajęcia poza publiczną służbą zdrowia.

Pani prezydent Warszawy zauroczona prof. Chazanem

                        Pani Prezydentka Warszawy zauroczona prof.Chazanem

Nie znam rzeczywistego podłoża sformułowania i uchwalenia tych przepisów, domyślam się tylko, że stanowiły je tzw. nauki Jana Pawła II. Nie mam nic przeciwko nim pod tym wszakże warunkiem, że nie są mi bezczelnie narzucane, jak to się dzieje w tzw. demokratycznej III RP. Niechże biskupie kurie zarządzą wybudowanie albo nawet przejęcie na wyłączne utrzymanie kilku szpitali w Polsce i regulują w nich papieskimi normami nawet rozdział papieru toaletowego na poszczególne oddziały, lecz szpitale świeckie, włącznie z ich nazwami i zasadami postępowania personelu, nie powinny mieć nic wspólnego z normami dyktowanymi przez Kościół.

Warszawski szpital p.w. św. Rodziny, któremu dyrektoruje prof.Chazan, jest placówką pionu ochrony zdrowia Urzędu Stołecznego. Gdyby p. prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz kierowała się dobrem pacjentów lecznic podległych kierowanemu przez nią urzędowi, natychmiast po czynie prof. Chazana powinna była zawiesić go w czynnościach (w 2002 r. był w takim trybie zawieszony, lecz po kilku miesiącach wyszedł z tego obronną ręką) przynajmniej na czas starannie prowadzonego dochodzenia. Wątpię jednak, by była zdolna to uczynić. Zbliżają się wybory i zapewne Pierwsza Dama Warszawy nie zaryzykuje utraty poparcia Kościoła i co bardziej zdewociałego elektoratu.

Mam nadzieję, że wcale niemała część wyborców, złożona z ludzi normalnie myślących, nie zapomni jej chazanowej hecy i da temu wyraz przy wyborczej urnie.

______

1)    Wg Wikipedii: Aron ha-kodesz – w synagodze szafa ołtarzowa w postaci ozdobnej drewnianej skrzynki służąca do przechowywania zwojów Tory, czyli rodału. Jeden z najważniejszych elementów wyposażenia głównej sali modlitwy, stojący na osi ściany skierowanej w stronę Jerozolimy.

2)    Jeśli ktoś z Państwa chce się solidnie ubawić, proszę zajrzeć pod adres: http://www.deklaracja-wiary.pl/img/dw-tresc.pdf

3)    Art. 30. Lekarz ma obowiązek udzielać pomocy lekarskiej w każdym przypadku, gdy zwłoka w jej udzieleniu mogłaby spowodować niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia, oraz w innych przypadkach niecierpiących zwłoki.

4)    Wikipedia: Eugenika Współcześnie jest to bardziej neutralny ideowo system poglądów zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych człowieka, którego celem jest tworzenie warunków pozwalających na rozwój dodatnich cech dziedzicznych i ograniczenie cech ujemnych. W zakres eugeniki wchodzą m.in. poradnictwo genetyczne i świadome rodzicielstwo. Negatywne konotacje pojęcia wiążą się przede wszystkim z nadużyciami eugeniki w hitlerowskich Niemczech.

JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA… póki Friedman żyje

Polecany

Kiedyś, przed laty zetknąłem się z nazwiskiem Friedman, prawdopodobnie – jeśli dobrze je sobie kojarzę – w kontekście wydarzeń na Węgrzech w 1956 r. Lecz urodzony w 1949 r. w Budapeszcie George Friedman, o którym  tu piszę, miał wtedy ledwie 7 lat,  zapewne więc w tych wydarzeniach nie uczestniczył. Nie mylę go także z Miltonem Friedmanem – znanym amerykańskim ekonomistą – twórcą monetaryzmu, ten bowiem urodził się w 1912 r. w Stanach Zjednoczonych, tam też zmarł w 2006 r.  Łączy ich jednak pochodzenie z węgierskiej rodziny o żydowskich korzeniach ; Milton Friedman też był dzieckiem węgierskich imigrantów. Nie o pochodzenie i okoliczności emigracji mi jednak idzie.

George Friedman jest znanym amerykańskim politologiem. Gruntowne wykształcenie, z doktoratem włącznie, zdobył w Stanach Zjednoczonych, był doradcą wielu czołowych amerykańskich wojskowych dowódców, jest także założycielem i dyrektorem generalnym prywatnej agencji STRATFOR (Strategic Forecasting, Incorporated), która może sprawiać wrażenie placówki naukowej, zajmuje się bowiem geopolityką i współczesną doktryną wojenną, w istocie jednak jest prywatną agencją wywiadowczą, ściśle współdziałającą z wywiadem państwowym (CIA).

Niechby sobie George Friedman żył, uprawiał prywatny wywiad i z materialno-patriotycznych pobudek pomagał amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej, lecz na uwagę zasługuje  osobliwa aktywność tego politologa-wywiadowcy w sprawach polskich. Poznałem wiele jego opracowań i wypowiedzi poświęconych naszemu krajowi i nie bez powodu zaryzykuję tezę, że jest jednym z głównych sprawców wielkomocarstwowego ogłupienia Polaków, które w istocie ma na celu ścisłe powiązanie Polski z realizacją strategicznych celów polityki USA w Europie, a zwłaszcza wobec Rosji.

Nie będę  prezentował wszystkich jego wypowiedzi w sprawach Polski, przytoczę tylko najważniejsze, a kto z mych Szanownych Czytelników zechce, z łatwością znajdzie wszelkie poświęcone naszemu krajowi teksty, wpisując w wyszukiwarkę hasło FRIEDMAN GEORGE.

W 2009 r. ukazała się w języku angielskim książka G. Friedmana pt. „Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek”, zawierająca opis przewidywanych w tym czasie geopolitycznych zdarzeń na świecie, w których autor przypisuje niezwykle znaczącą rolę Polsce. Nic zatem dziwnego, że już w tymże 2009 r. została przetłumaczona na polski i ukazała się na naszych półkach księgarskich.

Według zawartych na stronach tego „dzieła” przewidywań, w nadchodzącym stuleciu główną rolę na świecie odegrają: Stany Zjednoczone, Polska, Turcja i Japonia. Polska ma się odrodzić w kształcie przypominającym Rzeczpospolitą Obojga Narodów obejmując dotychczasowe nasze terytorium, Litwę, część Białorusi, Ukrainy, skrawek Rosji, Czechy, Węgry, część Austrii z Wiedniem włącznie, a nawet Zagrzeb i Bukareszt. W ten sposób staniemy się potęgą na skalę światową i przynajmniej w Europie nikt nam nie podskoczy.

A oto kolejna wróżba: w 2050 roku wybuchnąć ma III wojna światowa. Friedman przewiduje to zdarzenie z dokładnością do kilku miejsc po przecinku: W połowie XXI wieku, około roku 2050, wybuchnie Trzecia Wojna Światowa — pomiędzy USA, Polskim Blokiem, Brytanią, Indiami i Chinami po jednej stronie, przeciwko Turcji i Japonii. Niemcy i Francja dołączą do wojny w późnym jej stadium, po stronie turecko-japońskiej. Według Friedmana wojna rozpocznie się przez skoordynowany atak Turcji i Japonii przeciwko USA i ich sojusznikom. Friedman spekuluje nawet, że mogłoby to mieć miejsce 24 listopada 2050 o godz. 17 — w Święto Dziękczynienia. *)

Ale to nie koniec. U schyłku XXI wieku czeka nas jeszcze jedna wojenna przygoda, a mianowicie zbrojny konflikt między USA i Meksykiem, w którym Polska wspierać będzie oczywiście Stany Zjednoczone, a Brazylia Meksyk. To tyle o wojennych awanturach.

W jednym z wywiadów dla NEWSWEEKA tak Friedman przygotowuje Polaków do ich mocarstwowej roli: Największym problemem Polski jest właśnie to, że nie zdajecie sobie sprawy z własnej siły.(…) Polska gospodarka zajmuje 18. miejsce na świecie i ósme w Europie.(…) [Polacy] nie widzą gospodarczej siły swojego kraju i jego potencjalnej potęgi militarnej. Kiedy mówi się im: „Wasz kraj już jest ważnym graczem w Europie, a stanie się jeszcze ważniejszy” – nie mogą się nadziwić, że ktoś może w ogóle w ten sposób o Polsce myśleć. I dalej: Ale jeśli nie chcecie raz jeszcze popaść w zależność od któregoś ze swoich sąsiadów, musicie nauczyć się podejmować ryzyko, a także odbudować swoją potęgę militarną i pewność siebie. Pewność siebie jest tutaj najważniejsza. Polska została psychologicznie zmiażdżona przez II wojnę światową oraz zimną wojnę. (…) Jeśli jednak zakaszecie rękawy, do 2050 roku Polska będzie potęgą europejską. Stanie się liderem koalicji, którą Józef Piłsudski nazywał Międzymorzem. Koalicja ta tworzyć będzie najbardziej dynamiczny pod względem gospodarczym i politycznym region Europy.  

I na koniec cytat z jeszcze innego „dzieła” G. Friedmana, tym razem z przebitką na temat rzeczywistej roli Polski w polityce Stanów Zjednoczonych: Upadek Polski po odrodzeniu Rosji pozbawiłby Stany Zjednoczone kluczowego bufora przeciw Moskwie (…) Zdolność polskiej armii do powstrzymania lub opóźnienia rosyjskiego ataku na tyle, by sojusznik lub sojusznicy Polski mieli czas na przeanalizowanie sytuacji, zaplanowanie reakcji, a następnie jej realizację, musi być kluczowym elementem polskiej strategii. W międzyczasie Polacy będą zapewne tłuc Rosjan, Rosjanie Polaków, aż łaskawie Ameryka wyrazi swój pogląd w tej sprawie.

Brednie wygadywane i wypisywane przez Friedmana są ponoć wyrazem przewidywań futurologii politycznej. Tak na ten temat pisze w portalu RACJONALISTA Mariusz Agnosiewicz – dziennikarz, redaktor internetowy oraz działacz ruchu humanistyczno-wolnomyślicielskiego i antyklerykalnego w Polsce: Futurologia geopolityczna — jako część politologii — to jedna z ciekawszych form szarlatanerii i pseudonauki, której w żadnym razie nie należy lekceważyć czy dezawuować jej wartość predykatywną.**) Szarlataneria futurologiczna polega nie na tym, że ma ona niewielką wartość jako narzędzie przewidywania przyszłości czy choćby trendów geopolitycznych, lecz na tym, że w gruncie rzeczy o co innego w niej chodzi. Jej istotą jest bowiem nie tyle próba przewidywania tych trendów, co ich kreowania. Jako taka nie jest wcale nauką o przyszłości, lecz formą polityki i inżynierii społecznej. Tyleż prognozuje, co projektuje ona trendy w oparciu o potencjalne możliwości kształtowania przyszłości. Futurologia geopolityczna jako narzędzie określonej polityki jest tym bardziej skuteczna, im więcej osób uwierzy w projektowany scenariusz.

I to byłoby na tyle. Acha, to także jest ważne, że wraz z młodym pokoleniem rośnie liczebność wierzących w mocarstwowość Polski i friedmanowskie wizje. A wśród starszego pokolenia idiotów też nie brakuje. Dzięki nim, gdy prezydent Obama przyjechał  ostatnio do Polski, pogłaskał nas po łebku. Jak wiernego psiaka, który szczeka gdy mu każą.

________

*) Mariusz Agnosiewicz, ” Friedman: Polska od Bałtyku po Krym i Adriatyk”. Portal RACJONALISTA , 19.06.2014

**) Predykatywny -proroczy, przewidujący             

POLSKA ZAWSZE WIERNA

Polecany

Polska opinia publiczna wciąż żyje tzw. aferą podsłuchową  wywołaną publikacją nagrań prywatnych rozmów polityków, a przynajmniej niektóre media starają się, by skutki upowszechnienia technik podsłuchowych, nie schodziły z tapety Coraz częściej zdarza się, że zwana publiczną, opinia staje się podlejącym elementem życia w Polsce. Twierdzę tak, bo skoro aż do tego stopnia poruszyć nią mogą publikacje zawarte w lada szmatławcu, to doprawdy źle się dzieje w państwie polskim.

Utarło się od starożytności sądzić, że główną potrzebą szerokich rzesz społeczeństwa jest chleb oraz igrzyska, skoro zatem chleba zaczyna braknąć, oferowane są coraz bardziej poruszające spektakle. W społecznym odbiorze ten ostatni nie ma chyba sobie równych na przestrzeni minionego ćwierćwiecza.

Jednym z pozytywnych dla władzy wszelkiej maści efektów stosowanej metody kamuflowania rzeczywistości, jest odwracanie powszechnej uwagi od przyczyn zjawisk i koncentrowanie jej na treści prezentowanej inscenizacji. Grana sztuka nosi tytuł DEMOKRACJA i znakomicie spełnia swą rolę.

Demokracja stanowi jeden z najbardziej wyświechtanych terminów używanych w publicznej dyspucie. Nazwa wywodzi się z ze starożytnej Grecji, w której oznaczała władzę ludu. Od samego początku miała charakter fikcji, bo np. Ateny w  V wieku przed naszą erą liczyły sobie ok. 120 tys. mieszkańców, z czego tylko ok. 40 tys. miało obywatelskie prawa polegające na możności uczestniczenia w zgromadzeniach  ludowych i zabierania na nich głosu.  Pozostała, dwukrotnie większa część mieszkańców, żadnych tego rodzaju przywilejów nie posiadała, tworzyli ją bowiem niewolnicy traktowani w istocie na równi ze zwierzętami. Ów system starożytnych Aten był tzw. demokracją bezpośrednią, bo niewielka liczebność ludzi wolnych umożliwiała im w tym trybie uczestniczyć w sprawowaniu władzy.

Z kolejną fikcją demokracji mamy do czynienia np. w przedrozbiorowej Polsce. Około 1750 roku, a więc 22 lata przed I rozbiorem, ludność Polski liczyła ok. 12 milionów mieszkańców, w czym ok.10 % stanowiła posiadająca wszelkie prawa szlachta. Reszta, którą stanowiło kształtujące się, rachityczne mieszczaństwo oraz znaczne liczebnie chłopstwo, to warstwy praktycznie pozbawione praw obywatelskich. Nawet wśród szlachty istniało silne rozwarstwienie, bo zaliczała się do niej arystokracja, szlachta wolna, posiadająca pańskie dobra oraz biedna, tworzona przez nieposiadającą ziemi gołotę. Ta ostatnia grupa, „Prawem o sejmikach” stanowiącym aneks do uchodzącej za demokratyczną konstytucji 3 maja 1791 r., została praktycznie wykluczona z życia obywatelskiego.

Po II Wojnie Światowej, wraz z powstaniem Polski Ludowej twierdzono, że stanowiła ona urzeczywistnienie sprawiedliwości społecznej. Nie ulega wątpliwości, że było tak w materialnej warstwie bytowania społeczeństwa. Zwłaszcza, że kraj był zrujnowany do cna, a sprawiedliwość społeczna objawiała się głównie brakiem przepastnych różnic materialnych, które przywróciła tzw. reforma Balcerowicza, nota bene b. członka PZPR i wykładowcy w Wyższej Szkole Nauk Społecznych  przy KC PZPR. Owa reforma, bezczelnie narzucona społeczeństwu, z którym nawet dla pozorów nie konsultowano jej zakresu, otworzyła wrota pazernemu i wręcz dzikiemu kapitalizmowi. Skutkiem tej przemiany jest niezwykłe rozwarstwienie, a co zatem idzie kolosalne różnice w dostępie do dóbr materialnych i kulturalnych, do nauki i oświaty, że poprzestanę na tych najważniejszych obszarach społecznego bytowania.

Termin „demokracja”, od starożytności poczynając, służy więc kamuflowaniu rzeczywistości społecznej i osłanianiu przepastnych różnic, głównie materialnych, pomiędzy ludźmi. Jeśli jeszcze w warunkach umożliwiających istnienie tzw. demokracji bezpośredniej ma jakieś rzeczywiste podłoże, traci je zupełnie w wielomilionowych zbiorowiskach ludzi, jakimi są kraje współczesnej Europy i świata. Polacy żyjący w nędzy, a stanowią oni wielomilionową warstwę w naszym kraju, małą przywiązują wagę do równości praw obywatelskich, bo jedynym rzeczywistym i dostępnym im przejawem tego statusu są równe prawa wyborcze. Tymczasem człowiekowi, który nie dojada i nie może na godnym poziomie utrzymać siebie i rodziny, jest dokładnie wszystko jedno, czy za niepłacenie czynszu wyrzucą go z mieszkania pod rządami Platformy Obywatelskiej z Tuskiem na czele, czy sprawi to komornik, gdy do władzy dojdzie wiele obiecujące, lecz bez pokrycia Prawo i Sprawiedliwość zarządzane przez Kaczyńskiego. Polski kapitalizm, zwłaszcza w obszarze potrzeb materialnych społeczeństwa,  jest niereformowalny, bo, jednym z podstawowych warunków pozytywnych zmian w tym zakresie jest istnienie licznej i silnej klasy średniej, a od takiego jej stanu wciąż dzielą nas lata świetlne.

granica suwerennego państwa

We współczesnej Polsce przejawem gigantycznego zakłamania  była „Solidarność”. Powstała jako ruch nieomal rewolucyjny i także z tego względu gwałtownie rosła jej liczebność. Pracując w resorcie spraw wewnętrznych od samego początku nie wierzyłem w skuteczność zmian, których może dokonać, bo z mojej pozycji obserwatora widać było znakomicie, że coraz bardziej staję się tylko instrumentem w grze pomiędzy dwoma wielkimi mocarstwami. Lecz pozytywne efekty  w najbardziej chorowitej w PRL sferze zaopatrzenia rynku w dobra materialne przyszły szybko. Ich koszt jest wprawdzie wielki, bo Polska szeroko otwarła swe wrota obcemu kapitałowi likwidując praktycznie swój przemysł, bankowość czy handel, lecz jest to dla przeciętnego Polaka mało dostrzegalne, także z racji fundowanych mu igrzysk.

Problematyczne natomiast, moim zdaniem, są osiągnięcia w obszarze praw i wolności obywatelskich. Bo wprawdzie  najnędzniejsza nawet biedota tych praw, jak we wspomnianym „Prawie o sejmikach” nie jest pozbawiona, to status materialny człowieka ma ogromny wpływ na jego zainteresowanie tą sferą. W miejsce wykluczenia instytucjonalnego pojawia się samowykluczenie, spowodowane nie tylko marniejącym poziomem wykształcenia i wiedzy, lecz przede wszystkim subiektywnym nastawieniem do spraw publicznych: głodny nie myśli o polityce ! Przykładem jest choćby frekwencja w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego, która sięgnęła ledwie 23,82 % uprawnionych do głosowania. Nie twierdzę bynajmniej, że pozostałe 76,18 % to tylko biedota, lecz zapewne materialny status sporej części nieuczestniczących w wyborach miał wpływ na ich brak zainteresowania tym aktem. Teza ta odnosi się głównie do wyborów krajowych. W 2011 roku frekwencja w nich wyniosła 48,92% i sądzę, że w kolejnych,  w 2016 ulegnie wyraźnemu zmniejszeniu.

Jednak najistotniejszym przejawem zakłamania w obszarze politycznych działań władz z solidarnościowym rodowodem jest sprawa suwerenności. Nie da się zaprzeczyć, naszej uległości wobec ZSRR, zwłaszcza w I połowie lat 50. ubiegłego wieku, lecz z upływem czasu ewolucyjnie rozszerzała się sfera niezależności. Wielkie w tym zakresie znaczenie miały zmiany, które nastąpiły po październiku 1956 r., a równie istotne nastąpiły po wydarzeniach grudniowych 1970 r., gdy nastała era rządów Edwarda Gierka. Przeobrażenia wiodły głównie do deinstrumentalizacji Polski w polityce ZSRR.

I w tym właśnie obszarze wróciliśmy do dawnych czasów, stając się jednym z narzędzi polityki nowego Wielkiego Brata. Odmiana na gorsze polega na tym, że jęliśmy uczestniczyć w niekiedy wręcz zbrodniczych (vide Irak), niemających nic wspólnego z rzeczywistymi interesami Polski, jego zbrojnych wyprawach. Ostatnio, w sprawie Ukrainy, polityka Polski stała się wręcz żenująco podporządkowana realizacji globalnych dążeń tego mocarstwa. Postępowanie naszego rządu w tym zakresie nie uwzględnia też elementarnych wymogów polskiej racji stanu i bezpieczeństwa, prowadzi bowiem do silnego skonfliktowania Polski z jej najbliższym sąsiadem – Rosją. Jestem pewien, że na fatalne tego skutki nie przyjdzie nam długo czekać.

Czy lud polski, a więc wolni jego obywatele, ma wpływ na kształt i cele polityki wewnętrznej i zagranicznej, co obiecywała „Solidarność” w pakiecie opatrzonym nalepką „demokracja” ? W niewielkim zakresie ! Obie wiodące dzisiaj w kraju partie polityczne łączy identyczny stosunek do bazy ekonomiczno-społecznej i jeśli nawet w kolejnych wyborach wygra Prawo i Sprawiedliwość, nie zmieni przecież ustroju państwa. Nastąpią zapewne korekty w obszarze nadbudowy, a więc tytułu oraz treści granego spektaklu i miejsce przedstawień z fabułą zaczerpniętą z podsłuchów pogaduszek prominentów, zajmą znów komedyjki nasycone rozliczaniem ludzi uczestniczących dzisiaj w sprawowaniu władzy, a kto wie czy nie tzw. komuchów również, stanowią oni bowiem niewyczerpane źródło paliwa dla mechanizmu odwracania uwagi społeczeństwa od najistotniejszych problemów.

 

 

BEZDROŻA POLSKIEJ TZW. DEMOKRACJI

Polecany

          Zdarzało mi się czasem kupować tygodnik WPROST, lecz nie byłem jego entuzjastą. Teraz nie kupię go nawet za marne grosze, stał się bowiem jednym z najpodlejszych  szmatławców wśród tygodników. Kieruje nim liczący sobie ledwie 48 lat Sylwester Latkowski, polski reżyser filmów dokumentalnych, teledysków, autor programów telewizyjnych, a także publicysta. Pomijając młody, jak na wymogi pełnionej funkcji, wiek pana Latkowskiego, w którym w szanującym się tygodniku można być co najwyżej kierownikiem jakiegoś działu nadzorowanego przez jednego z zastępców redaktora naczelnego, to jeszcze ta mieszanina profesji: od dokumentalnego filmowca do publicysty. Mając kiedyś wiele kontaktów w branży filmowej, orientowałem się znakomicie w skłonnościach, zwłaszcza młodych filmowców, do daleko posuniętej spektakularności, z której wyrasta się wolno, w miarę dojrzewania. Wiek 48 lat nie daje żadnej gwarancji wyrośnięcia. A jeszcze to pomieszanie profesji ! Co nam daje Ameryka ?           

Oferta USA dla Polski. Nasz rząd powinien jednak stanowczo zażądać                                                                      zdjęcia majtek.                 

          W jednym z lutowych (z bieżącego roku) numerów POLITYKI, jej redaktor naczelny – Jarzy Baczyński, walnął horrendalną głupotę w felietonie zatytułowanym Wszyscy jesteśmy Ukraińcami , który to felieton miał być wyrazem pełnej solidarności wszystkich Polaków z południowo wschodnim sąsiadem. Był to dla mnie pierwszy dostrzegalny przejaw marnienia tygodnika, którego byłem i wciąż jestem wiernym czytelnikiem. Polityka, zwłaszcza w profesjonalnym wyrazie jej uprawiania, charakteryzować się winna niejednoznacznością. Byliśmy przed laty jednoznacznie związani z ZSRR i gotowi iść na bój o interesy obozu państw socjalistycznych, dzisiaj  jesteśmy zdecydowani czynić to samo na polecenie Stanów Zjednoczonych, które w Ukrainie upatrują wielkiej okazji osłabienia wpływów Rosji we wschodniej Europie. Jaki, do cholery, mamy z tego pożytek, że dajemy się wynająć do roli ujadającego kundla, któremu pan każe szczekać w swym interesie ? Rosja jest wielkim państwem graniczącym z nami i mogła stać się niezwykle opłacalnym rynkiem zbytu na artykuły naszej produkcji, a zarazem dostarczycielem wielu surowców mogących być opłacalnie przetwarzanymi w Polsce. Teraz, dzięki idiotycznie rozbuchanej rusofobii i głupawej polityce rządu, wypina się do nas coraz bardziej gołym tyłkiem. Wiadomo, że z całowania tej części ciała żadnych pożytków nie ma, a mimo to z rozkoszą polska władza cmoka amerykańskie 4 litery.          

          W Radiu ZET Monika Olejnik  ujawniła, miedzy innymi, znamienny fragment nagrania rozmowy ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego z Jackiem Rostowskim. Sikorski mówi: Wiesz, że polsko-amerykański sojusz to jest nic niewarty. Jest wręcz szkodliwy, bo stwarza fałszywe poczucie bezpieczeństwa. (…) Bullshit 1) kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją, i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy. Kompletni frajerzy.          

          W pełni podzielam pogląd w tym zakresie min. Sikorskiego, lecz jestem zaskoczony, bo sądziłem (zapewne nie tylko ja), że jest zupełnie podporządkowany realizacji wschodnioeuropejskich interesów Ameryki Płn. Dlaczego więc, mając takie poglądy, oficjalnie te interesy chroni i tylko w prywatnej rozmowie, przypadkowo nagłośnionej, objawia, że potrafi sensownie myśleć ?

Wygląd sympatyczny, ale rola żadna.

  Psiaczek jest miły, kto jednak się go przestraszy, gdy zaszczeka ?        

          W toku też podsłuchanej i nielegalnie nagranej, sławetnej rozmowy Marka Belki z Bartłomiejem Sienkiewiczem, ten ostatni wygłasza znamienny pogląd: Państwo w Polsce istnieje tylko teoretycznie, praktycznie nie istnieje, dlatego, że działa poszczególnymi swoimi priorytetami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam gdzie państwo działa jako całość ma zdumiewającą skuteczność, że tak powiem...

          Gdyby w Polsce istniała pełna wolność wyrażania poglądów, min. Sienkiewicz uczyniłby to na posiedzeniu Rady Ministrów albo w jakimś medialnym wywiadzie, a nie w poufnej rozmowie z innym dostojnikiem. A może jest tak, że za wyrażenie takiego przekonania na publicznym forum można stracić stanowisko ? Kto wie ?! Gdzie tu zatem, do cholery, ta przereklamowana demokracja ? 

____________

1) (ang.) gówno prawda, chrzanić, pleść bzdury, bajerować, picować,bzdurzyć,  opowiadać głodne kawałki.

CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI…

Polecany

          I znów nie o polityce ! Czy jednak w dzisiejszych warunkach bytowania ludzi może być coś, co żadnego związku z polityką nie ma ? Nawet życie płciowe nie jest od niej wolne, o czym świadczy bodajby czerwcowa parada równości przez jednych polityków popierana, przez innych wyśmiewana albo wręcz zwalczana.          

          Mam niezwykle uroczą znajomą, która czasem do mnie telefonuje i nigdy nie zdołałem się z nią nagadać do wyczerpania. Mimo, że jest kobietą religijną. przed laty rozstała się z mężem, który okazał się być kawałem łobuza i pijaka. Z ich związku pozostał syn, o którego – jak to matka – dbała troskliwie, dopilnowała ukończenia szkoły średniej i kontynuowania nauki w szkole wyższej. W ostatnim roku studiów zmienił ich tryb na zaoczny, wyemigrował do jednego z zachodnioeuropejskich krajów, lecz przyjeżdża na sesje egzaminacyjne i zapewne studia ukończy. Kilka lat po rozpadzie małżeństwa poznała innego mężczyznę, zaufała mu, owocem zaufania była ciąża i nie tylko nadzieja, lecz pełne przekonanie, że jeszcze przed porodem związek zostanie sformalizowany aktem ślubu. Urodziła się córka, która za kilka dni ukończy gimnazjum, a o małżeństwie jej rodziców ani widu, ani słychu. Ojciec okazał się tylko na tyle lojalny, że w domu, w którym mieszka on, jego rodzice oraz konkubina, każdy ma swoje pomieszczenia: starzy na piętrze, znajoma na parterze, a autor całego tego mentliku wyprawił sobie dość luksusowe pomieszczenia w suterenie. Córka bywa i mieszka gdzie chce. Acha, tato finansuje jej utrzymanie i nie pobiera czynszu od matki.          

          Tuż koło mego domu na warszawskiej Woli są trzy rozległe parki, w których chętnie bywam, by odreagować swe kalectwo. W najbliższym spotykam niekiedy pewną kobietę. Liczy sobie około sześćdziesiątki, wygląda doprawdy uroczo, a do parku przywozi ją na inwalidzkim wózku sąsiadka. Kobieta ma tuż poniżej kolana amputowaną lewą nogę. Gdyśmy siedzieli nad małym stawem (ja i ona na inwalidzkich wózkach, a jej opiekunka na parkowej ławce) nie miałem odwagi zapytać o przyczynę tego okaleczenia. Spotkaliśmy się kilka razy, ja opowiedziałem o moich przypadłościach i wtedy opiekunka dość otwarcie opisała sytuację swej przyjaciółki. Otóż była ona mężatką, w okolicach trzydziestolecia małżeństwa zachorowała na cukrzycę i kończyna zaczęła się paskudzić do tego stopnia, że trzeba było ją amputować. Mąż opiekował się żoną podczas jej pobytu w szpitalu i nic nie zapowiadało fatalnego finału. W kilka miesięcy po jej powrocie do domu, wyprowadził się, okazało się że do kochanki, z którą przez kilka lat pozostawał w tajemnym związku. Dzieci nie mieli i biedna kobieta pozostaje na łasce zacnej sąsiadki.

Taniec życia                  TANIEC ŻYCIA, NO NIE ?!          

          Ale losy ludzkie bywają bardziej skomplikowane. W liceum do jednej klasy uczęszczałem z koleżanką, która jedną nogę miała amputowaną w połowie uda. Nie mam pojęcia co było przyczyną tego tragicznego zdarzenia. Zdaliśmy matury, ja dostałem się na studia prawnicze, a ona na dziennikarkę. Widywaliśmy się rzadko i kilka lat po ukończeniu studiów dowiedziałem się, że wyszła za mąż. Nie powiem, że znając jej stan zdrowia, nie byłem zaskoczony. Upłynęło wszakże z dziesięć lat, pewnego dnia spotkałem ją na ulicy, zaprosiłem na kawę i w rozmowie dowiedziałem się, że rozwodzi się właśnie z mężem. I znów zostałem zaskoczony do cna, bo gdy wyraziłem się o facecie dość obelżywie sądząc, że to on opuścił żonę nie bacząc na jej stan, koleżanka ciepłym gestem ujęła mnie za dłoń mówiąc:        

          – Nie przesadzaj, to ja od niego odeszłam.          

          Widząc moje zaskoczenie dopowiedziała:          

          – On mnie do niczego sensownego nie inspirował. Po co mi taki mąż ?          

          Oto trzy bardzo różne sytuacje etyczne. W pierwszej, wiekowo dorosły mężczyzna zachowuje się jak gówniarz, robi swej partnerce dziecko, lecz nie wywiązuje się z przyobiecanego (nie wiem, czy werbalnie czy tylko w nadziejach) małżeństwa, ale przynajmniej swej konkubinie i dziecku zapewnia znośne warunki bytowania.          

          W drugim przypadku mąż kobiety, która zachorowała na cukrzycę, okazał się być zwykłym ludzkim śmieciem, opuścił ją bowiem w najtrudniejszej sytuacji życia.          

          A Trzeci przypadek ? Moja koleżanka nie kłamała motywując się chęcią przypisania sobie sprawstwa rozwodu. Sporo później dowiedziałem się, że tak było rzeczywiście. A więc wykazała się przepotężnym charakterem.          

          Bo dobrze wiem jak czuje się i czego potrzebuje człowiek pozbawiony elementarnej sprawności fizycznej.        

ROLA PIENIĄDZA W „DEMOKRTYCZNEJ” POLSCE

Polecany

W resorcie spraw wewnętrznych PRL, a ściśle w Służbie Bezpieczeństwa, przepracowałem 28 lat i nieźle są mi znane tajniki funkcjonowania służb specjalnych. Dzisiejsi domorośli eksperci w tym przedmiocie, włącznie z historykami ochoczo depczącymi PRL, są przynajmniej pośrednimi sprawcami niezwykle kompromitującej sytuacji, którą sprawiła tzw. afera podsłuchowa. Pośrednich sprawców jest oczywiście więcej, pochodzą nawet z najwyższych szczebli władzy i nie pozostaje nic innego, jak powiedzieć im, że kompromitują nie tylko władzę, w której sprawowaniu uczestniczą, lecz Polskę, cała Europa natrząsa się bowiem z wygłupu kilku ministrów, z głupstw przez nich wygadywanych oraz z dyletantyzmu ludzi mających ochraniać tych dostojników. Ministrowie, chroniący ich funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu oraz szeregowcy, podoficerowie i oficerowie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, do kostek i pięt nie dorastają ludziom zatrudnionym w podobnych instytucjach w PRL. Nie znaczy to bynajmniej, że mam na myśli tylko, albo głównie, ignorantów kompromitujących władzę i polskie służby specjalne w czasach sprawowania funkcji premiera przez Donalda Tuska.

Czy nie nastał czas na zmianę godła RP ?

Czy nie nastał czas na zmianę godła RP ?

W latach 1991-92, w krótko trwającym rządzie Jana Olszewskiego ministrem spraw wewnętrznych był Antoni Macierewicz. Wykonując durnowatą uchwałę Sejmu, zwaną „lustracyjną”, wygłupił się publikacją listy nazwanej jego imieniem. W tym wygłupie nie dorównał jednak późniejszej, tzw. „liście Wildsteina”. W IV RP, pod rządami Jarosława Kaczyńskiego, Macierewicz pełnił funkcję wiceministra obrony narodowej z zadaniem likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, po czym został pełnomocnikiem d/s. tworzenia wojskowego kontrwywiadu. Już wtedy narobił pełno głupot, lecz jego czas nastał dopiero po katastrofie smoleńskiej, gdy powierzono mu rolę wykrywcy przyczyn tego nieszczęścia. Macierewicz pobił wówczas wszelkie rekordy wyrachowanej ignorancji. Bo jednak sprawia wrażenie człowieka bardziej inteligentnego, aniżeli taki, który jest skłonny uwierzyć w wybuch w samolocie i sprawienie tym bezprecedensowej katastrofy lotniczej. Ponieważ społeczeństwo polskie jest tak ogłupione, że nie można wykluczyć zwycięstwa w najbliższych wyborach PiS – partii kilkakrotnie głupszej od PO – przed Antonim Macierewiczem jest wielka szansa.

Wróćmy jednak do tzw. afery podsłuchowej. Boże ! (jestem agnostykiem) Jak bezdennie głupawe są wszelkie służby specjalne, które właściciel jakiejś knajpy w Warszawie może zapewnić, że będące w niej „vip rooms” (sale dla vipów), gdzie mają prawo przesiadywać tylko ludzie ze sfer rządowych i tam gadać o najważniejszych zagadnieniach polityki państwa, używając w dodatku języka niegdysiejszych wozaków, nie wymagają kontroli i zabezpieczenia. To PRL przyzwyczaiła, a w początkach III RP odpowiedzialni działacze  (np. Mazowiecki, Geremek et consortes) utrwalili przekonanie, że władzę w państwie sprawują ludzie o wysokiej kulturze. Było, minęło !

Był rok 1989. Władzę w Polsce przejęli tzw. demokraci. Szefami departamentów oraz wydziałów służb specjalnych w centrali i województwach zostawali gówniarze, których jedyną zasługą było to, że działali w „Solidarności” albo podobnych tworach i gwałtownie odcinali się od PRL, idiotycznie zwanej „komuną”. I jak zwykła dziwka sądzili, że za takie zasługi, po zmianie ustroju zostaną sowicie wynagrodzeni.

Rzeczywiście, korzyści materialne odnieśli znaczne, lecz odbyło się to wielkim kosztem społecznym, bo przy wszelkich niedoskonałościach PRL, ludzie wtedy mieli pracę, niezłe dochody i świadomość bycia kimś społecznie przydatnym. A nowa Polska oświadczyła, że ma to w dupie, ale w zamian daje demokrację, co w prostackiej interpretacji oznaczać miało: „róbta co chceta”.

I tak niebywale wzrosła rola służb specjalnych III RP, które miały chronić interesy państwa, jego dostojników oraz tzw. warstwy panującej, ALE ZMARNIAŁY KWALIFIKACJE LUDZI W TYCH SŁUŻBACH ZATRUDNIONYCH. Zapewne nie wszyscy dostojnicy PRL byli mądrzejsi od tych dzisiejszych, lecz system ochrony nie pozwalał im na głupawe kompromitowanie państwa i jego ustroju. W tym zakresie nastąpiła więc zasadnicza zmiana, którą trzeba przypisać prawidłom tzw. demokracji: SŁUŻBY SPECJALNE FUNKCJONUJĄ, LUDZIE W NICH ZATRUDNIENI ZARABIAJĄ NIEPORÓWNANIE WIĘKSZE PIENIĄDZE, NIŻ TAKIE JAK JA ZABYTKI Z CZASU PRL, ALE MUSZĄ RESPEKTOWAĆ ZASADY DEMOKRACJI, CZYLI W POPULARNEJ INTERPRETACJI PRAW I OBOWIĄZKÓW OBYWATELA, POZWALAJĄCE MU GŁOSIĆ I ROBIĆ CO CHCE.

No to dorobiliśmy się afery podsłuchowej. Ja nie przypisuję jej sprawstwa opozycyjnemu PiS-owi, a tym bardziej sąsiedniemu mocarstwu, czym skompromitował się jeden z wojskowych dostojników. Ja przypisuję ją funkcjonowaniu głównej motywacji ludzkich działań w ustroju III RP, którą są pieniądze. Bo za pieniądze ksiądz się modli, a jeszcze powszechniej lud się podli.

GRANICE SWOBÓD I WOLNOŚCI

Polecany

Nie wiem co sądzić o sytuacji w Polsce, zwłaszcza w związku z aferą taśmową. Czytam, że prokurator generalny wyjaśnił, że ściganie przestępstwa nielegalnego podsłuchu następuje na wniosek pokrzywdzonego.- Jeśli taki wniosek będzie, prokuratura podejmie czynności w celu ustalenia osoby, która założyła podsłuch, dodał prokurator generalny. Wolno więc nagrywać rozmowy o wielkich państwowych tajemnicach i ściganie takiego czynu będzie zależne od dobrej woli któregoś z rozmówców ? Nie zagalopował się polski prawodawca w obronę wolności aż do anarchii włącznie ? 

Rewolucja obyczajowa w III RP

Rewolucja obyczajowa w III RP

Poruszenie wywołał ostatnio fakt deklaracji sporej grupy pobożnych lekarzy zapowiadających, że w swym postępowaniu kierować się będą normami religijnymi, co nazwali szumnie „klauzulą sumienia”. A to przecież świeckie zasady powinny obowiązywać w relacji świata medycznego z pacjentem. W PRL oficjalnie obowiązywała ideologia marksistowsko-leninowska, w interpretacji niektórych partyjnych działaczy przekraczająca granice zdrowego rozsądku. I nie różniło się to zjawisko od lekarskiej „klauzuli sumienia”, w istocie jest ona bowiem wyrazem pewnej odmiany ideologii, jaką jest religia. Z jakiej racji mam być zmuszony do respektowania norm, których generalnie nie podzielam ?

Gdy przed laty, w PRL, wprowadzano zakaz skrobanek, pracując w resorcie spraw wewnętrznych zainteresowałem się realiami w zakresie przestrzegania tej moralnej normy. Okazało się, że jest on bezwzględnie respektowany przez ginekologów w państwowych placówkach służby zdrowia, natomiast prywatnie, za pieniądze, panie mogły się skrobać dowolnie. Nie sądzę, by teraz sprawa ta wyglądała inaczej. No, może tylko przybyło trochę religijnie zideologizowanych lekarzy, którzy z całą powagą traktują „klauzulę sumienia”.

Od dawna intryguje mnie zjawisko siania nienawiści między ludźmi w wykonaniu rozmaitych działaczy od szczebla gminnego poczynając, na sferach rządowych kończąc. Siew ten odbywa się za pomocą antykomunizmu i rusofobii. Nie da się wytłumaczyć nawet ludziom z profesorskimi tytułami,  że w Polsce żadnego komunizmu nigdy nie było, a różni działacze, gdy zwłaszcza w latach 50. ub. wieku mówili o sobie, że są komunistami, z prawdą miało to tyle samo wspólnego, co chrześcijańska pobożność księży pedofilów.

W 1986 r.Radosław Sikorski pojechał do Afganistanu jako korespondent „The Sunday Telegraph". Było ciężko, bo mudżahedini kazali posługiwać się piórem noszonym na ramieniu.

Minister Sikorski w poprzednim wcieleniu w Afganistanie.To stamtąd wywiózł bojowość i gotowość walki z Rosją

Polski antykomunizm ma silne zabarwienie rusofobiczne. Jakiś dureń wymyślił, że okupacja niemiecka, za pomocą wyzwolenia Polski przez Armię Radziecką i współwalczące z nią Ludowe Wojsko Polskie, została zamieniona na okupację radziecką i obie od siebie się nie różniły. Dzisiejsza propaganda szeroko kolportuję te bzdurną tezę, a ponieważ coraz mniej już żyje ludzi pamiętających tamten czas, młodsze pokolenia przyjmuję ją jako prawdę i tylko prawdę. Tak można interpretować, z pewnymi uproszczeniami, okres pomiędzy listopadowym III Plenum KC PZPR w 1949 r., a wydarzeniami Października 1956 r., kiedy to do władzy doszła ekipa Władysława Gomułki. Różne zarzuty można stawiać temu polskiemu politykowi, lecz w żadnym razie nie ten, że nie podjął dzieła znacznego ograniczenia wpływów radzieckich w Polsce. Tak, to prawda, że w Legnicy stacjonowały dość liczne formacje Armii Radzieckiej, lecz nie było to powiązane z jakimkolwiek ingerowaniem w wewnętrzne sprawy polskie. Byłem wtedy  na II roku studiów i tacy jak ja, młodzi ludzie, postrzegali czasy Gomułki, jako okres znacznego uniezależnienia polityki polskiej od wschodniego sąsiada.. Wspominałem już w jednym z poprzednich tekstów, że tak samo należy interpretować lata kierowania państwem przez ekipę Edwarda Gierka, który zręcznym politycznym manewrem doprowadził do znacznego związania się Polski z Zachodem.

Dlatego więc jako zdecydowanie błędną i wręcz dla Polski niebezpieczną należy postrzegać antyrosyjską politykę uprawianą przez ekipę Donalda Tuska. Doprawdy tylko człowiek niezwykle krótkowzroczny może poważnie traktować nasze zaangażowanie się w sprawy ukraińskie. Nic dobrego nie czeka nas ze strony tego państwa, które nie wiadomo jak długo i w jakim kształcie przetrwa. Natomiast demonstracyjna antyrosyjskość uprawiana przez rząd, tylko może sprawić daleko idące zagrożenie dla polskiej racji stanu.

Sądzę, że winny być wytyczone wyraźne granice wolności i swobód obywatelskich dla Polaków. Wyznaczać je winna właśnie polska racja stanu i bezpieczeństwo państwa oraz jego obywateli. Nie może być tak, że lada kto, a w szczególności jakiś smarkacz, sami decydują jak mu wolno poruszać się samochodem po zatłoczonych ulicach miasta, a innego rodzaju dureń zakłada podsłuchy w publicznych lokalach Warszawy, publikuje tak uzyskane materiały i sprawia wielkie zamieszanie w państwie. Jeden z generałów  (z litości nie wymienię jego nazwiska) oświadczył, ze jego zdaniem to Rosjanie sprawili tę podsłuchową aferę. Nie ma po temu żadnych dowodów, lecz gada te rusofobiczne dyrdymały, bo jest na to dzisiaj moda i zapotrzebowanie w pewnych kręgach politycznych. Sugeruję,  by ludzie noszący na pagonach wężyki z gwiazdkami zachowywali daleko  idący umiar w ogłaszaniu swych często ryzykownych myśli i poglądów. Stopnie wojskowe nigdy nie były gwarantem intelektu, lecz oby nie doszło do tego, że upowszechni się porzekadło: ”głupi, jak generał”.           

.    

  

O DEPRESJI INACZEJ

Polecany

Tym razem nie o polityce, choć inspiracji do napisania tego tekstu dostarczył mi tygodnik POLITYKA. W ostatnim  numerze ukazał się artykuł Agnieszki Sowy zatytułowany Syndrom Justyny poświęcony zjawisku, czy też chorobie, zwanej depresją. Poszukujące sensacji media nagłośniły ostatnio problem przesympatycznej polskiej narciarki Justyny Kowalczyk, która podobno poroniła płód, a coraz bardziej żałośni dziennikarze naszych mediów uczynili z tego problem wagi państwowej.

Nie mam pojęcia o przyczynach poronienia płodu pani Justyny i nie zamierzam uzupełniać braku wiedzy w tym przedmiocie, by nie dorównać wielu tzw. dziennikarzom, którzy gotowi są wypisywać epistoły nawet o przebiegu procesu wydalania w wykonaniu celebrytów, lecz autorka artykułu publikowanego w POLITYCE poruszyła problem, jak się okazuje, bardzo ważny i powszechniejący. Chodzi mianowicie o depresję.

Jest to ponoć dżuma XXI wieku, dotykająca – jak informuje red. Agnieszka Sowa – aż 15 % Europejczyków. Istotne znaczenie ma  też wiek człowieka. Za wiekowe grupy ryzyka przyjęto młodość (17-30 lat), ludzi którzy odnajdują swoje miejsce i próbują się poukładać w dorosłym życiu, co nigdy nie jest łatwe. Potem wiek po pięćdziesiątce, czyli czas, w którym robi się bilans życia, a ten często nie wypada zbyt dobrze. I wreszcie starość, 70 plus, czyli czas, w którym zbliżamy się do nieuchronnego końca życia i musimy z tą świadomością żyć i ją zaakceptować.

Jestem w trzeciej wiekowej grupie ludzi podatnych na depresję, mam bowiem na karku 70 plus 6 i wydarzył się w mym życiu przypadek, który ma wszelkie znamiona wielkiego powodu do cierpienia, wywołującego to powszechniejące schorzenie psychiczne.

Przed dziesięcioma laty, gdy mieszkałem jeszcze w Olsztynie, poznałem pewną damę, zakochałem się w niej i spędziłem z nią ok. 10 lat znajomości, miłości i wszelkich z tym związanych cierpień oraz radości. Jakże ja ją kochałem ! W 2007 roku dotknęło  mnie fizyczne schorzenie polegające na zaniku płynu stawowego w biodrach, przebyłem wówczas pierwszą operację, a później poleciało. Było do dzisiaj jeszcze pięć takich zabiegów, a ostatni sprawił, że usunięto mi lewy staw biodrowy, lewa noga stała się o kilka centymetrów krótsza od prawej i nie dość, że jestem starym zgredem, to jeszcze z trudnością poruszam się o kulach albo za pomocą inwalidzkiego wózka. Jestem więc ludzkim złomem i nie poraża  mnie świadomość zbliżania się do nieuchronnego końca życia, bo będzie on wybawieniem z przypadłości, która mnie spotkała.

Przed tygodniem czy może dwoma, odwiedziła mnie w Warszawie wspomniana miłość resztki mego życia. Jest pielęgniarką, a więc doskonale zorientowała się w zakresie mej kompletnej nieprzydatności do czegokolwiek, co może mieć znaczenie w stosunkach męsko-damskich. Po powrocie do Olsztyna, w telefonicznej rozmowie poinformowała mnie niedwuznacznie, bym się od niej odpieprzył.

Gdy tak niezwykle bolesne zdarzenie spotyka człowieka, może stać się przyczyną skrajnej depresji. Gdybym jednak dopuścił u siebie ten stan umysłu, oddałbym hołd pani, która okazała się być zwykłą dziwką. Kosztowało mnie rozstanie z nią wydatek na dwie czy trzy półlitrówki gorzałki, z jej pomocą wyleczyłem się z cierpienia i twierdzę, że depresja to tylko skutek nieumiejętności panowania nad emocjami. Nie mam więc pretensji do mej byłej znajomej, lecz do siebie za to, że nie poznałem się na czymś takim, jak ta moja miłość resztki życia. No, ale miłość ogłupia !

JAK MARNIEJĄ POLSKIE MEDIA

Polecany

Miałem kiedyś 17 lat i wiem, że jest się w tym wieku tylko głupim gówniarzem, aczkolwiek sądzi taki o sobie, że jest najmądrzejszy na świecie. Jeden z najmarniejszych tygodników, jakim jest pisemko o nazwie „w SIECI” ogłosił w ostatnim numerze dziesięć powodów dla jakich pewna 17 letnia gówniara nazwała premiera Tuska zdrajcą.

W najmniejszym stopniu nie podzielam poglądów i nie akceptuję polityki uprawianej przez premiera Tuska, lecz do ocen w tym przedmiocie trzeba mieć pewną wiedzę i doświadczenie, czego niepodobna osiągnąć gdy się ma ledwie 17 lat. Będąca w tym wieku smarkula ma prawo być głupia oraz wygadywać najbardziej kretyńskie poglądy i nie można mieć do niej o to pretensji, jest to bowiem prawo wieku. Natomiast skończonym draństwem jest publikowanie tych głupot, bo nie brakuje w Polsce ludzi, którzy sądzą, że jeśli coś ogłoszono w gazetach, jest to ważne i mądre.

Poglądy 17 letniej Marysi Sokołowskiej streszczone w 10 punktach i opublikowane w jednym z najmarniejszych tygodników, są tylko wyrazem żałosnego nastawienia redakcji do obecnej ekipy rządzącej Polską. Proponuję redaktorom tego pisemka przejść się po warszawskich parkach, w których odpoczywają po schlaniu się gorzałą kretyni i też ich wypytać o polityczne poglądy.

Głupawa smarkula wygadująca stek bredni stała się bohaterką dnia czy też tygodnia, a nawet miesiąca, lansowaną przez szmatławiec „w SIECI”.   Do jakiego poziomu zniżają się zatem polskie media, które głoszą głupawe polityczne poglądy jakiejś gówniary dlatego tylko, że redakcja szmatławca nie lubi premiera rządu. 

JAK DUPA MOŻE STAĆ SIĘ CZYTELNICZKĄ TEKSTÓW PEWNEGO HISTORYKA

Polecany

           Sądzę, że historyk nie powinien być wyznawcą żadnej ideologii, a przynajmniej winien eliminować kryteria ideologiczne w procesie analiz przeszłości. W przeciwnym razie staje się tylko propagatorem swych przekonań oraz wyznawanych idei.  W pierwszej połowie lat 50. minionego stulecia przeżyliśmy silną inwazję często wulgarnie pojmowanego marksizmu-leninizmu w formowanie obrazów przeszłości, z czasem jednak pojawiało się coraz więcej historyków przynajmniej ograniczających znaczenie tej ideologii w ich badaniach i naukowej publicystyce. Obecnie  przeżywamy nawrót do metodologii analiz historycznych czasów stalinowskich, tyle tylko że a rebours. Obowiązuje zaczernianie obrazu PRL, idiotycznie przezywanej „komuną” oraz ukazywanie całego jej 45 lecia w niezmieniającej się postaci państwa reżimowego, a nawet zbrodniczego.          

          Przykładem historyka ochoczo zakłamującego przeszłość jest Tadeusz M. Płużański. Jego ojciec, też Tadeusz, w 1946 roku nawiązał kontakt z Witoldem Pileckim – twórcą siatki wywiadowczej rozpracowującej między innymi takie instytucje, jak ówczesne ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, Obrony Narodowej oraz Spraw Zagranicznych. Tak jego poglądy na temat oporu wobec powojennej Polski charakteryzuje autor jednej z poświęconych mu książekPoza tym całkowite odżegnywanie się od akcji zbrojnych, poza przypadkami akcji ideowej partyzantki, nie może mieć również zastosowania z powodu konieczności likwidacji czołowych asów MBP czy PPR. Akcje takie […] muszą mieć miejsce, o ile chce się skutecznie przeciwdziałać zupełnemu zsowietyzowaniu Polski. Mają one jeszcze tę dobra stronę, że podnoszą na duchu Naród, który się otrzęsie i będzie wierzył w siłę ruchu oporu.1)          

          Sytuacja w kraju po wyzwoleniu spod okupacji hitlerowskiej była niezwykle skomplikowana choćby z racji aktywnej działalności zbrojnego podziemia, które bez wahania wykonywało wyroki śmierci na ludziach związanych  z tworząca się nową Polską. Trudno zatem się dziwić, że Urząd Bezpieczeństwa aktywnie zajmował się sprawą Pileckiego i jego grupy. W wyniku tych działań Płużański został aresztowany w maju 1947 r. Tak na ten temat pisze internetowa Wikipedia: Został aresztowany dnia 6 maja 1947 roku. W dniach 6, 7, 8 maja złożył obszerne zeznania o współpracy z „Witoldem” [jeden z pseudonimów Pileckiego – przyp.W.P.] Napisał o tym dr Adam Cyra: „Rotmistrz znalazł się w sytuacji bez wyjścia, ponieważ funkcjonariusze UB wiedzieli o nim bardzo dużo, w czym mogły im pomóc również obszerne zeznania Tadeusza Płużańskiego na temat Pileckiego przed jego zatrzymaniem, których protokoły są opatrzone datami 6, 7 i 8 maja 1947 r. Płużański ujawnił również, że:

  • na żądanie „Witolda” zbierał dane o pracownikach zatrudnionych w MBP w celu ewentualnej likwidacji (…);
  • „Witold” [Pilecki – przyp.W.P.] zna ludzi, którzy wykonają akcję likwidacyjną ścisłego kierownictwa MBP;
  • dostęp do broni zmagazynowanej przez Batalion „Chrobry II” ma „Witold;
  • „Witold” ma sam się zająć sprawą likwidacji ludzi z MBP.

        Proces grupy zakończył się wyrokiem skazującym Pileckiego, Płużańskiego i Marię  Magdalenę Szelągowską (kierowniczkę biura studiów gen. Andersa, która w siatce Pileckiego pełniła rolę informatorki) na karę śmierci. Wyrok wykonano jednak tylko na Witoldzie Pileckim, ponieważ obojgu pozostałym skazanym prezydent Bolesław Bierut aktem łaski zamienił go na karę dożywotniego więzienia.  Po wydarzeniach „października `56” zostali z więzienia wypuszczeni.

Bestie2            

        Tadeusz  Płużański po wyjściu na wolność najpierw krótko pracował jako ślusarz, równolegle  podjął studia eksternistyczne z zakresu ekonomii politycznej w Wyższej Szkole Handlowej w Poznaniu, a w roku akademickim 1957/58 dostał się na Wydział Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.          

          Jeśli nie liczyć aresztowania, śledztwa i odsiadki 8 lat wyroku, o czym nie da się orzec, że były to cierpienia bez powodu, trudno mówić o prześladowaniu  go w PRL. Bo, na przykład,  studiując w Uniwersytecie Warszawskim równocześnie pracował jako dziennikarz w Agencji Robotniczej, która była partyjną agencja prasową, o czym wiem dobrze, miałem ją bowiem w tzw. operacyjnym nadzorze, pracując w III Departamencie MSW. Uzyskawszy w 1961 r. dyplom magistra, wkrótce (1964 r,) zrobił doktorat, habilitował się i w 1979 r. otrzymał tytuł profesora.          

          Nie znałem osobiście  prof.Tadeusza Płużańskiego, nie poznałem też jego syna. Z magistrem od historii Tadeuszem M. Płużańskim  mam tylko  doświadczenia kontaktów internetowych. Z jakiegoś, jemu tylko znanego powodu, poświęcił mi sporo miejsca np. na stronie o nazwie BIBUŁA.pl (wystarczy w wyszukiwarkę wpisać moje nazwisko). Jakby tego było mało, w książce jego autorstwa pt. BESTIE 2, którą pożyczył mi znajomy, „zaszczycony” zostałem kilkustronicowym tekstem zatytułowanym Esbecki bloger III RP  zawartym w rozdziale 4, noszącym tytuł Esbecy, agenci, szpiedzy. Książka wydana została niedawno, bo w ubiegłym roku, przez wydawnictwo 2 KOLORY i nosi podtytuł REPORTERSKIE ŚLEDZTWO O ZBRODNIACH NIEMCÓW I SOWIETÓW NA POLAKACH ORAZ GRUBEJ KRESCE DLA OPRAWCÓW W III RP.          

        Z lektury poświęconych mi tekstów Tadeusza M. Płużańskiego płyną nieprzychylne, niestety, wnioski dotyczące ich autora, które pozwolę sobie sformułować w kilku punktach.

1.Historyk z T .M. Płużańskiego jest taki, jak z babskiej kuciapki gwóźdź, bo jego teksty to propagandowe pyskowanie na ludzi, którzy w czasach PRL z zaangażowaniem odbudowywali i budowali Polskę, nie ma natomiast najmniejszej nawet próby przedstawienia ich rzeczywistej motywacji do takiego działania.

2.Jego ojciec, który zdawał się nie kwestionować wyroku w sprawie Pileckiego, w pełni zaakceptował rzeczywistość PRL i znalazł w niej swe miejsce, o czym świadczy bodajby praca w najbardziej partyjnej agencji prasowej PRL, jaką była Agencja Robotnicza. Był beneficjentem tamtej Polski choćby z tytułu błyskawicznej kariery naukowej uwieńczonej tytułem profesorskim. Z racji wieloletniej pracy w Departamencie III MSW, który, najogólniej rzecz biorąc, zajmował się instytucjami tzw. nadbudowy, w tym także naukowymi, w najmniejszym stopniu nie kwestionuję wielkich zdolności Tadeusza Płużańskiego – seniora. Byłem jednak nieźle zorientowany w realiach jego kariery, niekoniecznie  powiązanych z przymiotami umysłu. Musiałbym wszakże zniżyć się do poziomu moralnego rynsztoka, w którym pławi się obecnie  jego syn, by publikować swą wiedzę i opinie w tym przedmiocie.

3.T. M. Płużański największy zarzut czyni mi z dokonania  „zbrodni komunistycznej”, polegającej na spaleniu dokumentów, które mogłyby dzisiaj obciążać różnych, znanych mi niegdyś ludzi i stanowić pożywkę dla publicystycznych dokonań równie żałosnych tzw. historyków, jak on. Tak panie Płużański, spaliłem te dokumenty, przez co nie będziesz pan miał sposobności, by wycierać swą gębę ludźmi, którzy kiedyś pomagali mi w pracy. Tylko jest jeden szkopuł – żałosny historyku: TRZEBA MI TO UDOWODNIĆ, z czego nie zdawał sobie sprawy nawet wspomniany przez pana niegdysiejszy polski oberprokurator Stefan Śnieżko, który publikował donos na mnie w tej sprawie. W przeciwnym przypadku polskie sądy musiałyby przyznawać alimenty brytyjskiej królowej, bo nie brakuje takich, którzy twierdzą, że w tak znacznym stopniu byli z nią zaprzyjaźnieni.

4.Dowiedziałem się ostatnio, że Tadeusz M. Płużański awansował na kierownika działu w jednym z polskich szmatławców. I to jest dla niego najwłaściwsze miejsce, zapewni mu bowiem możliwość publikowania jeszcze bardziej kretyńskich tekstów, niż ten, który poświęcił mej skromnej osobie we wspomnianej książce. Pozwolę sobie zaproponować mu, by korzystając z tego, że stał się tak wpływową osobą w papierowych mediach, podpowiedział pomysł drukowania zatrudniającego go dziennika na papierze toaletowym. Pozwoli to oszczędzać polskie lasy, bo z tego samego drewna produkowany będzie szmatławiec do poczytania podczas czynności, po której zakończeniu posłuży do podtarcia się. I dopiero ta druga czynność uczyni do czegoś przydatnymi teksty Tadeusza M. Płużańskiego.

__________________

1) Wiesław Jan Wysocki: Rotmistrz Pilecki. Warszawa: Gryf, 1994, str. 131-132

CO JEST GRANE W „DNIU WOLNOŚCI”

Polecany

Obchodzimy dzisiaj  tzw. Dzień Wolności i Praw Obywatelskich – święto ustanowione uchwałą Sejmu podjętą 24 maja ubiegłego roku dla uczczenia zwycięstwa solidaruchów w czerwcowych wyborach 1989 r. Na obchody przybył do Polski sam Barack Obama i swą obecnością  zaszczycili je także dostojnicy z innych państw.

Nie będę obchodził tego święta z dwóch co najmniej powodów:

- po pierwsze – Rozdział II Konstytucji RP zatytułowany WOLNOŚCI, PRAWA I OBOWIĄZKI CZŁOWIEKA I OBYWATELA i stanowiący najobszerniejszą część Ustawy Zasadniczej, jest przejawem daleko posuniętej hipokryzji, gwarantuje bowiem przestrzeganie przez organy państwa starożytnej zasady prawa zakazującej odpowiedzialności karnej bez popełnienia czynu karalnego (nullum crimen, nulla poena sine lege); tymczasem bezczelnie ukarano mnie odebraniem 2/3 emerytury, mimo że nie popełniłem żadnego przestępstwa

- po drugie  – podrozdział zatytułowany WOLNOŚCI I PRAWA EKONOMICZNE, SOCJALNE I KULTURALNE jest jeszcze dalej idącym przejawem hipokryzji państwa, w istocie gwarantuje bowiem wszelkie prawa osobom zamożnym, gdy niższe warstwy społeczne praktycznie sytuowane są nierzadko poniżej wszelkich wyobrażeń o ludzkiej godności.

A więc nie moje to święto !

 We wspomnianej uchwale Sejmu z 24 maja 2013 roku, 4 czerwca uznany został szczególną datą dla Polski jako suwerennego i demokratycznego państwa wolnych i świadomych swoich praw obywateli.

Najogólniej rzecz biorąc suwerenność to  zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych podmiotów, sprawowania władzy politycznej nad określonym terytorium i zamieszkującą je społecznością, obejmująca niezależność w sprawach wewnętrznych i zewnętrznych.

Polska idiotycznie wpakowała się w „problem ukraiński”. Ukraina to kraj o niemal zerowym doświadczeniu z zakresu państwowości. Równie ważne są tam ugrupowania obiecujące skłonność do elementarnej kultury politycznej w procesie sprawowania władzy, jak również te z wręcz faszystowskim rodowodem, zapowiadające bardzo stanowcze metody rządzenia. Winston Churchill był realistą, toteż twierdził, że demokracja to najgorszy system, lecz nie wymyślono nic lepszego, niejeden Ukrainiec chciałoby zatem osobliwie nadrobić te braki.

Polski „problem ukraiński” nie polega na zmierzaniu do ochrony podstawowych praw tego narodu,  lecz na wspieraniu globalistycznych ambicji Stanów Zjednoczonych, które upatrzyły w kwestii ukraińskiej sposobności  na osłabienie swego największego konkurenta w Europie. Daliśmy się więc wynająć Amerykanom do pełnienia roli psa, który swym jazgotliwym szczekaniem grozi amerykańską interwencją. Tyle że pies szczeka, a decyzję o interwencji podejmują ludzie. Amerykanie nie są skłonni do awantury z równym sobie partnerem, toteż Polskę wynajęli do sprawdzania swych  szans.

Od dawna znana jest bezdenna próżność Polaków spragnionych uznania nawet dla najgłupszych ich poczynań. Nie idzie mi oczywiście o wszystkich członków naszej nacji, bo większość to ludzie rozumni, lecz nie mamy zdolności wyboru godnych reprezentantów oraz siły przebicia w publicznej dyspucie. Pierwszy po czerwcowym przełomie w 1989 r. rząd kierowany przez Tadeusza Mazowieckiego, zapowiadał się obiecująco, premier przekroczył bowiem szósty krzyżyk, był zatem człowiekiem doświadczonym, wyzbytym głupawych emocji, dyktowanych wyznawaną ideologią. Władzę sprawował jednak niespełna dwa lata, a jego następcy to nierzadko ludzie młodzi, uznający nadrzędność swych poglądów politycznych oraz ideowych nawet wobec elementarnych interesów kraju. Chyba apogeum tego rodzaju głupoty przeżywamy obecnie, a uzmysławia to trwająca jeszcze wizyta amerykańskiego prezydenta. Stany Zjednoczone w swej niczym nieuzasadnionej dążności do przewodzenia całemu światu, dążą do pognębienia wszelkimi sposobami Rosji – swego głównego konkurenta w Europie, a  władze Polski najęły się do spełniania roli nękającego Rosję psiaka. Nie mam nic przeciwko antyrosyjskiemu ujadaniu państwowych dostojników, jest bowiem kategoria ludzi gotowych na wszystko za przyobiecane korzyści. Z jakiej jednak racji swej chęci przypodobania się amerykańskiemu szafarzowi wszelkich dóbr podporządkowują polską rację stanu ?

W sytuacji, którą zafundowała sobie Ukraina, Stany Zjednoczone upatrują sposobności rozprawienia się z Rosją. Jest to sprawa Stanów Zjednoczonych i Ukrainy, a nie nasza. Z jakiej więc racji polski prezydent i rząd wiernopoddańczo zapowiadają ochronę amerykańskich interesów na tym obszarze ? Z jakie racji stosunki Polski z Rosją zaostrzono do tego stopnia, że uzasadnia to rozbudowę budżetu MON do niebotycznych rozmiarów ?  Uczyniono to nie licząc się z rzeczywistymi potrzebami polskiego społeczeństwa, bo wystarczy porównać kwoty przeznaczone na zbrojenia z nędzą świadczeń na rzecz oświaty czy służby zdrowia. Niechaj pan prezydent Komorowski, premier Tusk oraz minister Sikorski za państwowe pieniądze (niech im tam !) kupią sobie koniki, ułańskie mundurki, szabelki oraz lance i ruszą z wyprawą na Moskwę, by bronić Kijowa i realizować globalistyczne interesy Stanów Zjednoczonych. Ja, a zapewne większość Polaków, nie mamy z tym nic wspólnego.

Waszyngton nie może dopuścić do odrodzenia sojuszu Berlina z Moskwą – przekonuje w „Rzeczpospolitej” amerykański politolog George Friedman. W przypadku ewentualnego zagrożenia Polska  musi być w stanie samodzielnie się bronić, przynajmniej dwa, trzy miesiące, dopóki nie przyjdzie pomoc. A na to potrzeba nie 2, ale 5–6 proc. PKB wydatków na obronę - podkreśla Friedman.

George Friedman – wzeszła ostatnio gwiazda amerykańskiej politologii – wie dobrze jak grać na próżności i amerykańskim kompleksie polskich sfer top polityki, toteż przyznaje Polsce mocarstwową pozycję twierdząc na przykład, że  w przypadku ewentualnego konfliktu możemy liczyć na pomoc Ameryki, bo Polska należy do wschodzących potęg i współdziałanie z takim krajem jest dla Stanów Zjednoczonych korzystne. Wyobrażam sobie jak podniecająco muszą te słowa działać na nasze polityczne elity.

Nie obchodzę tzw. 25 lecia wolności, mam bowiem przekonanie, że w czasach PRL Polacy, pozostając w bloku państw socjalistycznych, potrafili w niezwykły sposób rozszerzyć swą suwerenność i niezależność wobec Związku Radzieckiego. Mam tu na myśli rok 1956 i poczynania Władysława Gomułki. W latach 70. Edward Gierek sprawił, że wprawdzie w Konstytucji PRL zamieszczono klauzulę o przewodniej roli Związku Radzieckiego, równocześnie jednak wiązał naszą gospodarkę z Zachodem, a za uzyskane tam kredyty niezwykle rozbudowano polski przemysł, co gwarantowało ludziom pracę i niezbędne dla godnej egzystencji dochody. Dzisiejszy nasz zagraniczny dług kilkunastokrotnie przewyższa ten gierkowski, lecz jego efekty są żadne. No to co jest grane, do cholery, panie premierze Tusk ?! I to mamy świętować ?

 

 

 

NASZ POLSKI SKOK W BOK

Polecany

          Pogrzeb, pogrzeb i po pogrzebie. Pozostały tylko nienajlepsze, a niekiedy wręcz żenujące wrażenia. Zaskoczyło mnie nieco wezwanie przez gen. Jaruzelskiego spowiednika, była  to wszakże sprawa jego bardzo osobistych przekonań, bo przyznać trzeba, że zajmując wysokie stanowiska państwowe nie uczynił nic, co  PRL albo obecnej Polsce nadawałoby charakter państwa wyznaniowego. Konstytucja w tej sprawie milczy, teoretycznie zatem takiego charakteru ono nie ma, lecz wiernopoddańcze wobec Kościoła gesty  wielu polityków oraz niekiedy wręcz bezczelne wtrącanie się kleru katolickiego do spraw państwa, dają podstawy do sporych wątpliwości.     

          Pogrzeb gen. Jaruzelskiego dostarczył  zwącej się patriotyczną hołocie spod znaków Boga i Ojczyzny okazji do wyżycia się na tzw. komunie. Lecz wydzierającego podczas pogrzebu gębę kretyna niepodobna przekonać o niestosowności jego zachowania. Mają w tym swój udział ludzie zajmujący poważne państwowe stanowiska, którzy z lubością demonstrują swój antykomunizm. Im też nie da się wytłumaczyć, że żadnego komunizmu w Polsce nie było, ich postawa i demonstracje są zatem przejawem żałosnej ignorancji. Wada ta jednak nie przeszkadza w powierzaniu osobom na nią cierpiącym sterów nawy państwowej. Premier Tusk demonstracyjnie nie uczestniczył w uroczystościach pogrzebowych i dzięki temu dla niejednego polskiego durnia jest wzorem do naśladowania.

          Rozmaitych antykomunistycznych „autorytetów” namnożyło się w III RP bez liku. Jednym z bardziej żałosnych jest ks. Isakowicz-Zalewski, który po śmierci gen. Jaruzelskiego powiedział: Nie­unik­nio­ne jest zatem to, że przy oka­zji po­chów­ku tej czy innej osoby od­po­wie­dzial­na za zbrod­nie ko­mu­ni­zmu, dys­ku­sje i pro­te­sty będą po­wra­cać. Jeśli ktoś za życia nie po­niósł od­po­wie­dzial­no­ści za za­bój­stwa, to trud­no się spo­dzie­wać cze­goś in­ne­go. Jak wytłumaczyć temu klesze, że żaden sąd nie udowodnił gen. Jaruzelskiemu tego rodzaju czynów ? Jeszcze trudniej go przekonać, że klesza kiecka nie uprawnia do ferowania wyroków w postepowaniu karnym.

          Zapewne nie wszyscy, lecz spora część katolickiego kleru to ludzie osobliwie zakłamani. Gdy ks. Lemański zachował się przyzwoicie, lecz w sposób uznany przez jego biskupa za sprzeczny z interesem instytucji, został zawieszony w pełnieniu obowiązków proboszcza parafii. Pyskującego często głupawo i nierzadko wulgarnie, lecz z reguły antykomunistycznie  Isakowicza -Zalewskiego  żaden hierarcha nie opieprzy, bo w tym temacie zasady się nie liczą. Ważna jest ideologia oraz interes Kościoła !

          Innym, tym razem świeckim i także dość  natrętnie lansowanym zwłaszcza w telewizji archetypem antykomunizmu jest Wojciech Cejrowski. Jako człowiek bardzo spostrzegawczy, wkrótce po rozpoczęciu rewolty solidaruchów bezbłędnie spostrzegł gdzie ta krowa ma mlekodajne cycki. W jego przypadku znaczenie ma zapewne tradycja rodzinna, bo tak o jego ojcu – Stanisławie wspomina znany fotografik, muzyczny dziennikarz i animator jazzu  – Marek Karewicz: Zespół No To Co był dzieckiem Staszka Cejrowskiego, ówczesnego dyrektora Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, który od początku do końca wymyślił tę maszynkę do zarabiania pieniędzy. Pomysł zrodził się z obserwacji i chłodnej oceny możliwości polskiej estrady na tle tego, co się działo na światowym rynku. Nasze zespoły prezentowały się zbyt słabo, by konkurować z zachodnimi, i zbyt awangardowo, by funkcjonować w Związku Radzieckim. Cejrowski doszedł do wniosku, że antidotum na te słabostki może okazać się odpowiednio spreparowany folklor. Wyszukał młodych i zdolnych big-beatowców, przebrał ich w stylizowane kostiumy i kazał grać lekkostrawne melodie nawiązujące do naszej sztuki ludowej. Wiedział, że taka uniwersalna hybryda spodoba się władzy, która kokietując Polonię i zachodnią opinię publiczną, chętnie pochwali się takimi artystami w świecie. Dzięki temu zespołowi Staszek mógł swobodnie grasować po Związku Radzieckim i to właśnie wydawało się dla niego najważniejsze.

          Wojciech Cejrowski dziedzicząc oraz rozwijając zdolności przekazane mu w genach, znakomicie dostosował się do nowej rzeczywistości już bez Związku Radzieckiego na czele i tak mówił o pogrzebie gen. Jaruzelskiego: To jest poniżające dla Rzeczpospolitej, by z honorami Wojska Polskiego żegnać sowieckiego pachołka, człowieka, który niszczył naród. Na ten grób powinniśmy splunąć i odesłać do nadawcy, czyli do Putina.

          Ojcu opłacało się jeździć do ZSRR i robić pieniądze na organizowaniu rozrywki dla narodów Związku Radzieckiego. Synowi opłaca się deptać trupa i wycierać sobie nim gębę , bo też ma z tego korzyści. Zasady się nie liczą.

          Nie jestem chrześcijaninem ani wyznawcą jakiejkolwiek innej religii. Od chrześcijaństwa w katolickiej jego odmianie odstręczył mnie w czwartej klasie podstawówki uczący religii ksiądz, który na głupawe – to przyznaję – pytanie o tryb opuszczenia przez Jezusa łona jego matki, dał mi po łbie, zafundował kilka kopniaków wyrzucając mnie z klasy i sprawił, że ojciec, choć strzelił klechę w gębę za bezprawne wymierzenie mi cielesnej kary, skroił pasem mój tyłek tak, że pamiętam to do dzisiaj.

          Ideologiczną teorię o przodującej roli klasy robotniczej, porzuciłem w latach 90. po tym jak solidaruchy z Wałęsą na czele,  reprezentując rzekomo interes tej klasy, załatwili jej masowe bezrobocie i utratę  przodującej roli w społeczeństwie. Robole zachowali się jak stado baranów i pokornie znoszą to, czego nie chcieli, bo kapitalizmu, jak uczynili to z socjalizmem, już nie obalą.

          Przypomniał mi się stary żydowski dowcip:

Nowy Jork. Icek zadaje ojcu pytanie:

- Tate, co to znaczy „prosperity”, a co znaczy „kryzys”?

- Jak by ci to synku wytłumaczyć ? – zastanawia się rodzic i mówi po chwili:

- Prosperity to szampan, elegancka limuzyna i piękne kobiety, a kryzys to lemoniada, metro i… twoja matka.

        Natrętna propaganda przekonuje nas, że dokonaliśmy dziejowego skoku, toteż, przymknąwszy oczy, widzimy tę naszą demokrację jako piękną damę leżącą do dyspozycji z rozkosznie rozłożonymi nogami. Nie bacząc, że to tylko wyobraźnia, zrzucamy w podnieceniu portki i gacie, a gdy otwieramy oczy okazuje się, że to nasza kościelnie poślubiona Zocha leży bez majtek w pościeli, głośno pochrapując. Lecz takie są realia i lepiej Zośce kupić wonne  kosmetyki oraz ładną bieliznę, niż próbować zaspokoić swą potrzebę z piękną zamorską dziwką, na co po prostu nas nie stać.

 

 

 

 

 

 

 

NA ŚMIERĆ GENERAŁA

Polecany

W DZISIEJSZE NIEDZIELNE POPOŁUDNIE ZMARŁ GEN. WOJCIECH JARUZELSKI. POLSKI BOGOOJCZYŹNIANY  MOTŁOCH ZYSKAŁ SPOSOBNOŚĆ WYTARCIA SOBIE GĘB OBRZYDLIWIE  ZAPASKUDZONYCH NIENAWIŚCIĄ. JUŻ DZISIAJ, W KILKA GODZIN PO ŚMIERCI GENERAŁA, W INTERNECIE UCZYNIŁO TO DWÓCH HISTORYKÓW Z PROFESORSKIMI TYTUŁAMI I JAKIŚ GÓWNIARZ – PRZYWÓDCA NARODOWCÓW. NIENAWIŚĆ JEST JAK ŁAJNO, LECZ JEST GATUNEK LUDZI, KTÓRZY Z  LUBOŚCIĄ SMARUJĄ SOBIE NIM GĘBY. JUTRO OD RANA ZACZNIE SIĘ FESTIWAL POPISÓW WSZELKIEGO AUTORAMENTU GÓWNOJADÓW W SPRAWIE MIEJSCA  POCHÓWKU  ZMARŁEGO I CHARAKTERU POGRZEBOWEJ UROCZYSTOŚCI.

NAJBLIŻSZEJ RODZINIE GENERAŁA PRZESYŁAM SZCZERE WYRAZY WSPÓŁCZUCIA. PROPONUJE TEŻ, BY PODJĄĆ DECYZJE O JAK NAJSKROMNIEJSZYM POGRZEBIE NA JAKIMŚ PROWINCJONALNYM CMENTARZU. I NIE DOPUŚCIĆ DO UDZIAŁU W NIM WSZELKIEGO AUTORAMENTU SIEWCÓW NIENAWIŚCI, A WIĘC TZW. POLITYKÓW I NAUKOWCÓW IN SPE ORAZ PISMAKÓW – CZYLI PRZEDSTAWICIELI NAJBARDZIEJ SPODLAŁEJ W III RP PROFESJI.

NIE NALEŻAŁEM DO ENTUZJASTÓW POLITYKI GENERAŁA, Z INNYCH WSZAKŻE WZGLĘDÓW NIŻ TE, KTÓRE MOTYWUJĄ BOGOOJCZYŹNIANĄ HOŁOTĘ. SPOSOBIŁEM SIĘ BY DAĆ TEMU WYRAZ W ARTYKULE OPUBLIKOWANYM BODAJBY W MYM BLOGU. NIE ZDĄŻYŁEM ZA ŻYCIA GENERAŁA. NIE ZROBIĘ TEGO NA PEWNO PO JEGO ŚMIERCI. JEŚLI ISTNIEJE ŻYCIE POZAGROBOWE, BĘDĘ MIAŁ SPOSOBNOŚĆ POWIEDZIEĆ MU TO OSOBIŚCIE. DO ZOBACZENIA, GENERALE !

 

KTO PRZEJADA ZAGRANICZNY DŁUG POLSKI

Polecany

          Nie jestem człowiekiem religijnym. Lecz sprawa nie jest tak prosta, jak to krótkie, jasne zdanie. Co do istnienia tzw. siły wyższej, choćby w postaci jakiegoś boga, jestem skrajnym agnostykiem, bo po prostu nie wiem czy coś takiego istnieje czy też nie. Ponieważ dostępnymi sobie sposobami nie jestem w stanie tego jednoznacznie ustalić, nie mogę wygłupiać się praktykując pobożność albo ateizm, jedno i drugie opiera się bowiem na wierze. JA PO PROSTU NIE WIEM ! Toteż wszystkowiedzących Świadków Jehowy, podobne im kościelne dewotki, próbujących nawracać mnie na prawowitą wiarę księży, zakonnice i wszelkich innych głosicieli słowa bożego pędzę od siebie kategorycznie, bo tyle samo wiedzą co ja, lecz cierpią na potrzebę sprawowania misji i nawracania kogo się da, albo po prostu, jak księża, zabiegają o wzrost liczebności bożego stada, bo przynosi to im wymierne korzyści. Taka, jak moja postawa powoduje uczulenie na wszelkie draństwo, które się szerzy z wykorzystaniem ludzkiej pobożności.          

          W 1989 r. powołano przy MSWiA 5 komisji majątkowych mających zrekompensować mienie odebrane różnym kościołom oraz innym związkom wyznaniowym w okresie PRL. Jak dotąd najobficiej obłowił się Kościół katolicki, którego Komisja Wspólna zakończyła swa działalność w lutym 2011. Trudno o dokładny bilans jej dokonań, w swych decyzjach nie była ona bowiem praktycznie kontrolowana. Tylko zatem w pewnym przybliżeniu można starać się określić sumę korzyści Kościoła katolickiego, na którą złożyły się:

– odszkodowania finansowe w wysokości ponad 143,53 mln. zł;

– nieruchomości o obszarze ok. 66 tys. ha., warte ok. 5 mld zł. 

- oraz 490 budynków i lokali.

          Niewykluczona jest pewna korekta tych danych, ponieważ według Agencji Nieruchomości Rolnych przekazane Kościołowi katolickiemu tereny objęły 76 tys. ha, a do tego Lasy Państwowe dołożyły 4 tys. ha. ze swoich zasobów. Nie można też pominąć finansowych skutków decyzji o powrocie religii do szkół, bo etaty wykładających przedmiot księży katechetów są płatne z budżetu oświaty. Zapewne są także   mniej wymierne i trudne przez to do oceny korzyści płynące z niepomiernego wzrostu pozycji kleru Kościoła katolickiego w życiu publicznym w Polsce.

My się możemy pokłócić. My się możemy nawet bardzo pokłócić. Ale jak jest interes, to musi być zgoda.

My się możemy pokłócić. My się możemy nawet bardzo pokłócić. Ale jak jest interes, to musi być zgoda.

Wspomniałem wyżej, że w 1989 r. powołano przy MSWiA 5 komisji majątkowych, mających zrekompensować mienie odebrane różnym kościołom oraz innym związkom wyznaniowym w okresie PRL. Jedną z nich jest Komisja Regulacyjna ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich . Przed kilkoma dniami znalazłem w Internecie informację o staraniach posła Twojego Ruchu (wcześniej SLD) Sławomira Kopycińskiego, który domaga się jej rozwiązania. Komisja nie jest kontrolowana przez jakikolwiek państwowy organ, nie ma też odwołań od jej decyzji. Jak pisze autor internetowej informacji: Wiadomo, że odzyskała do tej pory 90 mln zł rekompensat. Nikt natomiast nie szacuje wartości nieruchomości, które mogą iść w setki milionów złotych.(…) Do 2002 roku Komisja przyjmowała wnioski o wszczęcie postępowań regulacyjnych. Wpłynęło ich 5,5 tys., a więc prawie dwa razy więcej niż do Komisji Majątkowej.          

          Na bilans dokonań Komisji Regulacyjnej ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich przyjdzie jeszcze sporo poczekać ponieważ jest oczywistym, że suma roszczeń i rekompensat dla tego organu może być porównywalna z tym, czego domagała się Komisja Wspólna.          

          Żądanie rozwiązania żydowskiego organu windykacyjnego jest oczywiście słuszne, tak jak słuszne było podobne, odnoszące się do Komisji Wspólnej, lecz nierealne. Skoro nakarmiono, przekarmiając nawet, Kościół katolicki, nie da się innych wyznań pozbawić karmy. I nikt nie będzie baczył na to, że wszystkie z występujących z żądaniami kościoły i związki wyznaniowe postulują życie skromne, wyzbyte luksusu i odradzają swym wiernym pogoń za ziemskimi dobrami. Bo wszelkie religijne instytucje oraz ich przedstawiciele mają głęboko osadzony nawyk pouczania innych, nie odnosząc tych nauk do siebie.          

          Kto dziś będzie baczyć na to, że znacznego ograniczenia dóbr materialnych kościołów i innych związków wyznaniowych dokonano w PRL wkrótce po niszczycielskiej wojnie, gdy kraj z trudem podnosił się z ruin, a jego odbudowa była najwyższym celem władz i mieszkańców Polski ?          

          Kto wspomni o tym, że obok różnych, mniej zręcznych, a niekiedy fatalnych posunięć władz w pierwszym dziesięcioleciu PRL, dokonały one jednak skutecznego rozdziału Kościoła od państwa, co przyniosło Polsce tylko korzyści?

          Kto z władz i równie pobożnych obywateli dzisiejszej Polski zważy na to, że kraj jest w coraz trudniejszej sytuacji finansowej, że dług publiczny w 2013 roku wyniósł 838 mld. zł. (choć są źródła mówiące, że jest to kwota przekraczająca 1 bilion zł., a nawet sięgająca 3 bilionów), a w tym dług zagraniczny 275,5 mld. euro ? Jeśli nawet świadomość tej sytuacji mają niektórzy z działaczy państwowych, to nie znajdzie się wśród nich taki, który zażąda ograniczenia pazerności Kościoła katolickiego i biorących z niego wzór innych kościołów i związków wyznaniowych.          

          Stosowana jest dzisiaj metoda ukazywania sukcesów III RP na tle sytuacji w PRL. Pomija się oczywiście istniejące wówczas uwarunkowania, a nawet takie szczegóły, że tzw. dług Gierka w 1980 r. wyniósł 23 mld. ówczesnych dolarów i to,że również za ten dług pobudowano 570 nowych fabryk, które dawały liczne miejsca pracy, a gdy w III RP przestało się to liczyć, sprzedano je za niebotyczne pieniądze. Powstaje więc pytanie: skąd bierze się dzisiaj tak wielkie zadłużenie Polski i na co pochodzące z niego pieniądze są przeznaczane ? Bo o nowych inwestycjach ani widu, ani słychu. No właśnie ! Jak się okazuje w zagospodarowaniu tych środków wielkiej pomocy udzielają kościoły oraz inne związki wyznaniowe, co wykazano wyżej na przykładzie Kościoła katolickiego i co wkrótce wykaże rzeczywistość bilansem korzyści odniesionych przez Komisję Regulacyjną ds. Gmin Wyznaniowych Żydowskich

NAZWA „POLAK” ZMIENIA BRZMIENIE

Polecany

W ostatniej POLITYCE ukazał się wywiad  z socjologiem, wykładowcą  Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW, dr hab. Iwoną  Jakubowską-Branicką , przeprowadzony przez  Ewę Wilk. Obie panie usiłowały ustalić powody sprawiające, że mimo 25 lat panowania  tzw. demokracji , Polacy wciąż mają trudności w  porozumiewaniu się z sobą. Najpierw wszystko poszło na tzw. komunę: Teorie z zakresu psychologii polityki mówią tyle, że systemy zamknięte, totalitarne wychowują ludzi o mentalności  autorytarnej, dogmatycznych (wolę to drugie, szersze pojęcie). Dogmatyzm to skrajna nietolerancja na poglądy inne od moich  – powiedziała dr hab. Iwona Jakubowska-Branicka, tym mianem charakteryzując system, który panował w PRL. Nawet ludzie z naukowymi tytułami, funkcjonujący w obszarze nauk społecznych, postrzegają tamtą Polskę jako ideowy monolit, niezmienny od poczęcia do grobowej deski.

Na szczęście prowadząca wywiad Ewa Wilk zwróciła uwagę na pewien fenomen. Powiedziała mianowicie: Wynikałoby z tego, że totalitarną narracją  najbardziej przesiąkli w Polsce zwolennicy tej strony politycznej, która zbudowała tożsamość na antykomunizmie, i PRL- owi panie  trochę odpuściły.

To zdjęcie ukazało się niedawno w polskich mediach i wstrząsnęło światową opinią. Podobno Putin aż zadrżał widząc je i kto wie czy nie zostawi w spokoju Ukrainy.

To zdjęcie ukazało się niedawno w polskich mediach i wstrząsnęło światową opinią. Podobno Putin aż zadrżał widząc je i kto wie czy nie zostawi w spokoju Ukrainy.

Utarło się w dość szerokich kręgach Polaków widzieć  najgorsze zło w komunie, która według tych kręgów panowała w naszym kraju w stanie niezmienionym od zakończenia wojny do symbolicznej daty 4 czerwca 1989 r. Jest to oczywiście brednia, bo w Polsce  ustrój dający się nazwać komunizmem nigdy nie istniał, lecz ta głupawa teoria obowiązuje od szczebli profesorskich poczynając, na zamiataczach ulic kończąc. Nie tak dawno, rozmawiałem  z pewnym  antykomunistycznie zorientowanym młodym naukowcem. W trakcie wymiany poglądów  powiedziałem, że chyba więcej szarganej przez niego komuny było w izraelskich kibucach, niż w PRL, co sprawiło, że nasza krótkotrwała znajomość zakończyła się bezpowrotnie.

Wręcz poraża stopień antykomunistycznego zidiocenia wielu Polaków. Najostrzejszą przyprawą stosowaną do tej intelektualnej skazy jest rusofobia. Rosjanie tylko nas wykorzystywali i wyzyskiwali, toteż także  przymusili do zastosowania ich wynalazku w postaci komuny. Rozumowanie jest tak proste, że pojmie je średnio inteligentny szympans, a ma tę wielką zaletę, że z jego zastosowaniem można wyjaśnić wszystko: od skrajnej nietolerancji na odmienne poglądy, aż po choroby bydła i trzody chlewnej roznoszone przez ruskich agentów, by zakazem importu mięsa dobić polską gospodarkę.

Gdyby bezkrytycznie stosować teorię dr hab. Iwony Jakubowskiej-Branickiej o tym, że systemy totalitarne wychowują ludzi o mentalności  autorytarnej okazałoby się, że najbardziej udanym polskim dzieckiem ruskiej komuny jest Jarosław Kaczyński. No bo jest modelowym  dyktatorem w swej partii i konsekwentnie dba o hodowlę partyjnej trzody od PiS-uarnej młodzieżówki poczynając.

Największą zaletą członka wszelkich partyjnych i organizacyjnych tworów  o charakterze totalitarnym jest bezmyślność, a co za tym idzie gotowość bezkrytycznego wykonania rozkazów wodza.  9 maja, w obchodzony niegdyś także w Polsce Dzień Zwycięstwa, PiS-uarna  młodzieżówka  postanowiła owinąć folią i symbolicznie wysłać do Moskwy pomnik Armii Czerwonej z Parku Skaryszewskiego w Warszawie.  Pomnik postawiony został ku czci  żołnierzy radzieckich, poległych w bojach o Warszawę w 1944 i 45 roku. Stado PiS-uarnych gówniarzy kontynuowało w ten sposób powstałą ostatnio modę na wszelkie zabiegi na trupach, pomnikach i cmentarzach. Dopiero co prezes IPN informował o zamiarze naznaczania grobów komunistów na warszawskim Cmentarzu Komunalnym, później zdewastowano pomnik radzieckiego generała Czerniachowskiego w Pieniężnie, no i teraz tzw. patrioci bohatersko ruszyli do Parku Skaryszewskiego walczyć z pomnikiem Armii Radzieckiej.

Dowódca oddziału PiS-uarii po zdobyciu pomnika w Parku Skaryszewskim w Warszawie. Teraz go zapakuje i wyśle do Moskwy

Dowódca oddziału PiS-uarii po zdobyciu pomnika w Parku Skaryszewskim w Warszawie. Teraz go zapakuje i wyśle do Moskwy

Moim prywatnym zdaniem, jednym z najmarniejszych prezydentów III RP był Lech Kaczyński. Nie dość, że nie zostawił po sobie niczego wartościowego, to jeszcze narażał na szwank interes państwowy Polski, na przykład wygłupami w Gruzji. Gdy zginął w katastrofie smoleńskiej, pochowany został wraz z żoną w krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów Bazyliki Archikatedralnej na Wawelu, a więc w miejscu zarezerwowanym dla najwybitniejszych Polaków. Do głowy by mi jednak nie przyszło żądać usunięcia stamtąd jego zwłok, z tego tylko powodu, że mam o nim złe zdanie i skrajnie odmienne od jego poglądy. Na wiele można sobie pozwolić wobec żywych, zmarłym jednak należy się co najmniej pochylenie czoła nad ich grobami. No, chyba że się jest katolikiem nowego formatu  albo członkiem współczesnych tworów partyjnych.

To wszystko dzieje się bądź pod auspicjami instytucji państwowych (np. IPN) albo z cichą akceptacją władz państwa. Za pomocą mediów, bez najmniejszego przeciwdziałania, sączona jest nienawiść wobec ludzi inaczej myślących, a zwłaszcza naznaczonych piętnem zwykłej obywatelskiej postawy w wyklętej PRL. Największym wrogiem Polski zostaje okrzyknięty jeden z najbliższych jej sąsiadów, a kryterium, na podstawie którego przyznano mu ten tytuł, jest idiotyczna polityka polskich władz wobec Ukrainy – tworu o znikomej tradycji państwowej, którego społeczeństwo, podobnie jak polskie, ogłupiane jest za pomocą  miazmatów  tzw. demokracji.  Czyżby więc Jarosław Kaczyński z całym tym swoim PiS-em oraz Donald Tusk z Radą Ministrów i władzami PO, ukształtowani zostali pod wpływem wydumanej totalitarnej komuny ?

Panowie, otrząśnijcie się do cholery ! Postarajcie się być normalnymi i choćby z pozorów przyzwoitymi ludźmi. Bo niekiedy, przez wyprawiane przez was i waszych ludzi idiotyzmy, nazwa Polak nie tyle brzmi dumnie, co żałośnie.     

TAJEMNE DROGI TWÓRCZEJ PODNIETY

Polecany

          We wtorek był u mnie znajomy, który zajmuje się badaniem dziejów Polski w okresie hitlerowskiej okupacji oraz po zakończeniu wojny, gdy odrodziła się jako Polska Ludowa, od 1952 r. funkcjonowała jako PRL i wreszcie padła pod ciosami ogłupionej przez „Solidarność” klasy robotniczej. Próbuje też wyjaśniać te meandry.
          Znajomy nie jest historykiem, lecz ten okres historii Polski stał się jego hobby i prawdopodobnie za żadne pieniądze nie wróciłby do uprawiania swego inżynierskiego w dziedzinie chemii zawodu. Na wkus i cwiet tawariszczia niet skomentuję to porzekadłem w nieużywanym dzisiaj w Polsce języku, obowiązuje bowiem bełkotanie po angielsku

          Znajomy przyniósł mi numer tygodnika społeczno-politycznego NASZA POLSKA, który ujrzałem po raz pierwszy w życiu. Tygodnik wydaje wydawnictwo „Szaniec” i nie wiadomo jaką polityczną opcję reprezentuje. Zapewne kościelną, bo pełno jest materiałów z uświęcenia JPII, lecz nie brakuje także innych smaczków.

          Jeden z nich jest zawarty w pomieszczonym na pierwszej stronie artykule Tadeusza M. Płużańskiego pt. „Bezkarny zbrodniarz z UB”. Rzecz jest o b. funkcjonariuszu b. resortu bezpieczeństwa publicznego – Jerzym Kędziorze. Człowiek liczy sobie dzisiaj 89 lat, z inicjatywy IPN miał sądową rozprawę, podobno został skazany, a później – też podobno – uniewinniony. Lecz zawzięty do głębi syn Tadeusza Płużańskiego *)- publikuje fotokopię prywatnego „listu gończego” za Kędziorą, który rozkolportowany został w miejscowości, gdzie ten stary człowiek dożywa swych dni. Jego publikacja znalazła też miejsce na łamach wspomnianego piśmidełka katolickiego, który to katolicyzm podobno słynie ze skłonności do wybaczania
          Nie przeczytałbym nawet zdania tekstu autorstwa Tadeusza Płużańskiego – juniora, od postanowienia odstąpiłem jednak, bo mam z nim osobiste porachunki, które skłaniają mnie do twierdzenia, że jest człowiekiem absolutnie niewiarygodnym, niegardzącym w swych rozprawach ordynarnym kłamstwem. Nie poszukuję miejsc publikacji jego „dzieł”, gdy jednak zyskałem możność poznania jednego z nich bez wysiłku, postanowiłem zbrukać swe oczy tekstem żałosnego publicysty in spe.
          Płużański jest znakomitym nagłaśniaczem idiotyzmów wyczynianych przez IPN. Jak można było dopuścić do tak brutalnego naruszenia podstawowych zasad prawa w postaci niektórych przepisów o tej żałosnej historyczno-śledczej hybrydzie, tylko chora wyobraźnia autorów to pojmuje. No, ale mają oni do swej dyspozycji takich, jak Płużański publicystów, którzy zrobią wszystko, czego się od nich oczekuje. Wypisz, wymaluj jak czynili to niegdyś równie usługowi niektórzy dziennikarze mediów w czasach głębokiego stalinizmu w Polsce.
          Wracam do mych osobistych porachunków z tym „publicystą”. Napisał on i opublikował w witrynie „niezależna.pl” poświęcony mi tekst, pełen bredni, do których nawet nie godziło mi się odnosić. Gdy więc poczytałem sobie pisaninę tego autora w NASZEJ POLSCE, upewniłem się w przekonaniu, że Tadeusz Płużański specjalizuje się w bredzeniu na temat ludzi, których ma za swych ideowych przeciwników. Jest też natchnieniem dla innych równie zdolnych pismaczków, bo za pomocą wyszukiwarki znalazłem na stronie „3obieg.pl”wpis zatytułowany „Zbrodniarz z SB” także mnie poświęcony.
          Mógłbym oczywiście jednego czy drugiego idiotę poskarżyć do sądu i domagać się zadośćuczynienia. Oznaczałoby to jednak, że traktuję ich poważnie, czego nigdy bym sobie nie wybaczył. Pisz pan zatem panie Płużański, co zatrutą śliną panu do łba strzeli, bo ja nie zamierzam z panem się wadzić. Nie ma z kim.
          Przyznam jednak, że mimo wszystko dostarczył mi ten człowiek natchnienia sprawiając, że napisałem 3 zwrotki wierszem naśladującym znany utwór mego ulubionego poety – Juliana Tuwima. Pozwolę sobie zamieścić tutaj ów przejaw mej twórczej weny.
_________
*)Tadeusz Płużański-senior za podziemne spiskowanie skazany został w 1948 r. na karę śmierci, którą Bolesław Bierut zamienił na dożywocie, to natomiast potrwało do 1956 r., gdy po uniewinnieniu Tadeusz Płużański-senior wyszedł na wolność

              ZACHĘTA DO PIESZCZOTY
                                                                      naśladowanie Juliana Tuwima

                               Rządzą dziś Polską różne stwory -
                                      przystojne, a czasem kurduple.
                                      Chcąc przykryć myśli niedobory,
                                      dobierają się kumpel z kumplem
                                      i wrzeszczą, że oni są zbawcami,
                                      przejawiając bezczelny tupet.
                                      Nie będę gadał z palantami.
                                      Niechaj pocałują mnie w dupę.

                                       Żydzie Bronisławie Wildsteinie
                                       i aryjski T.M. Płużański !
                                      Wy, którzyście mnie i podobnych,
                                       piętnowali znakiem zbrodniarskim,
                                       uchodząc za patriotów trupę.
                                       Mam was za wybryk ewolucji,
                                       lecz i wielką prośbę przedstawiam:
                                       Pocałujcie mnie obaj w dupę.

                                       A gdy rozum wróci do Polski
                                       i kretyn poniecha lustracji.
                                       Gdy z obcym rozstaniem się wojskiem
                                       i mocarstwowej obcej nacji
                                       w tyłek przestaniem się wciskać,
                                       by poddańczo chłeptać tam zupę,
                                       do nikogo już nie zawołam
                                       o pieszczotę całusa w dupę.

JAK ROBIENIE DZIECI MOŻE ZBAWIĆ POLITYKA

Polecany

Nie wiem która to z rzędu, ale niekiepska. Weź się Pan zatem do roboty, panie Pośle. I zostaw Pan błaznowanie !

Nie wiem która to z rzędu, ale niekiepska. Weź się Pan zatem do roboty, panie Pośle. I zostaw  błaznowanie na rynkach miast!

Ostatnia niedziela była pochmurna i dżdżysta. Godziny wlokły się z mozołem i zmęczone ociekały kroplami deszczu, dzwoniąc nimi po blaszanym parapecie okna mego pokoju. Szarość dnia i ta jednostajna muzyka sprawiały, że coraz bardziej straszyła czająca się po kątach chandra. Byłem sam. Sklepy w pobliżu były już nieczynne. Najbliższy – gorzałkowy, dzieli od mego domu kilkaset metrów, co jest odległością bardzo trudną do pokonania ze wsparciem na kulach albo z pomocą chodzika dla kaleków. No, może nie tak trudną, nawet przy moim kalectwie, lecz ta cholerna chandra… Wyłaziła z kątów i odbierała ochotę nawet na tak niedaleką wyprawę. I wtedy… ! I wtedy, jak gorzałka, godnym pocieszycielem okazał się Internet. Nie pamiętam już co kliknąłem, ile razy, a tu na ekranie pojawia europoseł dr Marek Migalski palący w Katowicach radziecką czerwoną flagę z sierpem i młotem. O Boże, szklanka wódki tak by nie podziałała !

Europoseł dr Migalski, obok europosłowania, poświęca nieco czasu na działalność naukowo-dydaktyczną w śląskich uczelniach. Tak przynajmniej informuje Wikipedia: Pracuje w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach na stanowisku adiunkta w Zakładzie Systemów Politycznych Polski i Państw Europy Środkowej i Wschodniej. Jest także wykładowcą w Instytucie Europeistyki Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu. W pracy naukowej i dydaktycznej zajmuje się zagadnieniami współczesnych systemów politycznych i partyjnych. I tu mamy do czynienia z dylematem: europoseł Migalski, który reprezentuje w Europarlamencie jakąś, nieznaną mi polską partyjkę, ma polityczne poglądy ! Nic mi do nich, bo gdybym chciał interesować się politycznymi poglądami wszelkich posłów, europosłów czy senatorów, to nie miałbym czasu na czynności ważne, jak np. ugotowanie obiadu albo sprzątanie mieszkania. Lecz europoseł doktor Migalski wykłada w jakichś uczelniach. I tu kończą się żarty i zaczynają się schody, jak trafnie, po wyjściu z restauracji jednego z warszawskich hoteli i przed wspięciem się na piętro, zauważył adiutant marszałka Piłsudskiego – gen. Wieniawa-Długoszowski.Bo co wykłada doktor Marek Migalski ? Nauki polityczne, od których jest magistrem i doktorem, czy wykłada swe poglądy w tej dziedzinie ? Dr Migalski urządził widowisko z paleniem radzieckiej flagi, nie bacząc na to, że obserwować to mogą w Rosji liczne rzesze ludzi związanych z radziecką przeszłością. Z jakiej więc racji ten człowiek ją kala ? Nie wiem czy dr Migalski jest człowiekiem wierzącym i nabożnym, czy też nie. Ja nie jestem ! Czy dlatego zatem, że nie akceptuję całego tego teatrum z wyświęceniem JP II, mogę publicznie, na jakimś rynku spalić portret tego człowieka ?

Europoseł Migalski łatwo się podpala. Ostrzegam panie, bo facet o takiej skłonności równie szybko kończy.

Europoseł Migalski łatwo się podpala. Ostrzegam panie, bo facet o takiej skłonności równie szybko kończy.

Ostatnio sporo jest pogłosek o zabiegach europosła Migalskiego w przedmiocie znalezienia godnej dla siebie kandydatki na żonę. Europoseł urodził się pod znakiem koziorożca 14 stycznia 1969 roku, latoś jest więc już mocno przechodzony i gdy będzie zwlekał, nie starczy mu narządu do konsumpcji małżeństwa. Dr Migalski miał już poważne ostrzeżenie. Mimo doktoratu, mimo posłowania i europosłowania, mimo demonstrowania politycznych poglądów, które jak nie w jednej, to w innej partii znajdują poklask, nie otrzymał habilitacji w dziedzinie nauk politycznych. Nie został habilitowany !!! Jezus Maryja , Józefie Święty – takiemu zasłużonemu antykomuniście nie dać habilitacji z antykomunizmu ?!

Jako stary, doświadczony człowiek doradzam więc temu młodzieńcowi, by skoncentrował się na ożenku. Plotka głosi. że ma sporo różnego towaru, w którym przebiera jak chłop w ulęgałkach. Niech więc poniecha tego przebierania i weźmie dziewuszkę zdrową, odporną na stresy, która urodzi w tym związku cudowne dzieciątko. Będzie wtedy nadzieja, że pan Europoseł zajmie się czymś ważnym a nie błaznowaniem za pomocą palenia chorągwi. Bo, nie daj Boże, gdy w przyszłym roku zabraknie mu poklasku za ich palenie,  ściągnie jeszcze na jakimś rynku spodnie i majtki, by zademonstrować swe walory polityka. I mimo tego, co pokaże, będzie to koniec jego kariery.